Z Carlem Rhodesem, profesorem Uniwersytetu Technologicznego w Sydney, rozmawiamy o micie miliardera-superbohatera, który ratuje społeczeństwo, o wpływie miliarderów na demokrację i życie społeczne oraz o ich rosnącej roli we współczesnym świecie.
Carl Rhodes
Profesor na wydziale Biznesu i Społeczeństwa w UTS Business School. Zajmuje się badaniem relacji między liberalną demokracją a współczesnym kapitalizmem. W swoich pracach poddaje krytycznej analizie rolę biznesu w społeczeństwie i stara się ją na nowo zdefiniować, tak aby dobrobyt mógł być dostępny dla wszystkich. Jest autorem książek: „Woke Capitalism: How Corporate Morality is Sabotaging Democracy” (2022) oraz „Stinking Rich: The Four Myths of the Good Billionaire” (2025).
Prof. Monika Kostera: Spotykamy się dziś, aby porozmawiać o twoich dwóch książkach, które niedawno się ukazały: „Woke Capitalism: How Corporate Morality Is Sabotaging Democracy” (2022) and „Stinking Rich: The Four Myths of the Good Billionaire”
(2025)[1]. Dorastałam w dwóch krajach, w Szwecji i Polsce. Choć Polska była wtedy krajem o ustroju państwowego komunizmu, istniał tu bardzo silny ruch robotniczy i pracowniczy, zwłaszcza ruch związkowy, który miał charakter uniwersalistyczny. Obejmował nie tylko robotników fizycznych, ale łączył wszystkich ludzi pracy w polskim społeczeństwie. To właśnie z niego wyłonił się potężny ruch Solidarności w latach 1980–1981. Niestety później wprowadzono stan wojenny, który zniszczył tę strukturę. Mimo to kultura demokracji pracowniczej wciąż istniała.
Kiedy w 1989 roku nastąpiła transformacja, większość osób z mojego otoczenia była przekonana, iż powstanie w Polsce coś na wzór szwedzkiej społecznej gospodarki rynkowej, z silnym wpływem związków zawodowych. Zupełnie obce było nam przekonanie, iż bogaci ludzie są „dobrzy” tylko dlatego, iż są bogaci. Tymczasem to przekonanie zmieniło się niemal z dnia na dzień. Dziś dominuje założenie, iż to bogaci nas uratują. Powinniśmy więc być dla nich mili, nie protestować, słuchać ich, bo to oni rozwiążą nasze problemy. Zuckerbergowie, Muskowie stali się miliarderami-superbohaterami.
Co o tym myślisz? W swojej najnowszej książce „Stinking Rich: The Four Myths of the Good Billionaire” przedstawiasz cztery mity. Czy możesz opowiedzieć o tych mitach?
Prof. Carl Rhodes: Okres historyczny, o którym mówisz, ze szczególnym uwzględnieniem Polski, to w istocie neoliberalizm. To czas odwrócenia wielu założeń politycznych i ekonomicznych, które obowiązywały przed latami 80. Transformacja zamiast przynieść demokrację, przyniosła prymat akcjonariuszy. Nie wyzwoliła ludzi w Polsce, ale globalne rynki. W swoich książkach piszę o procesie moralizacji neoliberalizmu.
Jak to się dzieje, iż pewne zjawiska zaczynamy postrzegać jako dobre? Bogaci ludzie, którzy kiedyś byli postrzegani jako osoby zagarniające nieproporcjonalnie dużą część zasobów świata, przekształcili się w postaci heroiczne.
Jakby nagle globalny rynek miał rozwiązać wszystkie problemy i umożliwić każdemu zostanie kapitalistą. Wmówiono nam, iż przemysł państwowy trzeba sprywatyzować, aby zaczął przynosić korzyści wszystkim. Menedżerowie zaczęli być przedstawiani jako bohaterowie, którzy ratują sytuację.
To był też moment ogromnej popularności biografii ludzi biznesu na przykład Jacka Welcha, dyrektora generalnego General Electric czy Lee Iacocci, prezesa Chryslera. Wcześniej menedżerowie uchodzili raczej za nudnych, konserwatywnych ludzi. Nagle zaczęto ich przedstawiać jako niemal mityczne, przedsiębiorcze postaci. Wraz z tym pojawiło się przekonanie, iż biznes jako taki jest czymś dobrym.
