Według nowej Strategii Unii Europejskiej przeciwko rasizmowi na lata 2026–2030, krytyka masowej imigracji tj. sytuacja, gdy biały Europejczyk wskazuje na to, iż nachodźcy stanowią zagrożenie dla porządku na ulicach i mają skłonność do przestępczości, została nazwana „rasizmem kodowanym” i ma być karana grzywnami, nakazem prac społecznych i „reedukacją”.
UE chce srogo karać za krytykę masowej imigracji. Dokument Komisji Europejskiej zatytułowany dumnie „Union of Equality: Anti-Racism Strategy 2026-2030” to prawdziwa perełka współczesnej biurokracji. Już sam tytuł brzmi jak zapowiedź czegoś wielkiego – w końcu „coming soon” zawsze kojarzy się z czymś ekscytującym. I rzeczywiście: ekscytujące jest to, jak wiele można ukryć pod pozornie niewinną formą „szablonu”.
Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z typowym dokumentem administracyjnym: suchym, technicznym, pełnym pustych, lewackich frazesów o „wartościach”, „inkluzywności” i „standardach”. Ale nie dajmy się zwieść. Historia regulacji unijnych pokazuje, iż takie niewinne szablony są często preludium do bardziej ambitnych działań, czyli regulowania wszystkiego, co jeszcze nie zostało uregulowane. A jeżeli coś nie pasuje do wizji – cóż, od tego są „wytyczne”.
W teorii chodzi o uporządkowanie komunikacji i zapewnienie spójności przekazu. Brzmi świetnie. W praktyce oznacza to jednak coś znacznie ciekawszego: centralizację narracji. Bo przecież nic tak nie sprzyja „pluralizmowi”, jak jednolite szablony dokumentów. Różnorodność opinii? Oczywiście – pod warunkiem, iż mieści się w odpowiednich rubrykach i używa zatwierdzonego słownictwa.
Z dokumentów Komisji wynika, iż celem takich narzędzi jest m.in. „ochrona” i „zapewnienie zgodności”. Jakże szlachetne intencje. Problem w tym, iż w języku instytucji „ochrona” często oznacza filtr, a „zgodność” – eliminację tego, co niewygodne. Zwłaszcza jeżeli dotyczy to tematów politycznie wrażliwych, takich jak masowa imigracja.
I tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa. Bo choć dokument ani razu wprost nie mówi o uciszaniu kogokolwiek (jakże by inaczej!), to tworzy ramy, które idealnie się do tego nadają. Wystarczy odpowiednio zdefiniować, co jest „właściwą narracją”, a co „dezinformacją”. Reszta zrobi się sama. Krytyka polityki migracyjnej? Cóż, jeżeli nie pasuje do „standardu”, to najwyraźniej problem leży w krytyce, nie w polityce.
Nie sposób nie docenić tej elegancji. Zamiast otwartej cenzury mamy coś znacznie bardziej wyrafinowanego: administracyjne zarządzanie językiem. To trochę jak regulowanie pogody poprzez formularz – absurdalne na pierwszy rzut oka, ale w praktyce całkiem skuteczne, jeżeli kontroluje się prognozę.
Co więcej, takie podejście pozwala zachować pełną niewinność. Nikt nikogo nie ucisza – po prostu „standaryzuje się komunikację”. Nikt nie ogranicza debaty – jedynie „zapewnia jej jakość”. A iż pewne głosy znikają po drodze? Cóż, najwyraźniej nie spełniały kryteriów jakościowych. Przypadek? Oczywiście.
W szerszym kontekście wpisuje się to w dobrze znany trend: coraz większej regulacji przestrzeni informacyjnej. Już wcześniej eksperci wskazywali, iż unijne propozycje regulacyjne mogą prowadzić do nadmiernej kontroli i ograniczeń. Ten dokument jest kolejnym, skromnym krokiem w tym kierunku – takim małym cegiełką w wielkiej budowli „zarządzanego dyskursu”.
NASZ KOMENTARZ: Nowa, antyrasistowska strategia Eurokołchozu to nie zwykły szablon, czy lewacki manifest, którego nikt nie przeczyta a tym bardziej nie będzie go wcielał w życie. To narzędzie, które bardzo skutecznie zawęzi pole dopuszczalnej debaty publicznej. Zwłaszcza tej, która dotyczy tematów niewygodnych dla oficjalnej linii politycznej brukselskich komisarzy ludowych. Pytanie brzmi, czy wskazywana w dokumencie, orwellowska „reedukacja” to tylko jakieś przymusowe zajęcia szkolne, które wszyscy oleją, czy też poważny pobyt w obozie koncentracyjnym?
Polecamy również: Polska wybija fermy drobiu. Rząd robi miejsce dla jaj z Ukrainy i Mercosur













