„Nie było dzieci w Powstaniu — to jest fałszywa propaganda" — mówi wprost Leszek Żebrowski, jeden z najważniejszych niezależnych badaczy podziemia niepodległościowego. W swoim wykładzie historyk pokazuje, jak wokół Powstania Warszawskiego narosła cała warstwa politycznie użytecznych mitów: o „dzieciach rzuconych na rzeź", o powstańcach „idących z gołymi rękami" i o „zbrodni dowódców", którzy rzekomo wywołali zryw wbrew woli mieszkańców. Żebrowski, opierając się na dokumentach, rozbiera te mity po kolei — i przypomina, iż propaganda wokół Powstania od dziesięcioleci bywa narzędziem bieżącej polityki.
*Materiał źródłowy: Leszek Żebrowski, „Fałszywa propaganda wokół Powstania Warszawskiego", kanał Wyklęci TV.*
Kim jest Leszek Żebrowski
Zanim przejdziemy do tez wykładu, warto przypomnieć, kto je wygłasza — bo w sporze o historię autorytet mówiącego ma znaczenie. Leszek Żebrowski to warszawiak, z wykształcenia ekonomista (ukończył Wydział Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego), a z pasji i dorobku — historyk. Wojna i konspiracja nie były dla niego tematem z podręcznika: jego ojciec, Franciszek Żebrowski, był oficerem Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej. Etos podziemia niepodległościowego wyniósł więc z domu.
Żebrowski uchodzi za pioniera naukowych badań nad Narodowymi Siłami Zbrojnymi i Narodową Organizacją Wojskową — nurtem narodowym w polskim podziemiu, przez dziesięciolecia w PRL objętym zapisem cenzury i oszczerstwem. To on jako jeden z pierwszych zaczął przywracać prawdę o tych formacjach i o „żołnierzach wyklętych", współredagując fundamentalne opracowanie „Żołnierze wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 roku". W latach 1992–2002 pracował na kierowniczym stanowisku w Urzędzie do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Jest autorem wielu książek, m.in. „Walka o prawdę i historię", „Czerwona trucizna" czy monografii Brygady Świętokrzyskiej NSZ.
Występuje na spotkaniach organizowanych przez Instytut Pamięci Narodowej, publikuje na łamach „Biuletynu IPN", jest częstym gościem Radia Maryja, TV Trwam i Telewizji Republika. Od 2017 roku nagrania z jego udziałem ukazują się na kanale „Leszek Żebrowski – Wyklęci TV". Krytycy z obozu liberalno-lewicowego bywają wobec niego nieprzejednani — ale trudno odmówić mu tego, co w historyku najcenniejsze: oparcia twierdzeń na źródłach i odwagi mówienia rzeczy niewygodnych. Właśnie ta postawa czyni z jego wykładu o Powstaniu materiał, którego nie sposób zbyć wzruszeniem ramion.
„Fałszywa propaganda" — o czym jest to nagranie
Punktem wyjścia wykładu jest prosta, ale niewygodna obserwacja: obraz Powstania Warszawskiego, który funkcjonuje w powszechnej świadomości, w znacznej części nie jest wiernym zapisem faktów, ale konstrukcją propagandową. Konstrukcją budowaną najpierw przez komunistów, a dziś — zdaniem historyka — podtrzymywaną i wykorzystywaną przez środowiska, którym z różnych powodów zależy na osłabieniu polskiej pamięci narodowej.
Żebrowski nie jest wrogiem Powstania — przeciwnie. Jego wykład i towarzysząca mu książka „Warszawa '44. Krew i chwała" (z wymownym podtytułem o propagandzie wokół Powstania „jako narzędziu dawnej i współczesnej polityki") to obrona żołnierzy i miasta przed zawłaszczaniem ich pamięci. Historyk rozróżnia dwie rzeczy, które w publicznej debacie nagminnie się myli: krytykę decyzji o wybuchu Powstania oraz oczernianie samych powstańców. Pod pozorem tej pierwszej — twierdzi — przemyca się często to drugie. Przyjrzyjmy się trzem mitom, które w wykładzie zostają rozbrojone.