Jednocześnie obserwowaliśmy ogromny wzrost nierówności, głównie w krajach liberalnych demokracji i gwałtownie rosnące wynagrodzenia prezesów i kadry kierowniczej. Zamiast oczekiwanej socjaldemokracji pojawiła się pogłębiająca się nierówność ekonomiczna. Jak to uzasadnić? Jak to jest, iż ci, którzy na tym korzystają, uchodzą z tego w sensie moralnym? Jak uzasadnić istnienie miliarderów? Nierówność dotyka dziś także klasy pracującej i średniej, które w wielu krajach nie są już w stanie kupić mieszkań. Tak zwany kryzys kosztów życia po pandemii COVID-19 to w istocie eufemizm na określenie kryzysu nierówności. Kapitalizm jako system musi przeciwdziałać tej tendencji.
W książce „Stinking Rich” staram się znaleźć kulturową odpowiedź na pytanie: jak to możliwe, iż tak ogromne nierówności są akceptowane? Na ogół nierówności rozpatrywane są z perspektywy ekonomicznej, natomiast moja perspektywa jest bardziej kulturowa. Wyróżniam cztery mity: mit „heroicznego miliardera”, „hojnego miliardera”, „zasłużonego miliardera” oraz „miliardera-mściciela”. Twierdzę, iż te mity służą usprawiedliwianiu rosnących nierówności. jeżeli zaczniemy je podważać, zobaczymy bardziej niepokojące realia, które się za nimi kryją. Zamiast zmierzać w stronę socjaldemokracji, wydaje się, iż cofamy się ku feudalizmowi lub plutokracji. W wielu aspektach wygląda to jak regres, tak jak to opisuje Yanis Varoufakis w książce „Technofeudalism”.
Pierwszy mit: o „dobrym miliarderze” – bohaterze amerykańskiego snu. Przybiera on formę okrutnej wersji darwinizmu społecznego, logiki „przetrwania najsilniejszych”, w której bogaci są gloryfikowani jako wybitni. Z drugiej strony, jeżeli nie jesteś bogaty, a tym bardziej jeżeli żyjesz w biedzie, jesteś postrzegany jako przegrany. Bogaci są zwycięzcami. To globalna wersja amerykańskiego snu. Warto jednak pamiętać, iż nie jest to jego pierwotna wersja. To jego nowsza, mroczniejsza odmiana.
Sam termin „American Dream” pojawił się w książce „The Epic of America” autorstwa Jamesa Truslowa Adamsa z 1931 roku. Opisywał charakter i przekonania zwykłych Amerykanów, choć oczywiście jego perspektywa była ograniczona realiami epoki i pomijała m.in. Afroamerykanów i rdzennych mieszkańców. Skupiał się głównie na europejskich imigrantach, w tym także tych z Polski.
Adams twierdził, iż Ameryka oferuje wolność od sztywnej, klasowej i hierarchicznej struktury społeczeństw europejskich, gdzie awans społeczny był bardzo trudny. Amerykański sen oznaczał możliwość sukcesu niezależnie od pochodzenia. Każdy może mieć lepsze życie, jeżeli jest gotów ciężko pracować. Był to sen sprzeciwiający się nierównościom i hierarchiom. Wolność, jaką oferowała amerykańska demokracja, nie polegała na indywidualizmie, ale na równości i wspólnej odpowiedzialności. Dotyczył solidarności, wspólnej wizji społeczeństwa, w którym każdy może się rozwijać.
Neoliberalizm to zmienił. Zniknęło poczucie wspólnotowości. Nie chodzi już o to, iż każdy może odnieść sukces, jeżeli dostanie szansę. Zamiast tego rośnie przekonanie, iż nierówność jest naturalnym skutkiem tego, iż niektórzy są po prostu „lepiej przystosowani” do sukcesu.
W neoliberalizmie amerykański sen przekształcił się w darwinizm społeczny, czyli w wizję świata podzielonego na zwycięzców i przegranych.
