Donald Tusk potwierdził 13 sierpnia, iż wyraził warunkową zgodę na odejście Macieja Berka z rządu i jego kandydowanie do Trybunału Konstytucyjnego. To nie jest drobna roszada kadrowa. To test wiarygodności obozu, który obiecywał odpolitycznienie państwa, a teraz sam sięga po partyjny skrót.
Berek z rządu do Trybunału
Premier Donald Tusk potwierdził, iż Maciej Berek ma być kandydatem do Trybunału Konstytucyjnego. Według relacji mediów szef rządu mówił o warunkowej zgodzie na odejście ministra z rządu i przekonywał, iż chodzi o osobę kompetentną oraz niepartyjną. Problem w tym, iż polityczna droga tej kandydatury jest aż nadto czytelna.
Maciej Berek to nie anonimowy ekspert wyciągnięty z uniwersyteckiego gabinetu. Na stronie KPRM jest przedstawiany jako minister do spraw Nadzoru nad Wdrażaniem Polityki Rządu, a rządowy opis Komitetu wskazuje, iż kierowana przez niego struktura monitoruje i kontroluje realizację priorytetów Rady Ministrów. Innymi słowy: Berek był człowiekiem centrum władzy wykonawczej, blisko premiera i jego bieżącej polityki.
Państwo jako łup
Kataryna w opinii dla Wirtualnej Polski napisała ostro, iż Tusk nagradza bliskiego współpracownika prestiżową funkcją i uderza w ludzi, którzy wierzyli w hasła o lepszym państwie. Takie słowa są mocne, ale trudno udawać, iż nie dotykają sedna. Gdy polityk przechodzi prosto z rządowego zaplecza do sądu konstytucyjnego, obywatel widzi nie naprawę instytucji, ale mechanizm obsadzania kolejnych pozycji.
Na łamach DN pisaliśmy już, iż gra Tuska o instytucje trwa. Ta sprawa pokazuje ją w wersji podręcznikowej. Najpierw jest wielka opowieść o standardach, potem przychodzi konkretna nominacja, a na końcu słyszymy, iż sytuacja jest wyjątkowa i tym razem wolno więcej.
Standardy działają tylko przeciw przeciwnikom?
Obóz Tuska przez lata budował przekaz na haśle odpartyjnienia państwa. Trybunał Konstytucyjny miał być symbolem przywracania reguł, a nie kolejnym polem kadrowej ofensywy. jeżeli jednak bliski współpracownik premiera ma trafić do TK niemal z marszu, to znaczy, iż standard przestaje być zasadą, a staje się narzędziem walki.
To groźne dla państwa, bo Trybunał nie jest nagrodą za lojalność ani przystankiem dla sprawnego urzędnika. To organ, który ma kontrolować władzę, także tę aktualną. Gdy władza wykonawcza wysyła tam człowieka z własnego zaplecza, sama osłabia wiarygodność instytucji, którą rzekomo chce uzdrawiać. W tle pozostaje też narastający spór o Trybunał Konstytucyjny, którego Polacy mają już zwyczajnie dość.
Stawka dla obywatela
Dla zwykłego Polaka ta historia nie jest abstrakcyjną wojną prawników. Chodzi o to, czy państwo ma być wspólnym dobrem, czy łupem zwycięzców. o ile każda ekipa po przejęciu władzy uznaje, iż może obsadzać instytucje swoimi ludźmi, obywatel zostaje bez realnej ochrony przed arbitralnością rządzących.
Tusk może mówić o kompetencjach Berka. Może tłumaczyć wyjątkowość sytuacji. Ale polityka jest także sztuką konsekwencji. Kto latami obiecuje standardy, a potem nagina je przy pierwszej trudnej nominacji, sam uczy wyborców cynizmu. I właśnie ten cynizm jest dziś jednym z najdroższych kosztów rządzenia państwem jak zapleczem własnej formacji.
Źródło: WP Wiadomości, Interia, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów.
Źródło: WP Wiadomości
















