Trudne początki polskich bombowców

polska-zbrojna.pl 2 часы назад

Choć polskie lotnictwo bombowe rodziło się w bólach, to już w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości zasłużyło się w wojnie polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej. Mimo ograniczonych zasobów tworzono pierwsze eskadry, a polscy lotnicy bombardowali pozycje pod Lwowem oraz toczyli pojedynki z sowiecką flotą na Dnieprze.

Breguet XIV z 3 Eskadry Wywiadowczej; druga połowa 1920. Domena publiczna

Geneza polskiego lotnictwa wojskowego sięga ostatnich miesięcy I wojny światowej i jest ściśle związana ze służbą Polaków w armiach zaborczych oraz w siłach sojuszniczych, przede wszystkim w armiach rosyjskiej i francuskiej. Wielu żołnierzy polskiego pochodzenia zdobyło tam doświadczenie bojowe, umiejętności pilotowania, obsługi technicznej i organizacji eskadr. Tam też powstały pierwsze jednostki lotnicze złożone z Polaków.

REKLAMA

Z przejętych samolotów

Pierwszą znaczącą inicjatywą był utworzony w Mińsku latem 1917 roku I Polski Oddział Awiacyjny przy I Korpusie Polskim generała Józefa Dowbora-Muśnickiego. Dowódcą został kapitan pilot Zygmunt Studziński. Choć oddział nie odegrał istotnej roli militarnej, miał ogromne znaczenie organizacyjne, stanowił bowiem zalążek narodowego lotnictwa. To tutaj pojawił się pierwszy w polskim lotnictwie samolot bombowy z prawdziwego zdarzenia. Był to jeden z pierwszych seryjnych bombowców typu Ilja Muromiec.

Polacy aktywnie uczestniczyli też w działaniach lotniczych armii austro-węgierskiej i niemieckiej. Zdobywali wówczas doświadczenie na nowoczesnych maszynach typu Albatros D.III, Halberstadt CL.II czy Rumpler C.I. Znajomość niemieckiego systemu szkolenia i sprzętu odegrała kluczową rolę przy przejmowaniu w Wielkopolsce i Galicji lotnisk armii zaborczych oraz organizacji nowych jednostek w kraju.

Szczególnie spektakularna była akcja zdobycia lotniska w Ławicy pod Poznaniem 6 stycznia 1919 roku. Polacy przejęli wówczas około 300 niemieckich samolotów, magazyny części i paliwa. Umożliwiło to natychmiastowe sformowanie wielkopolskiego lotnictwa i wyposażenie jednostek w pozostałych rejonach kraju. Eskadry korzystały z niemieckiego sprzętu i regulaminów szkoleniowych, a obsługa naziemna rekrutowała się z byłych pracowników Ławicy i ochotników.

W tych pierwszych miesiącach istnienia lotnictwa polskiego nie było mowy o tworzeniu wyspecjalizowanych eskadr. Zamiast typowych jednostek myśliwskich, bombowych czy rozpoznawczych, formowano bojowe eskadry lotnicze. W Krakowie powstały eskadry I i III, we Lwowie II Eskadra. Po wzmocnieniu lwowskiej II Eskadry przez III Eskadrę z Krakowa utworzono Lwowską Grupę Lotniczą. Jednostka ta aktywnie wspierała polskie oddziały walczące o miasto: wykonywała loty rozpoznawcze i bombardowania. Stała się jednocześnie zalążkiem przyszłego III Dywizjonu Lotniczego.

Równolegle Francja umożliwiła formowanie jednostek lotniczych w ramach Armii Polskiej generała Józefa Hallera. Polscy ochotnicy, wyszkoleni we francuskich szkołach pilotażu w Chartres i Pau, tworzyli eskadry rozpoznawcze, bombowe i myśliwskie, uzbrojone w nowoczesne samoloty Breguet XIV, Salmson 2A2 oraz SPAD S.VII i S.XIII. Pod koniec kwietnia 1919 roku jednostki te zostały przerzucone do Polski. Wniosły one ze sobą nowoczesny sprzęt, wyszkolony personel i doświadczenie. Do tego czasu w ramach lotnictwa Błękitnej Armii udało się sformować siedem eskadr. Trzy z nich były bombowo-rozpoznawcze, wyposażone w Breguety XIV typów A2 (rozpoznawczy) i B2 (bombowy).