Wspólnotowa wizja demokracji zanika, a nierówność przedstawiana jest jako coś naturalnego. jeżeli wierzysz w ten sen, miliarderzy są postrzegani jako lepsi, silniejsi, inteligentniejsi, jako bohaterowie. Dla imigrantów przypływających do Nowego Jorku Statua Wolności była symbolem tego snu. Widnieje na niej słynny wiersz Emmy Lazarus, „The New Colossus” z 1883 roku, zaczynający się od słów:
„Dajcie mi tylko swoich umęczonych, biednych
i stłamszonych, co pragną wolnością oddychać,
nieszczęśliwców, co na brzegach waszych koczują,
bezdomnych przez sztorm nierozpieszczanych.
Oświecę im tułaczki kres”.
Dziś ta idea wydaje się bardzo odległa. Zamiast przyjmować ubogich i prześladowanych, współcześni politycy, tacy jak Donald Trump, proponują tzw. złote karty, które ułatwiają imigrację osobom bogatym.
Ostro i bez znieczulenia
– tak działamy od 2020 roku. Dziennikarstwo, które nie jest obojętne. Tygodnik Spraw Obywatelskich nagłaśnia nadużycia, edukuje i daje narzędzia do realnej, obywatelskiej zmiany.
Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą
Można to porównać z bohaterami sprzed epoki neoliberalizmu, na przykład menedżerami, którzy byli raczej „szarzy”, może trochę nudni, ale odpowiedzialni i budzący sympatię. Szwedzki prezes Volvo, Pehr G. Gyllenhammar, był powszechnie lubiany, ponieważ sprawiał wrażenie przyzwoitego człowieka. Był miły, uprzejmy. Nie był żadnym superbohaterem.
W XIX wieku kupiec, odpowiednik dzisiejszego menedżera, często był kulturowo pogardzany i postrzegany jako ktoś przebiegły czy małostkowy. W tamtych czasach prawdziwymi bohaterami były raczej osoby takie jak np. odkrywcy i podróżnicy, którzy przemierzali morza w poszukiwaniu nowych lądów. Fascynujące jest to, jak różne społeczeństwa wynoszą na piedestał różne postacie, zależnie od ducha epoki.
Dziś spójrzmy na miliarderów takich jak Elon Musk czy Jeff Bezos, z ich statkami kosmicznymi i planami kolonizacji Marsa. To niemal tak, jakby próbowali przejąć mitologiczną aurę postaci takich jak Neil Armstrong. Być może widziałaś ślub Bezosa w Wenecji w połowie ubiegłego roku. To był ostentacyjny pokaz bogactwa. Kiedyś najbogatsi byli bardziej powściągliwi, obawiając się „rewolucji bolszewickiej” na amerykańskiej ziemi, gdyby zwykli ludzie uświadomili sobie skalę nierówności. Dziś ten wstyd zniknął.
Sytuacja zmienia się tak szybko, iż choćby gdy kończyłem książkę „Stinking Rich”, wydawała się ona już częściowo nieaktualna w dniu premiery 21 stycznia 2025 roku, dzień po inauguracji Donalda Trumpa. Ostatnie poprawki wprowadzałem pół roku wcześniej, zanim Musk zaczął publicznie odgrywać rolę w Departamencie Efektywności Rządowej.
Teraz, gdy miliarderzy jedzą kolację w Białym Domu z Trumpem, to jest pokaz samozadowolenia elit.
Drugi mit, o którym piszę, to mit „hojnego miliardera”. Miliarderzy przekazują dziś więcej pieniędzy niż kiedykolwiek wcześniej [na cele charytatywne – przyp. red.]. prawdopodobnie słyszałaś o inicjatywie Giving Pledge, zapoczątkowanej w 2010 roku przez Warrena Buffetta i Billa Gatesa. Zachęcili oni innych bogaczy do oddawania majątku. Do tej pory pod tą inicjatywą podpisało się około 300 osób, w tym Mark Zuckerberg, Barron Hilton, Michael Bloomberg, a choćby Musk. Wszyscy mogą dzięki temu podkreślać, jak bardzo są „dobrzy”, deklarując oddanie części majątku. To zjawisko bywa określane jako „filantrokapitalizm”, czyli prowadzenie działalności charytatywnej na sposób biznesowy. Model neoliberalny opiera się na przekonaniu, iż bogaci mogą i powinni ratować świat przy użyciu narzędzi rynkowych i wskaźników efektywności.