Mit pierwszy: „dzieci w Powstaniu"
Najmocniej brzmiące zdanie całego wykładu to właśnie: „Nie było dzieci w Powstaniu". Trzeba je zrozumieć precyzyjnie, bo w tej precyzji tkwi sedno. Żebrowski nie zaprzecza, iż w walczącej Warszawie byli ludzie młodzi, w tym nastolatkowie. Zaprzecza czemuś innemu — rozpowszechnionemu obrazowi, w którym to dzieci z bronią w ręku stanowiły siłę bojową zrywu, „rzucone na rzeź" przez bezdusznych dowódców.
Prawda historyczna jest taka: Powstanie toczyli żołnierze Armii Krajowej — w ogromnej większości ludzie dorośli, po dwudziestce, zaprzysiężeni i przeszkoleni w konspiracji. Najmłodsi — harcerze Szarych Szeregów — pełnili służbę pomocniczą: w harcerskiej Poczcie Polowej roznosili listy, byli łącznikami, gońcami, sanitariuszami, pomagali w kuchniach i przy gaszeniu pożarów. To była realna, często bohaterska służba — ale nie była to walka dzieci-żołnierzy. Armia Krajowa nie wcielała dzieci do oddziałów szturmowych i nie „posyłała ich na śmierć".
Dlaczego więc obraz „dzieci w Powstaniu" jest tak trwały? Bo jest politycznie użyteczny. W wersji komunistycznej służył oskarżeniu dowództwa AK i „londyńskich panów" o zbrodnicze poświęcenie najmłodszych. W wersji współczesnej — sentymentalnej — spłaszcza Powstanie do wzruszającej opowieści o niewinnych ofiarach, odbierając mu wymiar świadomej, żołnierskiej decyzji dorosłych ludzi o walce za wolność. W obu przypadkach, dowodzi Żebrowski, mit „dzieci" zastępuje fakt: iż był to bój regularnego, zakonspirowanego wojska, a nie tragedia bezbronnych maluchów.
Symbolem tego nieporozumienia stał się pomnik Małego Powstańca — chłopiec w za dużym hełmie i za dużych butach. Jako hołd dla harcerskiej służby najmłodszych jest on w pełni na miejscu i wzrusza słusznie. Problem zaczyna się wtedy, gdy z wyjątku i ze służby pomocniczej czyni się regułę i istotę zrywu — gdy „mały powstaniec" wypiera z pamięci dorosłego żołnierza AK z bronią w ręku. Żebrowski nie odbiera czci dzieciom, które naprawdę zginęły w płonącym mieście — jako ofiary niemieckiego terroru, nie jako rzucona do szturmu „armia dzieci". Upomina się jedynie o proporcje i o prawdę: Powstanie prowadzili dorośli.
Mit drugi: „szli z gołymi rękami"
Drugim obalanym mitem jest obraz powstańca bez broni — chłopca, który rzuca się na czołgi „z butelką benzyny i różańcem", bo dowódcy wysłali go na pewną śmierć. Ten wizerunek, powtarzany w publicystyce i popkulturze, ma sugerować, iż Powstanie było z góry samobójczym szaleństwem.
Żebrowski prostuje: powstańcy mieli broń. Owszem — i o tym trzeba mówić uczciwie — Armia Krajowa była w chwili wybuchu dramatycznie niedozbrojona; broni palnej starczało dla części żołnierzy, reszta czekała, aż zdobędzie ją na wrogu. Ale „niedozbrojony" to nie to samo co „bezbronny". Powstańcy dysponowali bronią z konspiracyjnych magazynów, produkowali ją w podziemnych warsztatach (słynne pistolety maszynowe „Błyskawica" i „Sten"), masowo zdobywali na Niemcach, a we wrześniu otrzymywali zrzuty z Zachodu. Zdobywali choćby broń pancerną — batalion „Zośka" przejął i obrócił przeciw Niemcom czołgi Panther. Przez sześćdziesiąt trzy dni była to walka regularnego wojska, a nie rozpaczliwy odruch tłumu z gołymi rękami. Mit „bezbronnych" — podobnie jak mit „dzieci" — służy jednemu: przedstawieniu zrywu jako bezsensownej rzezi, a jego dowódców jako zbrodniarzy.
