Dzisiaj łudzimy się, iż stając przed obliczem Wysokiego Sądu i oczekując na jego ostateczny wyrok, stajemy przed Temidą, która niewidomo trzyma wagę i miecz, będąc ucieleśnieniem najpiękniejszej sprawiedliwości, niepatrzącej na nasz status społeczny. Ci sędziowie jednak wcale nie są niewidomi. Nie są, bo doskonale widzą przed sobą Trumpa z wymierzonym pistoletem. Ciężko być w takiej sytuacji dworkinowskim ,,Herkulesem’’.
Nasze życie to w zasadzie ciągła wiara w mity i bajki. Od zarania dziejów przywykliśmy do dopisywania jakiejś ukrytej historii, mającej wytłumaczyć istnienie pewnych prawd życiowych. Wierzymy w nie z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, iż lubimy się łudzić. W starożytności łudziliśmy się, iż nasz los jest uzależniony nie tylko od naszych miernych możliwości, ale od wszechwiedzących bogów opiekujących się nami z wysokiego Olimpu. Łudziliśmy się, iż polityka uległości zaspokoi ciągle głodnego Hitlera i zapobiegnie wybuchowi potencjalnej wojny. Dzisiaj łudzimy się, iż stając przed obliczem Wysokiego Sądu i oczekując na jego ostateczny wyrok, stajemy przed Temidą, która niewidomo trzyma wagę i miecz, będąc ucieleśnieniem najpiękniejszej sprawiedliwości, niepatrzącej na nasz status społeczny. Ci sędziowie jednak wcale nie są niewidomi. Nie są, bo doskonale widzą doskonale przed sobą Trumpa z wymierzonym pistoletem. Ciężko być w takiej sytuacji dworkinowskim ,,Herkulesem’’.
To, iż demokracja liberalna znajduje się w kryzysie, nie jest w zasadzie żadnym nowym odkryciem. Pogłębianie się społecznych podziałów jest trwałym procesem, trwa od ostatnich kilkudziesięciu lat i proruskie populistyczne partyjki tego nie wyhamowują.
Wszelkie jednak przejawy kryzysu demokratycznych instytucji zwykliśmy tłumaczyć w Europie Wschodniej, a szczególnie w Polsce ,,niedojrzałą jeszcze demokracją’’. Czy w trzydzieści lat nie ma możliwości osadzenia się trwałych fundamentów demokracji liberalnej, respektującej wszelkie zasady i mechanizmy równoważenia się władz, jakie wyróżniał Monteskiusz? Najwyraźniej nie. Czy wobec tego kraj z tak mocno zakorzenionymi tradycjami demokratycznymi, wyrosły z buntu przeciwko europejskiemu autorytarnemu kolonializmowi ma prawo tłumaczyć się w ten sam sposób?
Stany Zjednoczone zwykły się przedstawiać jako ostoja demokracji i absolutny jej prekursor. Od przełomowego ogłoszenia pierwszej na świecie, amerykańskiej konstytucji wszelkie kolejne przemiany społeczno-gospodarczo-polityczne nie podważyły istoty amerykańskiej demokracji. Wydawało się, iż tak poważnego, tak mocnego gruntu nie przełamią żadne globalistyczne zagrożenia. System ten przez lata miał odzwierciedlać dworkinowskie założenie, iż sędzia jest jak Herkules.
Bo to właśnie Ronald Dworkin uznawał, iż idealny sędzia jest jak Herkules. Jego wybitna znajomość prawa i całego systemu pozwala mu w każdej, najbardziej skomplikowanej sytuacji znaleźć te jedno, idealne, jedyne prawidłowe rozwiązanie. W tym celu Herkules miał ważyć wszelkie reguły i zasady i konfrontować je z obowiązującym systemem prawnym, wrzucając w niego stan faktyczny. Herkules miał traktować cały prawny system, wszelkie akty ustawodawcze, sądowe orzeczenia i wykonawcze rozporządzenia jako jedną całość, jedną drogę. Ta idea, czy adekwatnie z dzisiejszej perspektywy już bardziej mit, miał realne przełożenie na rzeczywistość. To amerykańska demokracja miała stwarzać podwaliny do zaistnienia takiego mitu, do istnienia takiej mitycznej postaci jak sędzia Herkules.