Wystarczy spojrzeć na Gatesa, który najpierw napisał książkę o rozwiązaniu kryzysu klimatycznego, a potem kolejną o przyszłych pandemiach. Bezos powołał „Earth Fund”, by walczyć z problemami klimatu, mimo iż jego biznes opiera się na globalnej dystrybucji towarów z wykorzystaniem transportu spalającego paliwa kopalne. Ta pozorna „hojność” służy uzasadnianiu nierówności i legitymizowaniu kapitalizmu. W końcu czy jest coś bardziej cnotliwego niż hojność? To podstawowa wartość ludzka. Ale jeżeli ktoś deklaruje, iż oddaje ogromne sumy, a jednocześnie przez cały czas się bogaci, indywidualnie i jako klasa, zaczyna to przypominać nową formę feudalizmu.
Można odnieść wrażenie, iż zwykli ludzie muszą funkcjonować dzięki okruchom spadającym ze stołu tych „panów”, bez demokratycznej kontroli i odpowiedzialności publicznej.
Twierdzę, iż ta rzekoma hojność jest w istocie sposobem wykorzystania bogactwa do przeniesienia władzy politycznej z rąk publicznych i demokratycznych w ręce prywatne.
W międzyczasie rozrywana jest umowa społeczna. Najlepszym, a adekwatnie najgorszym przykładem jest Bill Gates i Fundacja Billa i Melindy Gatesów. W roku 2024 dysponowała ona kapitałem rzędu ponad 75 miliardów dolarów. Od 2010 roku przekazała prawie 78 miliardów dolarów 135 krajom. Sami Gatesowie wnieśli do niej około 60 miliardów, koncentrując się na zdrowiu i walce z ubóstwem.
A mimo to Bill Gates przez cały czas pozostaje jednym z najbogatszych ludzi świata. Nie wygląda na to, by jego działalność charytatywna była dla niego jakimś wyrzeczeniem. Cały ten system opiera się na prywatnej moralności, bez żadnej publicznej kontroli. Gates jest jednym z największych darczyńców Światowej Organizacji Zdrowia, co daje mu ogromny wpływ na globalną politykę zdrowotną. Ale dlaczego właśnie on? Nikt go nie wybrał i nikt nie może go odwołać. To pozycja o charakterze autorytarnym. Oznacza to, iż miliarderzy w coraz większym stopniu mogą podejmować idiosynkratyczne decyzje o ogromnym znaczeniu w odpowiedzi na problemy świata.
Co się dzieje, gdy Elon Musk przeznacza ogromne środki na kampanie polityczne, w tym na wybór Trumpa? Jesteśmy zdani na kaprysy tych ludzi.
Musk jest szczególnie wymownym przykładem tego, jak pieniądze mogą wzmacniać najbardziej regresywne formy dynamik politycznych. Próbował ingerować w politykę Wielkiej Brytanii, m.in. w kontekście postaci skrajnej prawicy, Tommy’ego Robinsona. Starał się też wpływać na wybory w Niemczech, i przez cały czas wykorzystuje platformę X (dawniej Twitter), by promować określone, prawicowo-populistyczne poglądy. Nie wynika to z demokratycznego poparcia czy politycznej legitymizacji, ale wyłącznie z faktu, iż dysponuje ogromnymi zasobami finansowymi.
Czy w ogóle powinni podejmować takie decyzje? Porównajmy to na przykład z francuskim miliarderem Jeanem-Baptiste’em Doumengiem, który otwarcie oświadczył, iż takie wybory nie należą do niego. Zamiast tego zaproponował: „Opodatkujcie mnie bardziej”. Moim zdaniem to jedyna przyzwoita rzecz, jaką może zrobić bogaty człowiek.
