Taras Wysocki ostrzegł 27 sierpnia, iż bez wsparcia finansowego ukraińscy rolnicy mogą ograniczyć zasiewy pod przyszłoroczne zbiory o 5–7 mln hektarów, choćby o jedną trzecią areału z 2026 roku. Skutek rosyjskich ataków na porty może uderzyć w eksport żywności i rynek rolny także w Polsce.
Zagrożona jedna trzecia areału
Ostrzeżenie Tarasa Wysockiego nie opisuje straty, która już nastąpiła. To prognoza na kolejną kampanię siewną, jeżeli gospodarstwa nie otrzymają dostępu do kapitału obrotowego i tańszego kredytu. Skala ryzyka jest jednak ogromna. Według danych ukraińskiego rządu pod zbiory w 2026 roku zasiano ponad 20 mln hektarów zbóż i roślin oleistych. Ubytek 5–7 mln hektarów oznaczałby więc spadek sięgający około jednej trzeciej tego areału.
Rolnictwo pozostaje jednym z filarów ukraińskiej gospodarki. Jego osłabienie wpisuje się w szersze pytanie o to, czy Ukraina utrzyma państwo mimo wojennych strat. Rosja uderza w sektor, który daje Kijowowi wpływy z eksportu i pozwala utrzymywać aktywność gospodarczą podczas wojny. Niszczenie zdolności produkcyjnych oraz logistycznych jest narzędziem presji na całe państwo.
Porty, eksport i brak magazynów
Mechanizm kryzysu zaczyna się w portach Wielkiej Odessy. Systematyczne rosyjskie ataki na infrastrukturę portową i logistyczną ograniczają wywóz produktów rolnych przez Morze Czarne. Ziarno, którego nie można sprawnie sprzedać i wysłać, zostaje w kraju. Wtedy potrzebne są magazyny, pieniądze na bieżącą działalność i czas. Każde z tych ogniw jest dziś pod presją.
Ministerstwo Polityki Rolnej i Żywności Ukrainy ocenia, iż już jesienią niedobór zdolności magazynowych może sięgnąć 11 mln ton. Koszt pilnego zwiększenia możliwości przechowywania oszacowano na 44 mln dolarów. Te liczby pokazują, iż rosyjski atak na port nie kończy się na uszkodzonym nabrzeżu. Uderza w rachunek gospodarstwa, wypłatę pracownika i decyzję rolnika, czy stać go na kolejny zasiew.
Kredyt zdecyduje o przyszłych zbiorach
Wysocki wskazał, iż choćby przechowanie ziarna w specjalnych rękawach nie rozwiązuje problemu płynności. Gospodarstwa przez cały czas muszą płacić pensje i pokrywać koszty działalności. Bez rekompensaty oprocentowania część z nich może ograniczyć produkcję. Oficjalny komunikat po spotkaniu resortu z przedstawicielami ONZ podaje, iż Kijów zwrócił się do Unii Europejskiej o 220 mln euro na dopłaty do odsetek od kredytów bankowych.
FAO i Światowy Program Żywnościowy zadeklarowały gotowość przekazania do 10 tys. rękawów zbożowych oraz magazynów modułowych. Około 60 proc. tych tymczasowych zdolności ma trafić do regionów przyfrontowych i najmocniej dotkniętych wojną. Pomoc może zabezpieczyć część plonów, ale sama nie przywróci sprawnego eksportu ani nie usunie ryzyka kolejnych rosyjskich uderzeń.
Polska musi pilnować własnego rynku
Dla Polski sprawa ma dwa wymiary. Pierwszy to bezpieczeństwo. Osłabianie gospodarczych podstaw Ukrainy służy Rosji, a silniejsza Rosja oznacza większe zagrożenie dla naszego państwa. Polski interes wymaga więc, by ukraińskie zboże miało bezpieczne magazyny i drogi eksportu prowadzące na rynki docelowe. Nie może to jednak oznaczać przerzucania kosztów wojennego kryzysu na polskich rolników.
Drugi wymiar to handel. Kijów już zabiega o zwiększenie przewozów lądowych, a temat podwojenia tranzytu przez Polskę wywołuje uzasadnione pytania o szczelność kontroli. Tranzyt musi pozostać tranzytem. Państwo polskie ma obowiązek pilnować, aby towar przeznaczony dla innych odbiorców nie rozregulował naszego rynku.
Pomoc napadniętemu sąsiadowi i obrona własnego rolnictwa nie są sprzeczne. Potrzebna jest twarda polityka: wsparcie dla magazynowania i eksportu z Ukrainy, skuteczne kontrole na granicy oraz pierwszeństwo bezpieczeństwa ekonomicznego polskich gospodarstw. Doświadczenia związane z napływem żywności z Ukrainy i presją na polskich producentów nie pozwalają na naiwność. Warszawa musi pomagać tak, by nie wystawiać własnych obywateli rachunku bez kontroli.
Źródło: Ministerstwo Polityki Rolnej i Żywności Ukrainy, Bankier.pl
Źródło: Bankier.pl