I ten mit długo w jakiś sposób znajdował odzwierciedlenie w rzeczywistości amerykańskiej. Długo, ale nie wiecznie. Bo zmieniły się czasy, a wraz z nimi zmieniły się zasady gry. W USA te zasady zmieniła przede wszystkim jedna osoba. Donald Trump. Sądownictwo potraktował w zasadzie z buta, miażdżąc wszelkie dworkinowskie założenia. Donald Trump jest wyznawcą znacznie bardziej niebezpiecznej idei. Idei realizmu. Nie realizmu prawniczego, gdyż to rzecz jasna zupełnie inne określenie. Realizmu w znaczeniu absolutnego nieprzywiązania do żadnych legalnie określonych i funkcjonujących instytucji. Trump gra bowiem nie według idealistycznych założeń, tylko według brutalnego rachunku interesów. Robi to, co jemu się opłaca. A jeżeli coś mu się nie opłaca, to zwykle podnosi głos, ujmując to w absolutnie najbardziej dyplomatyczny sposób. Dworkinowskie sądownictwo za cholerę mu się na przykład nie opłaca. Jest to bowiem tak naprawdę zbiór mechanizmów kontrolnych, w dużym stopniu ograniczających władzę wykonawczą. W tej sytuacji Trump sędziów stawia po prostu przed faktem dokonanym. Pogłoski o jego ponownym zarejestrowaniu się jako kandydat w kolejnych wyborach prezydenckich czy inne decyzje wprost naruszające obowiązujące prawo podkreślają jedynie jego nieustępliwy, absolutnie niecierpiący sprzeciwu charakter. Decyzje sędziowskich ,,herkulesów” nie są dla niego niczym więcej aniżeli przeszkodą. Nie posiadają żadnej mocy wiążącej, która zmuszałaby go do ich respektowania. Nigdy zresztą nie kryje się z krytyką nieodpowiadających mu orzeczeń, potrafiąc oskarżyć sędziów wprost o zdradę.
Być może to było nam potrzebne? Po orzeczeniach niebędących Trumpowi przydatne słyszymy często zdania, których każdy nikt wcześniej nie wypowiadał. Pewne myśli, które w celu uniknięcia kontrowersji pozostawały w głowie PDT ucieleśnił. Nazywa pewne rzeczy po prostu dosłownie, po imieniu. „Swoich” sędziów nazywa swoimi i wprost przedstawia oczekiwania, jakie przed nimi postawił. Zanim wpadniemy więc w panikę, powinniśmy przypomnieć sobie słowa innych, bardziej sceptycznych wobec pięknych uniwersalnych idei Dworkina, myślicieli.
Jednym z nich jest chociażby Mark Tushnet. Choć nigdy nie stwierdził, iż sędziowie są skrajnie upolitycznieni, to nie wykluczał, iż funkcjonują oni w pewnej zależności od ,,pistoletu”, mimo iż nigdy jej pistoletem nie nazwał. Mark Tushnet, zresztą jak cały ruch Critical Legal Studies, stał na twardym stanowisku, iż istnieje spora przestrzeń, gdy idzie o dobrowolność wykładni prawa. Nabył tę wiedzę, będąc asystentem jednego z sędziów Sądu Najwyższego, przy okazji głośnej i kontrowersyjnej sprawy światopoglądowej, którą żyły Stany Zjednoczone. Mocny wpływ na jego poglądy wywarła cała polityczna presja, jaka bardziej lub mniej bezpośrednio ciążyła na składzie orzekającym przy okazji tej sprawy.
Donald Trump prawdopodobnie więc całkowicie nieświadomie ożywił stan naszej nauki. Swoją opryskliwością, irytacją i brakiem politycznego savoir-vivre odkrył chowaną przez iluzję demokratycznej utopii prawdę. Fakt, iż sędzia nie jest Herkulesem, a jedynie śmiertelnym człowiekiem, chowającym się przed lufą politycznego pistoletu. Szkoda tylko, iż potrzebowaliśmy tak wielkiej fali populizmu, żeby to odkryć.












