Demokracja bokserska
Obserwując stosunki polityczne w naszym kraju, oglądając programy publicystyczne i czytając prasę, można dojść do wniosku, iż mamy stan anarchii. Prezydent jedno, a pozostałe władze – drugie. o ile nie nazwać tej sytuacji anarchią, to można ją nazwać demokracją bokserską. Władze państwa boksują się nawzajem, interpretując w skrajnie różny sposób prawo i – co najbardziej szkodliwe i demoralizujące społeczeństwo – Konstytucję. Ducha prawa rozumieją tylko nieliczni. Prezydent lekceważy władczość Sejmu w sprawie wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wykazuje skrajną arogancję, wysłuchując osobiście ślubowania tylko od dwóch sędziów. Lekceważy infantylnie wojsko. Pan Duda słuchał w tym „boksie” słabych sekundantów, więc o żadnej kohabitacji nie ma mowy do dziś.
Prezydent Nawrocki, choć się zna na boksie, to na stosunkach politycznych słabo. Pełni zaszczytną funkcję choć nie wie, iloma głosami ją zdobył. To również wskazuje na anarchię albo uzurpację władzy. Moim zdaniem suweren powinien precyzyjnie wiedzieć, ile głosów oddano na każdą kandydaturę. W ten sposób zakończyć wybory to lekceważenie wyborców i demokracji. Dlatego pana Hołownię mało kto rozumie. Świadomi politycznie obywatele czują się z tym faktem źle, pozostałej rogaciźnie jest to obojętne, byleby dużo kasy i dostęp do koryta.
Co czeka kraj w takiej sytuacji politycznej? Moim zdaniem dalsza degradacja stosunków społecznych. Dalsza demoralizacja. Gdzie jest etyka? Gdzie jest moralność? Czy sprawdza się powiedzenie cyt.: „Polak katolik, alkoholik…”? Chyba przez cały czas tak. Choć Polacy piją lepsze trunki, to jednak kłamią bardziej wyrafinowanie. Wiara w Boga jest tylko na sztandarach. Myślę, iż obywatele Polski powinni jeszcze raz przeczytać Biblię oraz Konstytucję, starać się je zrozumieć w dobrej wierze. Konsultować wniosków z lektury nie ma z kim, autorytety zniszczone. Trzeba chyba doradców polityczno-prawnych zastąpić specjalistami/ trenerami od boksu. Wtedy wszyscy kibole i bokserzy będą przestrzegać zasad Konstytucji, tak jak regulaminów sportowych. Wróci prawdziwa demokracja. Przecież spokój w kraju to podstawa bezpieczeństwa szczególnie w aktualnej sytuacji międzynarodowej. JERZY KRYGIER z Myślenic
W co gra PSL?
Nie tylko media nie wykazują żadnego zainteresowania pomysłem PSL-owców, by ze środków europejskiej pożyczki SAFE, przeznaczonych na sfinansowanie zwiększenia potencjału obronnego Polski, pokryć też wydatki związane z powstaniem w kraju czterech tzw. Zielonych Okręgów Przemysłowych. Pierwszym ma być tzw. Kaszubia na Pomorzu. Informacje można znaleźć w internecie. Łza mi się zakręciła w oku na myśl o tym, ile powstanie nowych (kierowniczych i dobrze płatnych) miejsc pracy dla PSL-owców, ile rad nadzorczych, ile będzie związanych z tym kredytów na łączące się z tym przedsięwzięcia i na niezbędne komisje itd. Ale za ten kredyt SAFE i za patriotyczną „pracę”, zarobki oraz kredyty PSL-owców spłacać pożyczkę będziemy my.
Czy ktoś potrafi wskazać choć jedno przedsięwzięcie PSL przydatne dla naszego państwa, dla nas wszystkich? Zwłaszcza dziennikarzom proponuję zainteresowanie tą kwestią. W ostatnich latach pozyskaliśmy z funduszy UE na rolnictwo ponad 500 mln euro. Większość tych środków była wydawana w Polsce za pośrednictwem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz jej agend, z którymi od lat są związani zwłaszcza chłopcy z PSL. W części ci sami, którzy rządzą w regionach i samorządach, każdorazowo zaczynając pracę od przeglądu kadr i wyrzucenia z pracy (łącznie ze sprzątaczkami) tych, którzy do PSL nie należą. Na ich miejsce przychodzą swoi, którzy nie muszą się znać na niczym (…).