Jeśli chodzi o korporacje i bogatych ludzi, często publicznie wspierają oni progresywne ruchy społeczne czy to #MeToo, czy Black Lives Matter, tak jak analizuję to w „Woke Capitalism”. To bardzo ważne dynamiki polityczne, ale żadna z nich nie koncentruje się na postulatach ekonomicznie progresywnych. Nikt nie mówi o podniesieniu płacy minimalnej, wprowadzeniu dochodu podstawowego czy bardziej progresywnym systemie podatkowym, w którym bogaci płaciliby większą część. To jest temat tabu.
Gdy tylko chodzi o portfele najbogatszych, zaangażowanie polityczne nagle znika. Nie ma tu spójnej postawy, bo chodzi raczej o wygodę.
To prowadzi nas do trzeciego mitu, który jest powiązany z mitem bohaterstwa, ale z innym akcentem. W micie „zasłużonego miliardera” idea jest taka, iż bycie miliarderem jest w porządku, ponieważ ktoś ciężko pracował na swój majątek i na niego zasłużył. Są jednak dwa problemy z tym twierdzeniem. Czy to w ogóle prawda? Owszem, wielu z nich ciężko pracuje i jest inteligentnych, ale rzeczywistość powstawania wielkich fortun wygląda często inaczej.
Raport organizacji Oxfam wskazuje, iż majątki miliarderów zwykle wynikają z dziedziczenia, monopolistycznej pozycji na rynku, sieci kontaktów lub układów. Trudno więc mówić o „zasłużeniu”, skoro ogromną rolę odgrywa przypadek i szczęście.
Załóżmy na chwilę, iż miliarderzy rzeczywiście zasłużyli na posiadane przez nich pieniądze. To i tak prowadzi do głębszego pytania: czy merytokracja jest dobrym fundamentem społeczeństwa? Czy nie jest to po prostu niesprawiedliwy system „zwycięzca bierze wszystko”, który służy jako wygodne usprawiedliwienie?
Merytokracja stała się jednym z kluczowych haseł neoliberalizmu pod koniec XX wieku, popularyzowanym przez politykę realizowaną przez Tony’ego Blaira w Wielkiej Brytanii i Baracka Obamę w Stanach Zjednoczonych. W świecie zarządzania był to czas, gdy firma McKinsey & Company ukuła pojęcie „wojny o talenty”, czyli przekonania, iż trzeba rywalizować o „najlepszych” ludzi i płacić im astronomiczne wynagrodzenia.
Obecnie merytokracja przedstawiana jest jako moralny fundament demokracji i kapitalizmu, a jednocześnie jako uzasadnienie dla istnienia miliarderów. Ale czy merytokracja rzeczywiście jest czymś dobrym? To po prostu inna forma nierówności. jeżeli nierówność opiera się na „zasługach”, czy jest lepsza niż ta oparta na urodzeniu? Tak czy owak, w pewnym sensie, merit czyli zasługa jest nową formą prawa wynikającego z urodzenia determinującgo możliwości osoby. Ktoś może przyjść na świat z wysoką inteligencją, sprawnością fizyczną, dużą wytrzymałością i zdolnością do ciężkiej pracy, podczas gdy ktoś inny tych cech nie posiada. Ta różnica bywa równie istotna jak różnica między urodzeniem się w rodzinie arystokratycznej a chłopskiej. Merytokracja jest słabą podstawą budowania społeczeństwa. Zastępuje dziedziczne przywileje „talentem”, ale przez cały czas prowadzi do nierówności, bo zmienia tylko to, kto znajduje się na szczycie.
Sam termin „merytokracja” powstał w latach 50. XX wieku jako element krytyki socjalistycznej. Z czasem został przejęty przez elity ekonomiczne. Donald Trump często twierdzi, iż swój sukces zawdzięcza wyłącznie sobie, mimo iż otrzymał znaczące wsparcie finansowe od ojca. Z kolei Elon Musk wychował się w uprzywilejowanych warunkach. Jego ojciec posiadał kopalnię szmaragdów w RPA. Jednak u tych osób widać wyraźną skłonność do przedstawiania siebie jako w pełni „zasłużonych”, choćby jeżeli w oczywisty sposób korzystało się z uprzywilejowanego startu. Każda sugestia przeciwna spotyka się z oburzeniem, bo cała narracja musi opierać się na indywidualnym sukcesie. Historycznie rzecz biorąc, miliarderzy to w większości biali mężczyźni. Czy to oznacza, iż kobiety są mniej „zasłużone” niż mężczyźni? To oczywiste, iż nie.