Dzięki doświadczeniu kadry, adaptacji zdobycznego sprzętu oraz wsparciu Francuzów, w ciągu kilku miesięcy udało się stworzyć sprawne, i co najważniejsze, wyspecjalizowane jednostki lotnicze. W 1919 roku polskie lotnictwo mogło już odegrać znaczną rolę w operacjach nad granicami państwa, w walkach w Galicji oraz na Polesiu. Stało się istotnym elementem obrony niepodległego kraju.

Z bombami na Wysoki Zamek

Pierwsze polskie bomby spadły na przeciwnika podczas walk z Ukraińcami we Lwowie. W październiku 1918 roku w mieście tym znajdowała się duża grupa polskich lotników, dowodzona przez porucznika obserwatora Janusza de Beaurain. Lwowskie lotnisko znajdujące się na Lewandówce Polakom udało się zdobyć 2 listopada. W następnych dniach przygotowywano maszyny do zadań bojowych.

Do pierwszego w historii polskiego lotnictwa bombardowania doszło 5 listopada 1918 roku przed południem. Samolotem Hansa-Brandenburg C.I (lub Oeffag C.II) lecieli porucznik pilot Stefan Bastyr i porucznik obserwator Janusz de Beaurain. Ich celem była stacja kolejowa Persenkówka, gdzie z eszelonów wyładowywali się Strzelcy Siczowi. Polacy zrzucili bomby i ostrzelali żołnierzy ukraińskich z karabinu maszynowego obserwatora. Tego samego dnia lotnicy wykonali jeszcze jeden lot na bombardowanie: ponownie zaatakowali rejon Persenkówki.

W kolejnych dniach lotnicy prowadzili działania rozpoznawcze i bombardowania. 6 listopada Bastyr i de Beaurain zrzucili bomby na tory kolejowe w rejonie Sichowa oraz ostrzelali pociąg w pobliżu Podborzec. Następnego dnia w powietrze wzniosły się trzy polskie załogi. Jedna z nich zbombardowała Wysoki Zamek we Lwowie i bastion Cytadeli, a także uszkodziła tor kolejowy między Podzamczem a Podborcami, tym samym zmusiła do odwrotu ukraiński pociąg nadciągający od strony Krasnego.

We wczesnym etapie istnienia lotnictwa bomby zrzucano z samolotów w taki właśnie sposób, manualnie i na oko. Domena publiczna

Loty rozpoznawcze nad liniami kolejowymi Lwów – Stryj i Lwów – Chodorów kontynuowano w następnych dniach. Bombardowano przy okazji ukraińskie oddziały, m.in. na stacji w Starym Siole. 9 listopada polska załoga zrzuciła bomby na pozycje artylerii na Wysokim Zamku i zniszczyła jedno z ukraińskich dział. 12 listopada Bastyr zorganizował pierwszy zespołowy lot trzech samolotów, które zaatakowały baterię artylerii na Wysokim Zamku, a następnie stację kolejową w Chodorowie.

Po wznowieniu walk w mieście 21 listopada samoloty bombardowały stanowiska artylerii na Wysokim Zamku, stacje kolejowe w Starym Siole na Persenkówce oraz ostrzeliwały ukraińskie pozycje na Górze św. Jacka i w rejonie Cytadeli. W sumie od 5 do 22 listopada polscy lotnicy wykonali 69 lotów bojowych i zrzucili około 250 bomb o masie od 1 do 15 kg. Straty własne były niewielkie. Ranny został porucznik obserwator de Beaurain, poważnie uszkodzone były trzy samoloty, które jednak powróciły do bazy.

Loty, których nie było

Wielkopolskie lotnictwo zaczęło się formować tuż po zdobyciu 6 stycznia 1919 roku niemieckiej stacji lotniczej Poznań-Ławica i Hali Zeppelina w Winiarach. Powstańcy zdobyli znaczną ilość samolotów, brakowało jednak pilotów i obserwatorów do ich obsługi. Ostatecznie udało się ich przerzucić z Warszawy i Krakowa.