Ponad tydzień temu media ogłosiły, iż „Tygrysek” i PSL złożyli w Sejmie „poprawiony” projekt prezydenckiego polskiego SAFE 0 proc. (faktycznie: bez pokrycia finansowego). Nieco później media ogłaszały: Prezydent Karol Nawrocki postanowił o użyciu oddziałów i pododdziałów Sił Zbrojnych RP do pomocy Straży Granicznej na granicy z Niemcami i Litwą. […] O decyzji prezydenta poinformowała jego kancelaria oraz Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Rzecz w tym, iż Siłami Zbrojnym RP zarządza w czasie pokoju – zgodnie z Konstytucją i innymi przepisami – minister obrony narodowej we współpracy z premierem i Radą Ministrów, też prezydentem RP. To on wydaje związane z tym decyzje (czasem z kontrasygnatami). W kontekście wspomnianego ogłoszenia – informacji brak dementi MON o tym, kto faktycznie podjął decyzję o dyslokacji Wojska Polskiego. Bo chyba jednak minister, gdyż prezydent nie ma do tego prawa?
Czy wyżej wymienione działania/brak działań „Tygryska” to przypadki? Rozbawia do łez twierdzenie niektórych dziennikarzy, iż jest on lojalnym współpracownikiem premiera. A nie jest tajemnicą, iż PiS od dawna proponuje mu (i PSL) współpracę za tekę premiera RP. Może ta teka to po prostu za mało? Może nie o nią chodzi? I bez znaczenia dla PSL jest, kto faktycznie będzie w Polsce rządził, byle to był koalicjant. Może chodzi faktycznie o przyszłość chłopaków z PSL i związane z tym targi? Pytań, na które pewnie chcielibyśmy otrzymać odpowiedzi, jest więcej. jeżeli Polska ma zapłacić firmie Pfizer blisko 6 mld zł z tytułu zamówionych i niezapłaconych szczepionek na COVID-19 (a nakaz zapłaty orzekł sąd pierwszej instancji w Brukseli), czy premier, minister finansów, któryś z posłów lub senatorów, a może rzecznik praw obywatelskich złożą zawiadomienie do prokuratury (sądu administracyjnego) o domniemaniu dokonania przestępstwa przez Pinokia, który winien te pieniądze zwrócić do budżetu naszego państwa? A co porabia rzecznik praw obywatelskich? Jego działalność i dorobek pozostają nieznane podobnie jak poprzednika. Sonda uliczna wykaże na 100 proc., iż my, obywatele, nie znamy choćby nazwiska pana Rzecznika (…).
Ciekawe, czy Donalda T. i Jarosława K. byłoby stać na spotkanie przy małej wódce lub winku i na szczerą rozmowę? Choćby o tym, iż nie panują od dawna nad swoimi dworami i licznymi poddworami współpracowników. O możliwej, a może niezbędnej (?) współpracy. Bo dwory chcą się panów od dawna pozbyć (co słychać, widać i czuć…). Donaldzie T. i Jarosławie K. – większość z nas ma dosyć tej hołoty, którą wspieracie, której pozwalacie na wszystko (…). SKROMNY OBYWATEL
Haniebny epizod
Sto lat temu, w maju 1926 roku, została zdeptana polska demokracja. Decyzja Józefa Piłsudskiego o sięgnięciu po broń przeciw legalnym władzom Rzeczy pospolitej była aktem łamiącym elementarną zasadę państwa prawa, która mówi, iż władzę zmienia się przy urnie, nie na moście i nie pod lufą karabinu. Niezależnie od intencji, retoryki „ratowania państwa” czy oskarżeń pod adresem „sejmokracji”, zamach majowy oznaczał jedno – uznanie, iż siła stoi ponad konstytucją, prawem, a choćby ponad elementarną przyzwoitością. Trzy dni walk w Warszawie przyniosły realne ofiary: żołnierzy, cywilów, ludzi przypadkowych. Krew – jak się oblicza niemal 400 ofiar śmiertelnych i blisko tysiąca rannych – przelana w imię „uzdrowienia życia publicznego” była moralnym paradoksem całego przedsięwzięcia. Jak można leczyć państwo, podkopując jego podstawę, czyli legalizm? Jak bronić Rzeczpospolitej, zaczynając od gwałtu na niej? Jak wyprowadzając wojsko z koszar, można nie zakładać ofiar? A co z legendarnym wręcz honorem żołnierskim, złamanym w momencie wystąpienia przeciwko państwu, któremu ślubowało się wierność? Jeden z głównych ideologów pozytywizmu, a później czołowych publicystów okresu międzywojennego, Aleksander Świętochowski tak pisał o Piłsudskim tuż po zamachu: „Na te pytania daje nam zupełnie jasną odpowiedź natura umysłu p. Piłsudskiego (…).