Mit trzeci: „to była zbrodnia dowódców"
Trzecia, najgłębsza warstwa propagandy dotyczy samej decyzji o wybuchu. Zgodnie z nią Powstanie było zbrodnią lub co najmniej karygodnym błędem garstki oficerów, którzy wbrew rozsądkowi i wbrew woli mieszkańców „rzucili miasto na stos". W tej narracji winni są Polacy — dowództwo AK i rząd na uchodźstwie — a nie ci, którzy naprawdę skazali Warszawę na zagładę.
Żebrowski odwraca tę perspektywę. Po pierwsze przypomina, iż decyzja o walce nie zapadła w próżni ani wbrew ludziom: nastroje w okupowanej Warszawie latem 1944 roku były bojowe, a pragnienie rozprawy z cofającym się okupantem — powszechne. „Ludzie tego chcieli" — to nie była wojna wypowiedziana przez sztab znudzonym cywilom, ale wybuch nagromadzonej przez pięć lat woli oporu. Po drugie, i najważniejsze: prawdziwym sprawcą klęski nie było dowództwo Powstania, ale sowiecka zdrada. To Armia Czerwona zatrzymała się nad Wisłą i przez dwa miesiące patrzyła, jak miasto się wykrwawia; to Stalin nazwał powstańców awanturnikami i tygodniami blokował alianckim samolotom prawo lądowania. Przerzucanie winy z Sowietów na Polaków — dowodzi historyk — jest sercem całej operacji propagandowej. Komuniści musieli obciążyć „reakcyjne" podziemie, by ukryć rolę swojego protektora.
Propaganda jako narzędzie polityki — dawnej i dzisiejszej
Największa wartość wykładu Żebrowskiego polega na tym, iż nie traktuje on tych mitów jako przypadkowych pomyłek, ale jako spójne narzędzie. Po 1944 roku komunistyczna władza potrzebowała odebrać Powstaniu i Armii Krajowej moralną legitymację — bo była to legitymacja konkurencyjna wobec narzuconego siłą „ludowego" państwa. Stąd dziesięciolecia oczerniania: AK jako „zapluty karzeł reakcji", dowódcy jako zbrodniarze, powstańcy jako ofiary własnej lekkomyślności. Jednocześnie propaganda PRL rozdmuchiwała marginalny udział komunistycznej Armii Ludowej, przypisując jej zasługi, których nie miała.
Do arsenału tej propagandy należało również coś odwrotnego niż oczernianie — zawłaszczanie. Komunistyczna Armia Ludowa, formacja nieliczna i w Powstaniu odgrywająca rolę marginalną, została przez propagandę PRL wyniesiona do rangi jednego z filarów walki. Ulicom nadawano imiona jej „bohaterów", w podręcznikach rozdymano jej udział, a przemilczano, iż decydujący bój prowadziła Armia Krajowa — ta sama, którą jednocześnie szkalowano. Ten mechanizm — jednoczesne oczernianie prawdziwych bohaterów i wywyższanie fałszywych — Żebrowski opisuje jako klasyczny chwyt reżimowej pamięci.
Rzecz w tym — i to jest teza najbardziej dziś kłująca — iż wiele z tych klisz przetrwało upadek komunizmu. Żebrowski wskazuje, iż schemat „Powstanie jako bezsensowna zbrodnia dowódców" wraca regularnie w publicystyce głównego nurtu, ilekroć potrzebne jest rozliczenie polskiej „megalomanii" czy „nacjonalizmu". Historyk nie ukrywa, z kim polemizuje — bez ogródek nazywa niektóre teksty prasy liberalnej paszkwilami na Powstanie. Jego przesłanie jest jasne: kto powtarza dawne oszczerstwa, ten — świadomie lub nie — kontynuuje robotę komunistycznej propagandy. Pamięć o '44 znów staje się polem bieżącej polityki.
