UE chce by lewicowe NGO weryfikowały kto może być dziennikarzem

magnapolonia.org 2 часы назад

Jeszcze niedawno wydawało się, iż o tym, kto jest dziennikarzem, decyduje wykonywany zawód, dorobek, przestrzeganie standardów i – przede wszystkim – odbiorcy. Dziś coraz częściej próbuje się nam narzucić wizję świata, w którym decydować mają o tym „niezależni weryfikatorzy”, eksperci od poprawności i organizacje finansowane przez instytucje unijne. Jak wynika z doniesień medialnych, właśnie pojawiły się pomysły, aby stworzyć system, w którym to lewicowe podmioty będą wskazywać, kto zasługuje na miano dziennikarza, a kto jest jedynie internetowym twórcą niewartym ochrony czy zaufania.

UE chce by lewicowe NGO weryfikowały kto może być dziennikarzem. To niezwykle interesująca ewolucja europejskiego rozumienia wolności słowa. Przez dziesięciolecia walczono o to, by państwo nie decydowało, kto może publikować informacje i komentować rzeczywistość. Dziś zamiast urzędnika z pieczątką mamy sieć fundacji, organizacji pozarządowych i fact-checkerów, którzy – rzecz jasna – są określani jako całkowicie niezależni. Niezależni głównie od obywateli.

Bo przecież nie ma nic bardziej niezależnego niż organizacja utrzymująca się z grantów instytucji, których politykę później ocenia (oczywiście pozytywnie). To trochę tak, jakby producent samochodów finansował konkurs na najbardziej obiektywny ranking swoich pojazdów. Formalnie wszystko się zgadza. W praktyce, jest to jednak powrót do sstandardów ze Związku Sowieckiego i PRL, gdzie media pełniły rolę służebną wobec decyzji Biura Politycznego jedynie słusznej partii.

Najbardziej zastanawia jednak sam pomysł stworzenia swoistego certyfikatu dziennikarskiej prawomyślności. Kiedyś wystarczało pisać, zadawać niewygodne pytania i docierać do informacji. Dzisiaj najwyraźniej należałoby jeszcze uzyskać akceptację środowisk uznających się za strażników prawdy.

Czy naprawdę wolne media potrzebują komisji, która zdecyduje, czy reporter z małego portalu jest dziennikarzem, a autor wielkiej redakcji już nim pozostaje z definicji? Historia pokazuje, iż zawsze, gdy jakaś władza zaczyna rozstrzygać, kto jest „właściwym” dziennikarzem, kończy się to ograniczeniem pluralizmu, a nie jego rozwojem.

Niepokoi również dobór środowisk mających odgrywać rolę arbitrów. Trudno nie zauważyć, iż w debacie publicznej wiele organizacji zajmujących się weryfikacją informacji prezentuje światopogląd zdecydowanie bliższy liberalnej i lewicowej części sceny politycznej, niż konserwatywnej. Samo posiadanie określonych poglądów nie jest niczym nagannym. Problem pojawia się wtedy, gdy właśnie te środowiska zaczynają występować jako „bezstronni” sędziowie całej debaty publicznej.

Ironia polega na tym, iż Unia Europejska nieustannie podkreśla znaczenie „różnorodności”. Różnorodność kultur, języków, tradycji i stylów życia ma być rzekomo fundamentem wspólnoty. Gdy jednak dochodzi do pluralizmu medialnego, coraz częściej pojawia się pokusa stworzenia jednej obowiązującej definicji rzetelności, jednego katalogu dopuszczalnych autorytetów i jednej grupy osób uprawnionych do wydawania świadectw prawomyślności.

Paradoks pozostało głębszy. Internet zburzył monopol wielkich redakcji. Dziś wielu niezależnych reporterów publikuje materiały oglądane przez setki tysięcy odbiorców, często docierając do informacji pomijanych przez media głównego nurtu. Nie wszystkim musi się to podobać, ale właśnie na tym polega wolność słowa – odbiorca sam decyduje, komu ufa.

Jeżeli jednak powstanie system, w którym uznane przez władze organizacje będą wskazywały, kto zasługuje na miano dziennikarza, bardzo łatwo będzie stworzyć dwie kategorie mediów: „zatwierdzone” i „pozostałe”. Oficjalnie nikt nikogo nie zakaże. Nie będzie cenzury – będzie jedynie odpowiednia „klasyfikacja”. A jak wiadomo, współczesna biurokracja najbardziej lubi klasyfikować. Wszystko musi mieć odpowiednią etykietę, numer, certyfikat i finalnie – pozwolenie na prowadzenie danej działalności.

Europa powinna pamiętać własną historię. Wolność prasy nie polega na tym, iż odpowiednie, zideologizowane instytucje wybierają adekwatnych dziennikarzy. Polega na tym, iż państwo i organizacje ponadnarodowe nie decydują, kto zasługuje na miano dziennikarza. O tym powinny rozstrzygać jakość pracy, uczciwość i zaufanie odbiorców, a nie ideologiczna zgodność z poglądami osób rozdających certyfikaty.

NASZ KOMENTARZ: jeżeli pewnego dnia okaże się, iż o prawie do wykonywania zawodu dziennikarza decyduje nie warsztat, ale aprobata odpowiednio „niezależnych” ekspertów (w Polsce np. przestępca-narkoman Rafał Gaweł z OMZRiK), to będziemy mogli odtrąbić naprawdę wielki sukces „europejskiej demokracji”. W końcu wolność słowa będzie całkowicie wolna – oczywiście pod warunkiem, iż uzyska odpowiednią pieczątkę.

Polecamy również: Dewiant planował masakrę w katolickiej szkole

Читать всю статью