Ma on dwie wady, które mu nie pozwalają ani spożytkować swojej wielkiej siły, ani oddać ojczyźnie tych usług, do jakich jest rzeczywiście zdolny: szczupły krąg wiedzy politycznej i chorobliwą zarozumiałość. Pierwsza uwydatnia się w niemocy twórczej, druga w samochwalstwie posuwającym się aż do śmieszności”. A więc, mówiąc w uproszczeniu, Piłsudski nie był w stanie wymyślić czegoś mądrzejszego, a musiał udowodnić, iż może być jedynym zbawcą ojczyzny. Piłsudski wyraźnie roztrwonił posiadany potencjał pokojowego wpływu na polską rzeczywistość, jaki posiadł po odzyskaniu przez kraj niepodległości. A był to potencjał olbrzymi.
Rządy sanacji gwałtownie odsłoniły autokratyczne oblicze. Formalnie utrzymano instytucje parlamentarne, ale ich znaczenie systematycznie ograniczano. Konstytucja kwietniowa z 1935 roku przesunęła ciężar władzy ku prezydentowi i w praktyce umocniła dominację obozu rządzącego. Jeszcze bardziej niepokojące były praktyki wobec opozycji. Krytycy obozu rządzącego doświadczali nacisków administracyjnych, ograniczeń swobody działania, a w skrajnych przypadkach – represji. Symbolem tego stał się proces i osadzenie przeciwników politycznych w twierdzy w Brześciu nad Bugiem. Sposób, w jaki więźniowie byli tam traktowani za wiedzą – a być może choćby na polecenie Piłsudskiego – budzi szczególne obrzydzenie. To, iż znaleźli się oprawcy gotowi bić i upokarzać byłego trzykrotnego premiera Witosa, czy innych funkcjonariuszy państwowych wysokiego szczebla, tylko dlatego, iż mieli inne zdanie niż Piłsudski, wskazuje, do czego prowadzi fanatyzm polityczny.
Nazwisko komendanta z Brześcia i naczelnego oprawcy tamże, przejdzie do historii polskiej hańby. Wszyscy, którzy nie chcieli zgodzić się na poparcie BBWR i Piłsudskiego, poddawani byli torturom na skalę, którą w najnowszych dziejach porównać można jedynie z przesłuchaniami więźniów przez Gestapo w czasie drugiej wojny światowej. To było jednak dziełem najeźdźcy, z obcego narodu, specjalnej policji. Tortury w Brześciu były dziełem wyselekcjonowanych przez Piłsudskiego barbarzyńców spod znaku sanacji. Swoją drogą, jestem niezwykle ciekawy, czy okazja do przypomnienia tego haniebnego epizodu w życiu Polski, jaką jest niewątpliwie setna rocznica zamachu majowego, będzie należycie wykorzystana przez władzę i opozycję. A może nikt nie będzie śmiał ruszać tematu, by – broń Boże – nie narazić na szwank ideału Marszałka, którego imię nosi niemal każda główna ulica polskich miast? Tak to już w życiu jest, iż jeden czyn może zniweczyć cały choćby największy dorobek życia, jak to – w moim przekonaniu – jest z Piłsudskim i jego zamachem majowym. ANDRZEJ ZAWADZKI
Ukraina nie czeka
Jeśli ktoś, kto w miarę śledzi wydarzenia światowe i słucha informacji z Bliskiego Wschodu, a przy tym wie, iż Ukraina, walcząc z orkami Putina, nie interesuje się tamtymi wydarzeniami, to jest w błędzie. Tamten konflikt, razem z wojną w Ukrainie, wpisuje się już w geo polityczną układankę choćby z udziałem Chin. Chińczycy są pragmatyczni, jak zawsze, a Rosja stała się już dla nich „chorym człowiekiem” toksycznie uzależnionym od Chińczyków. Oni już obawiają się, iż rosyjska słabość będzie dla nich zbyt kosztownym obciążeniem strategicznym. Czy mają rację? Nie można zapominać, iż oni czasami lepiej potrafią wyciągać wnioski z wojen, które ich pośrednio dotyczą.