Większość zdobytych maszyn zaliczano do kategorii „C”, czyli jednosilnikowych, uzbrojonych dwumiejscowych dwupłatowców. Samoloty te wykorzystywano do szkolenia, zadań łącznikowych, rozpoznania, a także misji bombowych. Uzbrojenie zwykle składało się z nieruchomego karabinu maszynowego strzelającego do przodu, obsługiwanego przez pilota oraz jednego lub dwóch karabinów na obrotnicy stanowiska obserwatora. Bomby znajdowały się w kabinie obserwatora i były zrzucane manualnie, zwykle na oko, a rzadziej przy pomocy prostego celownika przymocowanego do burty samolotu. Mimo przyjazdu lotników i posiadania odpowiednich maszyn, jak Gotha G.IV – jedyny bombowiec z prawdziwego zdarzenia – wielkopolskie jednostki nie przeprowadziły żadnych lotów na bombardowanie.

W kontekście Ławicy pojawia się czasem opowieść o spektakularnym nalocie na niemieckie lotnisko we Frankfurcie nad Odrą, rzekomo przeprowadzone 9 stycznia 1919 roku. Według tej relacji sześć zdobycznych samolotów LVG C.V wystartowało z Poznania i po około półtoragodzinnym locie znalazło się nad Frankfurtem. Polskie samoloty miały nad celem wykonać kilka przelotów i zrzucić łącznie 36 bomb o masie około 25 kg każda. Miał wówczas zostać zniszczony jeden samolot i hangar, a na lotnisku jakoby wybuchł pożar. Wedle relacji po zakończeniu akcji wszystkie maszyny bezpiecznie powróciły do Poznania.

Historię tę powtarzano w literaturze przez lata. W niektórych opracowaniach podawano choćby nazwiska pilotów uczestniczących w nalocie. Problem w tym, iż do 1975 roku nikt o tej akcji nie słyszał. W zachowanych dokumentach wojskowych przechowywanych w Centralnym Archiwum Wojskowym nie ma z nalotu żadnego raportu. O takim wydarzeniu nie ma też wzmianki w polskiej i niemieckiej prasie z epoki. Również niemieckie źródła wojskowe, znane z dużej skrupulatności w dokumentowaniu strat i incydentów bojowych, nie zawierają żadnej informacji o bombardowaniu lotniska we Frankfurcie nad Odrą.

Wątpliwości budzą także kwestie techniczne. Według popularnej wersji samoloty miały zabrać na pokład bomby o łącznej masie sięgającej kilkuset kilogramów. Tymczasem udźwig zdobycznych LVG C.V wynosił zaledwie 115 kg, a pokonanie całej trasy z Poznania do Frankfurtu i z powrotem wymagałoby bardzo oszczędnego gospodarowania paliwem. Zwłaszcza iż maksymalny zasięg tych maszyn wynosił bez ładunku 380 km, a w obie strony w linii prostej załogi miałyby do pokonania 340 km.

Pojawia się również problem składu załóg. W niektórych relacjach twierdzono, iż maszyny leciały z jednoosobowymi załogami, co całkowicie wyklucza możliwość bombardowania, ponieważ w samolotach rozpoznawczo-bombowych to obserwator był odpowiedzialny za nawigację i zrzut bomb. Choć więc nalot na Frankfurt nad Odrą najprawdopodobniej nigdy się nie odbył, sama legenda dobrze pokazuje atmosferę pierwszych miesięcy istnienia polskiego lotnictwa. W praktyce działania w powietrzu miały jednak ograniczony charakter. Zarówno Polacy, jak i Niemcy wykorzystywali lotnictwo głównie do obserwacji i łączności, unikali przy tym walk w powietrzu. Legenda o bombardowaniu Frankfurtu pozostaje więc jedynie interesującym wątkiem historiograficznym. Mitem, który przez lata funkcjonował jako prawdziwe wydarzenie.