Istnieją również kobiety tego typu – samo zastąpienie mężczyzn kobietami nie rozwiązuje problemu, jeżeli ta sama mentalność pozostaje. To, co widzimy, jest konsekwencją skrajnej indywidualizacji. To patriarchalny mit samotnego bohatera, który rozwiązuje wszystkie problemy, wykorzystując swoje samookreślone talenty, tzw. archetyp „kowboja”. Jednak Olivier Hamant, teoretyk systemów i biolog, mówi o solidności (robustesse), czyli „całości” obecnej w systemach ożywionych. Podkreśla, iż źródłem życia jest autentyczna różnorodność. Można to nazwać różnorodnością, odmiennością, a choćby niespójnością. Wszyscy jesteśmy różni i to jest prawdziwa siła życia, a nie celebracja bohatera.
To prowadzi nas do czwartego mitu: mitu „miliardera-mściciela”. Mściciel to postać głęboko zakorzeniona w kulturze Zachodu. Wystarczy pomyśleć o Robin Hoodzie albo klasycznym kowboju z dawnych filmów, który stoi ponad prawem, pojawia się tam, gdzie system zawodzi, rozwiązuje problemy, a potem odjeżdża w stronę zachodzącego słońca, pozostawiając po sobie porządek. Ten sam schemat przenoszony jest dziś na miliarderów. Elon Musk jest tu doskonałym przykładem. Kiedy przejął Twittera, nie chodziło tylko o prowadzenie biznesu i zarabianie pieniędzy. Było to przedstawiane jako ratowanie demokracji i obrona wolności słowa, wręcz prezentował się jako „absolutysta wolnego słowa”. Podobnie, jako szef DOGE (Departamentu Efektywności Rządowej), kreował się na kogoś, kto ratuje Amerykę.
Niczym strażnicy obywatelscy, miliarderzy często przedstawiają siebie jako osoby walczące z biurokracją.
Tak samo Batman nie jest klasycznym superbohaterem, ale miliarderem, który wkracza tam, gdzie zawodzi policja, i sam rozwiązuje problemy. Polityczna historyczka, Jill Lepore, mówi o zjawisku „muskizmu” (2021), nowej formie kapitalizmu, gdzie miliarderzy przypominają współczesnych feudałów, podczas gdy reszta społeczeństwa to chłopi. Oni „wiedzą lepiej”, więc nasz los powinien spoczywać w ich rękach, bo są rzekomo bohaterami i mścicielami działającymi w imię ludzkości.
Wierzą, iż bogactwo daje im moralną wyższość nad innymi.
Wielu ludzi przyjmuje tę narrację, widząc w nich niemal nadludzkie jednostki, a ich osąd jest ważniejszy niż decyzje społeczeństwa. Zamiast wspólnego dobrobytu i postępu społecznego, w które kiedyś wierzono i obiecywano, mamy rosnące dysproporcje.
W latach 80. mieszkałem w Wielkiej Brytanii. Wówczas premier Margaret Thatcher, inspirowana ideami zawartymi w książce „Droga do zniewolenia” (1944) autorstwa Friedricha Hayeka, obiecywała, iż każdy skorzysta na neoliberalnych zmianach, które wprowadziła, a nawet, iż wszyscy mogą stać się kapitalistami. Stare podziały klasowe między kapitalistami a pracownikami miały zniknąć. Stało się jednak odwrotnie. I dziś pojawia się pytanie: dokąd zmierzamy? Wielu z nas, krytykujących neoliberalizm, w tym ja sam, naiwnie wierzyło, iż walka z nim doprowadzi do czegoś lepszego. A potem pojawił się Donald Trump. Pytanie więc brzmi: jak możemy zachować nadzieję na postęp, na człowieczeństwo i na wizję wspólnego dobrobytu?
Moim skromnym wkładem jest próba obalenia mitów uzasadniających nierówności. Przynajmniej możemy zacząć odbudowywać kolektywistyczną wizję społeczną demokracji.