Ukraina w chaosie wokół Iranu prowadzi własną grę, bo zrozumiała, iż dla administracji Trumpa, nie jest już aktem bezwarunkowej lojalności, ale jedynie narzędziem w grze z Kremlem. Ukraina rozwija swoje zdolności uderzeniowe sama, bez pomocy USA. Rezultat jest już widoczny. Wyeliminowała połowę miejsc w portach bałtyckich, gdzie przeładowuje się ropę na tankowce – i to w niecałe dwa tygodnie. Jakoś Jankesi w żadnych swoich newsach o tym nie wspomnieli. To już totalna operacja (nie tylko na Bałtyku) przeciwko sektorowi energetycznemu Rosji, która wykracza poza niszczenie infrastruktury również na lądzie. Ukraińcy, wykorzystując wywiad, jednostki specjalne oraz precyzyjniejsze niż na początku wojny – choćby bez pomocy satelitów USA – ataki rakietowe, pokazują, iż potrafią sami paraliżować fundamenty rosyjskiej machiny wojennej. Tak stawiają świat i nieobliczalnego Trumpa przed faktami dokonanymi.
W porę dostrzegli słabość USA. W czym? Największa armia świata nie była w stanie w pełni zabezpieczyć swoich sojuszników blisko Iranu przed asymetrycznymi uderzeniami dronów irańskich. I w tę dziurawą jak sito amerykańską tarczę weszli Ukraińcy, oferując wsparcie krajom położonym blisko Iranu – bo są już ekspertami od przetrwania. Kijów przestał już prosić Trumpa o pomoc, w zamian oferuje bezcenną wiedzę, której Zachód nie ma. Ba! Przestali już pytać USA o zgodę i sami tworzą koalicję, która uderza w fundamenty gospodarcze i militarne Rosji. Trump tego nie widzi, a kiedy dostrzeże, będzie za późno, choć ponoć taki transakcyjny.
W tej grze są trzy elementy. Pierwszy – Kijów oferuje technologię ochrony rafinerii przed dronami, której USA nie dostarczyły swoim sojusznikom Bliskiego Wschodu. Po drugie – niezależność polityczna, bo państwa arabskie prowadzą własną grę, a Ukraina zobaczyła, iż dogadywanie się z nimi jest skuteczniejsze niż poleganie na kaprysach Trumpa. Po trzecie – w świecie arabskim rosyjskie aktywa są ogromne, więc współpracując z krajami Zatoki, Ukraina ma lewar do uderzenia w finanse Rosji tam, gdzie Jankesom nie chce się interweniować. W tej walce nie ma miejsca na wahania – jeżeli jest szansa na osłabienie Rosji, Ukraina to robi, nie oglądając się na USA.
W świecie arabskim jakieś tam „Deklaracje o strategicznym partnerstwie” nie znaczą nic, jeżeli nie stoją za nimi twarde interesy. Kijów przyszedł do partnerów w Zatoce z konkretami, które świetnie podsumowano w jednym z dzienników: „Być może nie mamy nieograniczonych zasobów, ale posiadamy sprawdzone w boju rozwiązania, których nie dały wam USA. Przy waszym wsparciu finansowym zbudujemy wam tarczę, która realnie zabezpieczy waszą infrastrukturę przed zagrożeniem, wobec którego zachodnie systemy okazały się bezradne”. Nic dodać, nic ująć.
Nieobliczalny w swoich decyzjach Trump MUSI w końcu uznać, iż Zełenski też ma karty, choć zarzucał mu ponad rok temu, iż ich nie ma. Wszedł już w lukę w bezpieczeństwie Bliskiego Wschodu i udowodnił to swoimi żołnierzami oraz sprzętem. Zestrzeliwał (i przez cały czas to robi) taniej i skuteczniej Shahedy Iranu. Tylko wybujałe ego Trumpa nie pozwala mu tego przyznać – co arabscy szejkowie już zauważyli i grają mu na nosie. A w zasadzie grają na czas, aby go lepiej wykiwać. Oby im się udało. Zasłużył na to jak żaden inny prezydent USA. J.K.
Dziki w miastach
Tematyka występowania dzików w miastach wywołuje liczne kontrowersje w lokalnych społeczeństwach. Ostatnio w TVN24 wypowiedzieli się w tej sprawie główny konserwator przyrody Mikołaj Dorożała, nieposiadający przyrodniczego wykształcenia, oraz dziennikarz Adam Wajrak, amator przyrodnik. W konkluzji obaj rozmówcy stwierdzili, iż inwazja dzików na miasta to efekt odstrzału w lasach przylegających do terenów zurbanizowanych. Jest to mało prawdopodobne, gdyż w Warszawie pojawiają się często łosie, które chronione są przed odstrzałem, natomiast jelenie będące pod presją polowań pojawiają się tam sporadycznie.
