RMF FM zapowiedziało 17 sierpnia rozmowę z ambasadorem Ukrainy Wasylem Bodnarem o przewozie ukraińskiego zboża przez Polskę i możliwym zwiększeniu puli tranzytu. Sprawa wraca, bo Kijów szuka dróg eksportu przy presji na Morzu Czarnym. Dla polskich rolników oznacza to test granic państwa, portów i kontroli.
Zboże wraca na stół
RMF FM zapowiedziało, iż gościem Porannej rozmowy będzie Wasyl Bodnar, ambasador Ukrainy w Polsce. Tematy mają dotyczyć m.in. etapu rozmów o przewozie ukraińskiego zboża przez Polskę, ewentualnego zwiększenia puli transferu i tego, czy Kijów chce większego tranzytu także innych produktów rolnych. Już sama lista pytań pokazuje, iż sprawa nie jest technicznym drobiazgiem.
Dla polskiej wsi to temat bardzo konkretny: ceny skupu, przepustowość portów, kolej, kontrole graniczne i gwarancja, iż towar jadący tranzytem naprawdę wyjedzie z Polski. W polityce narodowej życzliwość wobec państwa walczącego z rosyjską agresją nie może oznaczać zgody na chaos na własnym rynku. Pomoc Ukrainie nie może być rachunkiem wystawionym polskiemu rolnikowi.
W ostatnich dniach Dziennik Narodowy pisał, iż sprawa zboża wraca także przez nowe trasy i preferencje logistyczne. To nie jest odosobniony epizod. To element większej walki o eksport ukraińskiej produkcji rolnej w warunkach wojny i o to, kto poniesie koszty tej operacji.
Embargo i tranzyt to dwie różne sprawy
Polska ma obowiązek pilnować rozróżnienia, które w debacie publicznej często się zaciera. Czym innym jest import na polski rynek, a czym innym kontrolowany tranzyt przez terytorium państwa. Krajowa Administracja Skarbowa przypomina, iż 16 września 2023 roku weszło w życie rozporządzenie o zakazie przywozu do Polski wybranych produktów rolnych z Ukrainy, obejmujące m.in. niektóre zboża, nasiona oleiste, śruty i makuchy. Ten zakaz nie dotyczy tranzytu zewnętrznego i wspólnej procedury tranzytowej, jeżeli przejazd kończy się w określonych portach morskich albo poza Polską.
To jest sedno sporu. Rolnicy nie protestowali przeciwko samemu faktowi, iż Ukraina musi eksportować. Protestowali przeciwko sytuacji, w której tani towar zostaje w kraju, wypycha krajową produkcję i rozbija ceny. Państwo, które nie potrafi odróżnić tranzytu od importu, rezygnuje z własnej sterowności.
Ministerstwo Rolnictwa już w 2023 roku opisywało mechanizmy kontroli, zgodnie z którymi tranzyt ukraińskiego zboża przez Polskę miał być zabezpieczany plombami, a funkcjonariusze KAS mieli kontrolować plomby na przejściach granicznych. Dziś pytanie brzmi nie, czy takie procedury istnieją na papierze, ale czy państwo jest gotowe egzekwować je przy większej presji logistycznej.
Kijów chce ciszy, Polska potrzebuje jawności
Bodnar mówił niedawno w rozmowie przywołanej przez Ukrinform, iż kwestia wykorzystania Polski jako węzła tranzytowego dla ukraińskiego zboża jest silnie upolityczniona i nie powinna na razie trafiać do publicznej dyskusji. To stanowisko zrozumiałe z punktu widzenia dyplomacji Kijowa. Z punktu widzenia Polski jest niewystarczające.
Polska wieś ma prawo znać zasady, zanim zapadną decyzje. Ma prawo wiedzieć, czy chodzi tylko o zboże, czy także o inne produkty rolne. Ma prawo wiedzieć, ile towaru ma przejechać, którędy, w jakim czasie i na czyj koszt. Tajność w sprawach, które uderzają w portfel rolnika, rodzi podejrzenia i wzmacnia radykalne nastroje. Odpowiedzialne państwo tego nie lekceważy.
Tym bardziej iż posłowie prawicy już alarmowali o rozmowach z Kijowem w sprawie zboża. Rząd powinien mówić językiem liczb i procedur, nie uspokajających formułek. Ile wagonów, ile ton, które przejścia, które porty, jakie kontrole, jakie sankcje za złamanie zasad. Bez tego każda deklaracja brzmi jak prośba o zaufanie bez pokrycia.
Morze Czarne przerzuca presję na Polskę
Tło jest poważne. Rada UE wskazywała, iż przed pełnoskalową wojną około 90 proc. produktów rolnych eksportowano z Ukrainy drogą morską, a po rosyjskiej blokadzie portów Morza Czarnego eksport praktycznie ustał. W lipcu 2023 roku Rosja wycofała się z czarnomorskiej inicjatywy zbożowej, a 60 proc. ukraińskiego zboża było wtedy transportowane korytarzami solidarnościowymi.
To oznacza, iż każdy kolejny cios w ukraińskie porty zwiększa presję na szlaki lądowe. Polska leży na jednym z najważniejszych kierunków. I właśnie dlatego Warszawa nie może zachowywać się jak pas transmisyjny cudzych interesów. Sojusz z Ukrainą przeciw rosyjskiemu imperializmowi jest racją bezpieczeństwa. Ochrona polskiego rolnika jest racją gospodarczą. Obie te racje trzeba pogodzić twardo, nie sentymentalnie.
Interes narodowy przed presją
Polska odpowiedź powinna być prosta. Tranzyt tak, jeżeli jest szczelny, policzalny i nie blokuje polskiego eksportu. Import na polski rynek nie, jeżeli uderza w naszych producentów i łamie stabilność cen. Bruksela nie może wymagać od państw przyfrontowych, by same płaciły rachunek za geopolityczne decyzje całej Unii.
Tu nie ma miejsca na antyukraińskie emocje ani na udawanie, iż problem nie istnieje. Ukraina broni się przed Rosją i ma prawo szukać dróg eksportu. Polska ma prawo bronić własnego rynku, własnych portów i własnych gospodarstw. Narodowy realizm polega właśnie na tym, iż przyjaźń między państwami zaczyna się od jasnych warunków.
Jeżeli rozmowy z Bodnarem mają cokolwiek wyjaśnić, najważniejsza odpowiedź powinna dotyczyć nie dyplomatycznego tonu, ale gwarancji dla polskiej wsi. Bez nich zboże znów stanie się zarzewiem konfliktu. Nie z winy rolników, ale z winy państwa, które pozwoliłoby, by strategiczny problem załatwiano półsłówkami.
Źródło: RMF24, Ukrinform, KAS, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Rada UE.
Źródło: RMF24