Walka z okrętami

Mało znanym faktem jest natomiast walka polskiego lotnictwa z sowiecką flotą. Do dziś nie wiadomo, jaka jednostka padła ofiarą pierwszego w historii ataku polskiego samolotu na okręt obcej floty. Prawdopodobnie załoga 8 Eskadry Wywiadowczej zaatakowała statek uzbrojony „Samuel” lub też jeden z trzech transportowców Prypeckiego Oddziału Statków Rzecznych, które w dniach 3–4 maja 1919 roku operowały w rejonie Turowa na Polesiu. Jednostka nie została trafi ona i spokojnie odeszła.

Na kolejne spotkania z sowieckimi okrętami trzeba było czekać do walk V Dywizjonu Lotniczego nad Dnieprem w maju 1920 roku. 3 maja dwa samoloty Breguet XIV A2 w krótkich odstępach czasu wystartowały w kierunku Kijowa. Załoga, którą tworzyli major pilot Jerzy Kossowski i porucznik obserwator Jerzy Tereszczenko, dotarła nad miasto, podjęła obserwację odwrotu wojsk przeciwnika, zrzucała też bomby na stacje kolejowe w Kijowie oraz Darnicy. Drugi samolot ominął Kijów szerokim łukiem i poleciał wzdłuż drogi do Trypola. W rejonie Rżyszczewa (Rzyszczowa) załoga dostrzegła na Dnieprze kolumnę sowieckich parowców. Po ostrzale z jednostek rzecznych samolot zrzucił bomby z dużej wysokości, jednak spadły one daleko od celu i nie wyrządziły szkód.

Cztery dni później przeprowadzono atak na wycofujące się do Trypola transportowce płynące w eskorcie kanonierek. Jednym z nich był „Herzen”, ostatni parowiec, który wyrwał się z Kijowa tuż przed jego zdobyciem przez Polaków. Po atakach z 3 i 7 maja nie pozostał ślad w polskich dokumentach. Odnotowano je tylko w raporcie dowództwa sowieckiej Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej. Raport wspomina o trzech samolotach atakujących okręty.

W walkach o Kijów bombowce najwięcej pracy miały podczas przygotowywania sowieckiej kontrofensywy, gdy próbowały powstrzymać przerzut bolszewickich wojsk na prawy brzeg Dniepru. Mechanik, szeregowy Czesław Bogdanowicz zatopił wówczas jedną jednostkę przeciwnika. „Dnia 30 maja poleciałem z szeregowcem Bogdanowiczem – pisał Tadeusz Prauss. – Wzięliśmy bomby, które Bogdanowicz miał wyrzucić na dany przeze mnie znak. Na wodzie widzę trzy statki. Daję znak, pierwsza bomba leci w wodę. »Psiakrew« – myślę – »za krótko«. Druga dość blisko, ale też w wodę. Leci trzecia, trafi a prosto w pokład jednego ze statków”.

Niestety, polskiemu lotnictwu bombowemu, flotyllom rzecznym i artylerii brzegowej nie udało się wówczas powstrzymać sowieckiej przeprawy przez Dniepr. Polskie załogi latały w niezwykle trudnych warunkach, bez odpowiedniego paliwa, przy ciągłych brakach amunicji i odpowiedniej aprowizacji, a mimo to i tak zatopiły na pewno dwie jednostki wroga. Jedną można zaliczyć na konto 7 Eskadry Myśliwskiej, drugą – 3 Eskadry Wywiadowczej. Przynajmniej cztery kolejne jednostki zostały uszkodzone. Jednocześnie w lotach przeciwko okrętom bezpowrotnie stracono tylko jeden samolot wraz z załogą.


Sławek Zagórski, dziennikarz, historyk i publicysta specjalizujący się w historii wojskowości XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem działań flotylli rzecznych. Publikuje na łamach „Wirtualnej Polski”, „Newsweeka Polska”, „MilMag.pl”. Autor i współautor książek historycznych, m.in. takich tytułów: „Białe kontra czerwone” oraz „Baśka Murmańska i Lwy Północy”.

PZ
Читать всю статью