Wyrok nakazujący europosłance Ilarii Salis wypłatę ponad 300 tysięcy euro za zwolnienie dwojga współpracowników bez uzasadnionej przyczyny wywołał we Włoszech polityczną burzę. Prawica zarzuca działaczce lewicy hipokryzję i wzywa ją do rezygnacji z mandatu.
Skazana obrończyni pracowników
Ilaria Salis, europosłanka wybrana z listy Sojuszu Zielonych i Lewicy, przez lata budowała wizerunek bezkompromisowej obrończyni słabszych, lokatorów i ludzi pracy. Wyrok mediolańskiego sądu pracy, który nakazał jej wypłacić ponad 300 tysięcy euro dwojgu zwolnionym współpracownikom, wywrócił ten obraz do góry nogami. To jej samej zarzucono metody, które na co dzień piętnowała u innych. Sprawa natychmiast przestała być kwestią prawa pracy, a stała się polityczną awanturą na szczeblu krajowym.
„Dobrze każe, źle czyni”
Najostrzej zareagowali politycy centroprawicy. Senator Forza Italia Maurizio Gasparri stwierdził, iż działaczka lewicy głosi jedno, a robi drugie, i zaliczył ją do polityków, którzy wzywają do przestrzegania praw, dopóki nie dotyczą one ich samych. Przypomniał przy tym o wcześniejszych kontrowersjach wokół jej sytuacji mieszkaniowej. W jego ustach cała sprawa stała się dowodem na przepaść między lewicową retoryką a praktyką.
Wezwania do rezygnacji
Poseł Braci Włochów i przewodniczący sejmowej komisji pracy Walter Rizzetto ocenił, iż postawa Salis kompromituje również tę część lewicy, która o prawach pracowniczych mówi poważnie. Zasugerował, iż na jej miejscu rozważyłby rezygnację z mandatu. Podobnie ostro wypowiedział się wiceprzewodniczący Izby Deputowanych Fabio Rampelli, dla którego zwolnienie współpracowników z dnia na dzień było aktem małostkowym, odbierającym ludziom czas na ułożenie sobie życia na nowo. Podkreślił, iż prawo pracy istnieje i bywa egzekwowane niezależnie od poglądów.
Symbol, który pęka
Dla Salis, której kariera wystrzeliła po głośnym areszcie na Węgrzech i wyborze do Parlamentu Europejskiego, to poważny cios wizerunkowy. Wyrok zapadł zaocznie, w pierwszej instancji, więc formalnie sprawa nie jest zamknięta. Politycznie jednak szkoda już się dokonała. Kiedy osoba, która uczyniła z obrony wykluczonych znak rozpoznawczy, sama trafia na ławę oskarżonych o łamanie praw najbliższych współpracowników, cierpi na tym nie tylko ona, ale wiarygodność całego obozu, który reprezentuje.
Źródło: liberoquotidiano










