Prezydent Karol Nawrocki podpisał 24 lipca nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, zwaną ustawą łańcuchową, która wprowadza generalny zakaz stałego trzymania psów i kotów na uwięzi. To finał sporu, w którym rok wcześniej głowa państwa zawetowała przeregulowaną wersję przepisów. Zmiana dotknie setek tysięcy gospodarstw, dając im rok na dostosowanie warunków.
Zakaz uwięzi z jasno określonymi wyjątkami
Nowe prawo zamyka epokę psów spędzających całe życie na krótkim łańcuchu. Ustawa zakazuje stałego trzymania psów i kotów na uwięzi, a więc praktyki, która przez dekady bywała w Polsce codziennością na wsi i na przedmieściach. Ustawodawca przewidział jednak wyjątki od reguły. Zakaz nie obejmuje krótkotrwałego uwiązania podczas transportu, wystaw, pokazów, konkursów i treningów, zabiegów weterynaryjnych ani sytuacji incydentalnych, na przykład przywiązania psa przed sklepem. Uwiązać zwierzę wolno także wtedy, gdy trzeba zapobiec bezpośredniemu niebezpieczeństwu dla ludzi lub innych zwierząt.
Buda z izolacją, kojec ze światłem i codzienny ruch
Ustawa nie kończy się na samym zakazie, ponieważ precyzuje warunki, w jakich pies może przebywać poza domem. Opiekun musi zapewnić zwierzęciu stały, swobodny ruch na ogrodzonym terenie albo kojec o powierzchni pozwalającej na poruszanie się. Taki kojec ma mieć co najmniej dwa boki z prześwitami przepuszczającymi światło i powietrze oraz trwałą i stabilną konstrukcję. Do tego dochodzi obowiązek codziennego ruchu poza kojcem, dostosowanego do wieku i stanu zdrowia psa. Zwierzęciu należy się również drewniana buda z izolacją cieplną, chroniąca przed mrozem, upałem i deszczem, a więc warunki odpowiadające jego naturalnym potrzebom.
Rok na dostosowanie i cień grudniowego weta
Przepisy nie zaczną obowiązywać od razu. Ustawodawca dał właścicielom dwanaście miesięcy od ogłoszenia ustawy na przebudowę wybiegów i przygotowanie posesji. Ten roczny okres przejściowy jest bezpośrednim skutkiem twardej postawy prezydenta. W grudniu 2025 roku Nawrocki zawetował pierwszą wersję przepisów, uznając ją za źle przygotowaną i przeregulowaną. Spór dotyczył wtedy zapisanych wprost w ustawie wymiarów kojców, które głowa państwa porównywała do metrażu miejskich mieszkań i nazywała oderwanymi od realiów wiejskich gospodarstw. Jak przekonywał prezydent, cel ochrony zwierząt jest słuszny, ale prawo musi być możliwe do wykonania.
Wieś i dobrostan po tej samej stronie
Historia ustawy łańcuchowej pokazuje, iż presja prezydenckiego weta bywa skuteczna. Po odrzuceniu pierwszej wersji Nawrocki złożył własny projekt, a Sejm pracował dalej nad wersją poselską, firmowaną przez polityków rządzącej koalicji. Efektem jest rozwiązanie, które próbuje pogodzić dwa interesy zbyt często stawiane przeciwko sobie. Z jednej strony stoją organizacje broniące dobrostanu zwierząt oraz miliony Polaków, dla których obraz psa na łańcuchu jest nie do przyjęcia. Z drugiej rolnicy i hodowcy, obawiający się kosztownych i nierealnych wymagań narzucanych z Warszawy bez znajomości wiejskiej codzienności.
Prawo wykonalne zamiast gestów
Podpisana nowelizacja jest przykładem stanowienia prawa, w którym słuszny cel nie przykrywa jakości przepisów. Ochrona zwierząt należy do tych spraw, które potrafią jednoczyć środowiska na co dzień głęboko podzielone politycznie. Otwarte pozostaje pytanie o egzekucję. Trzeba będzie sprawdzić, czy gminy i inspekcja weterynaryjna udźwigną kontrolę nowych obowiązków oraz czy roczne vacatio legis wystarczy najuboższym gospodarstwom na dostosowanie się bez poczucia, iż państwo karze ich za biedę. Od odpowiedzi na te pytania zależy, czy dobrze pomyślana ustawa przełoży się na realną poprawę losu zwierząt.
Źródło: Kancelaria Prezydenta RP