Epidemia afrykańskiego pomoru świń (ASF) i redukcja liczebności dzików przez odstrzał spowodowała w lasach duże zróżnicowanie zagęszczenia populacji. Sporadycznie wykonane badania metodami statystycznymi wykazały w naszych lasach obszary, gdzie zagęszczenie dzików jest bardzo niskie, często poniżej jednego osobnika na km2, oraz tereny, na których zagęszczenie populacji tych zwierząt jest wyższe niż 5 dzików/km2. Dlatego obecność dzików w miastach to efekt emigracji tych zwierząt z przegęszczonych populacji występujących w lasach przylegających do terenów miejskich. Eliminacja dzików występujących w miastach bez redukcji ich liczebności w lasach sąsiadujących z terenami zurbanizowanymi nie spowoduje spadku migracji tych zwierząt na tereny miejskie. Aby wykonać tam depopulację dzików, niezbędna jest znajomość zagęszczenia tych zwierząt ocenionego dzięki wiarygodnych metod.
Niestety, wyniki dotyczące liczebności dzików w naszym kraju, podawane jako rezultat tzw. całorocznych obserwacji, nie reprezentują rzeczywistej liczebności populacji, gdyż nie są oparte na metodyce obserwacji zwierząt w terenie, ale stanowią jedynie subiektywne i arbitralne spekulacje kół łowieckich. Opierają się one na tzw. mniemanologii stosowanej – termin wylansowany przez nieżyjącego już satyryka J.T. Stanisławskiego. Urzędnicy w Ministerstwie Klimatu i Środowiska oraz funkcjonariusze Polskiego Związku Łowieckiego odpowiedzialni za zagęszczenie populacji dzika nie są zainteresowani rozwiązaniem tego problemu. Chaos w zarządzaniu populacją dzika spowodowała przyjęta bezkrytycznie przez naszą administrację rządową fatalna dyrektywa Unii Europejskiej nakazująca w ramach walki z epidemią afrykańskiego pomoru świń (ASF) obniżenie populacji dzików do 0,1 osobnika na 1 km2 obwodu łowieckiego. Dyrektywa opracowana przez niekompetentnych unijnych urzędników okazała się niewykonalna w praktyce i nie doprowadziła do likwidacji ASF, natomiast w statystyce łowieckiej stworzyła pole do podawania fikcyjnych istniejących na papierze liczebności dzików istotnie rozbieżnych z wysokością pozyskania populacji. Dziki występujące w miastach stanowią zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi. Buchtują trawniki, a w przydomowych ogródkach niszczą warzywa i owoce. Każdego roku samorządy ponoszą dotkliwe koszty związane z likwidacją dzików miejskich bez perspektyw rozwiązania tego problemu. W lasach przylegających do miast, które mają problem z dzikami, np. w Puszczy Kampinoskiej (Warszawa) i Lasku Wolskim (Kraków), należy dokonać oceny zagęszczenia dzików znaną metodą obserwacji liczby tych zwierząt w dużych powierzchniach taksacyjnych. Potwierdzenie występowania tam zagęszczeń populacji powyżej 4 dzików/km2 powinno skutkować uruchomieniem odstrzału redukcyjnego, który obniży zagęszczenie do poziomu 2 – 3 dzików/km2, co powinno istotnie zmniejszyć ich napływ na tereny miejskie.
Pan Mikołaj Dorożała, odpowiedzialny za gospodarkę łowiecką, zamiast wygłaszania merytorycznie nieuzasadnionych wniosków, iż przyczyną występowania dzików miejskich jest ich odstrzał w lasach przylegających do aglomeracji miejskich, powinien zlecić program dotyczący inwentaryzacji dzików na terenie tych lasów. Program taki powinny wykonać zespoły naukowe, które mają doświadczenie w inwentaryzacji i planowaniu pozyskania populacji dzikich kopytnych. Jednakże jestem pesymistą i uważam, iż urzędnicy w Ministerstwie Klimatu i Środowiska nie zdecydują się na finansowanie takiego programu i problem dzików miejskich pozostanie nierozwiązany. Prof. dr hab. BOGUSŁAW BOBEK