Przemilczana zbrodnia: co spotkało powstańców po wojnie
Jest w tej opowieści rozdział, który propaganda PRL musiała ukryć najgłębiej — bo obnażał on prawdziwe oblicze „ludowej" władzy. Żołnierze, którzy przeżyli Powstanie i wrócili do kraju, nie zostali przez komunistów uznani za bohaterów. Zostali potraktowani jak wrogowie. Aparat bezpieczeństwa ścigał byłych akowców i powstańców, poddawał ich przesłuchaniom, więził, torturował, a niektórych mordował w kazamatach Urzędu Bezpieczeństwa.
Los ten dzielili najlepsi. Jan Rodowicz „Anoda" z batalionu „Zośka", bohater Powstania, zginął w 1949 roku w rękach UB. Generał August Emil Fieldorf „Nil", szef Kedywu Komendy Głównej AK, został po sfingowanym procesie stracony w 1953 roku. Tysiące innych przeszły przez więzienia i obozy. To jest właśnie owo „wyklęcie", którego badaniu Leszek Żebrowski poświęcił życie: naród najpierw ograbiono z niepodległości, a potem z pamięci o tych, którzy o nią walczyli. Propaganda oczerniająca Powstanie nie była więc akademickim błędem — była osłoną dla realnej zbrodni na jego uczestnikach.
„Walka o prawdę" — metoda, na której to się opiera
Siłą Żebrowskiego jest to, iż nie polemizuje emocjami, ale dokumentem. Jego dorobek — od monografii Narodowych Sił Zbrojnych, przez opracowania o podziemiu antykomunistycznym, po książki takie jak „Walka o prawdę i historię" czy „Czerwona trucizna" — to systematyczne zestawianie propagandowych klisz z archiwaliami: rozkazami, meldunkami, aktami spraw, relacjami świadków. Tam, gdzie propaganda operuje sloganem, on sięga po źródło.
Ta metoda ma znaczenie także dla sporu o Powstanie. Kiedy Żebrowski mówi, iż „nie było dzieci", iż „powstańcy mieli broń" albo iż winę za klęskę ponoszą Sowieci, nie wygłasza publicystycznego sądu — odwołuje się do materiału, który każdy może sprawdzić. Dlatego jego wykład wart jest wysłuchania w całości: nie jako kolejny głos w medialnej wojnie, ale jako lekcja czytania historii ze źródeł, a nie z propagandowych ulotek — dawnych i dzisiejszych.
Dlaczego to ważne dla pamięci narodowej
Można zapytać: po co dziś kruszyć kopie o sformułowania sprzed lat? Odpowiedź Żebrowskiego jest twarda i słuszna. Naród, który pozwala obcej lub wrogiej narracji opisywać własną historię, traci nad nią panowanie — a wraz z nim część tożsamości. jeżeli utrwali się obraz Powstania jako „rzezi dzieci", którą „na próżno" wywołali „nieodpowiedzialni dowódcy", to z największego zbrojnego czynu okupowanej Europy zostanie przestroga przed patriotyzmem. A o to właśnie — ostrzega historyk — w tej propagandzie chodzi.
Dlatego wykład i książka „Warszawa '44. Krew i chwała" nie są atakiem na Powstanie, ale jego obroną. Obroną przed dwoma skrajnościami naraz: przed oczernianiem, które czyni z bohaterów zbrodniarzy, i przed cukierkowym mitem, który odbiera im powagę żołnierskiej decyzji. Żebrowski upomina się o prawdę pełną — o to, by mówić zarówno o krwi, jak i o chwale; zarówno o dramacie, jak i o sensie. To postawa godna nie tylko historyka, ale i Polaka.
Zachęcamy do obejrzenia całości wykładu powyżej i do sięgnięcia po źródła. W sporze o pamięć narodową najskuteczniejszą bronią pozostaje bowiem dokument — i to właśnie na nim Leszek Żebrowski opiera swoją walkę o prawdę.
*Redakcja Dziennika Narodowego*