To bardzo ważne, by zastanowić się nie tylko nad samymi mitami czy nad tym, co mówią miliarderzy, ale również nad tym, co faktycznie robią, jak kształtują naszą kulturę i sposoby myślenia. Napisałeś, iż miliarderzy nie pozycjonują się jako uprawiający politykę, tylko „czynią dobro”. To część mitu. Problem polega na tym, iż to oni definiują, co dla nas wszystkich oznacza „dobro”. Poprzez te mity określają nie tylko moralne znaczenie dobra, ale też jego praktyczny wymiar. Wpływają na to, co uznajemy za wartościowe w sztuce, nauce czy życiu społecznym. Powstaje świat tworzony przez nich i dla nich. Pytanie więc brzmi: czy miliarderzy mogą być „dobrzy” w uniwersalnym, humanistycznym sensie?
Ludzie często proszą mnie o wskazanie „dobrych” miliarderów i łatwo wtedy wpaść w pułapkę oceniania, czy ktoś jest sympatyczny, czy nie. Warren Buffett bywa postrzegany jako ciepła, wręcz ojcowska postać, podczas gdy Elon Musk uchodzi za osobę, którą trudniej polubić. Być może nie chciałabyś zaprosić go na rodzinny obiad. Jednak skupianie się na osobowościach to odwracanie uwagi od istoty problemu. Prawdziwym problemem jest system polityczno-ekonomiczny, zaprojektowany tak, by generować i pogłębiać nierówności ekonomiczne.
To nie dotyczy wyłącznie względnie zamożnych demokracji liberalnych, ale także, w kontekście dziedzictwa kolonializmu, państw słabiej rozwiniętych, gdzie dziedzictwo kolonizacji sprawiło, iż istnieją głębokie strukturalne nierówności. Tymczasem miliarderzy, tacy jak Jeff Bezos, jeżdżą sobie gondolą i wydają miliony na pierścionek dla narzeczonej. To pokazuje skalę problemu.
Nasza uwaga powinna być skierowana na system, który powoduje takie nierówności.
Jeśli zamiast tego czytamy kolorowe magazyny i oceniamy osobowość Muska, styl życia Bezosa czy fryzurę Marka Zuckerberga, rozpraszamy się i pomijamy najważniejsze kwestie polityczne.
Krytykujmy system, który to wszystko tworzy i podtrzymuje i spróbujmy go zmienić.
Przypisy:
[1] „Kapitalizm ‘woke’: jak moralność korporacyjna sabotuje demokrację”(2022) oraz „Cholernie bogaci: cztery mity o dobrym miliarderze” (2025).
Bibliografia:
Chambers, E.G., Foulon, M., Handfield-Jones, H., Hankin, S.M. and Michaels III, E.G. (1998) The War for Talent, The McKinsey Quarterly, 3: 44-57.
Hayek, F.A. (1944). The road to serfdom. Chicago: University of Chicago Press.
Lazarus, E. (1883/2005) The New Colossus, in J, Hollander (Ed.) Emma Lazarus: Collected Poems. p. 38. New York: Library of America.
Lepore, J. in Illing, S. (2021) Elon Musk’s imaginary world, Vox, 6 December [dostęp 08.05.2026]
Musk, E. cited in T.L. O’Brien (2022) Why Elon Musk just spent $4b buying a big chunk of Twitter, Sydney Morning Herald,5 April [dostęp 08.05.2026]
Rhodes, C. (2022). Woke capitalism: How corporate morality is sabotaging democracy. Bristol: Bristol University Press.
Rhodes, C. (2025). Stinking Rich: The Four Myths of the Good Billionaire. Bristol: Bristol University Press.
Taneja, A., Kamande, A., Gomez, C.G., Abed, D., Lawson, M. and Mukhia, N. (2025) Takers not Makers: The unjust poverty and unearned wealth of colonialism, Oxford: Oxfam.
Truslow Adams, J. (1931/2012) The epic of America, London: Routledge
Varoufakis, Y. (2023) Technofeudalism: What Killed Capitalism, London: Penguin.











