Cezary Tomczyk, wiceszef MON, w piątek 21 sierpnia w Polsat News jako pierwszy z rządu odniósł się do rezygnacji Barbary Mróz-Gorgoń. Uznał finał sprawy za niefortunny i bronił stanowiska MSiT, iż podatnik nie zapłacił za krytykowany raport „Polaków portret własny”.
Rząd wszedł w tryb obrony
Cezary Tomczyk nie mógł udawać, iż nic się nie stało. Po dymisji Barbary Mróz-Gorgoń to właśnie wiceszef MON jako pierwszy polityk rządu zabrał głos w telewizji i próbował ustawić narrację wokół sprawy. Sens jego przekazu był prosty: projekt marki Polski jest ważny, ale finał personalny i komunikacyjny okazał się dla obozu władzy kłopotliwy.
To nie jest drobna awaria wizerunkowa. Rząd powołał pełnomocniczkę do promocji Polski, a po nieco ponad trzech tygodniach tłumaczy raport, użycie AI, pytania o finansowanie i rezygnację osoby przedstawianej jako ekspertka od wizerunku państwa. Dla obywatela stawka jest jasna: państwo, które nie umie dopilnować własnej komunikacji, osłabia zaufanie do siebie i do polskiej marki za granicą.
Spór o pieniądze i dokumenty
Tomczyk powołał się na wyjaśnienia Ministerstwa Sportu i Turystyki. Według resortu raport „Polaków portret własny” nie był zamówionym przez MSiT produktem ani wykonaniem umowy z ministerstwem. Wiceszef MON użył więc najbezpieczniejszej linii obrony: podatnik nie miał zapłacić za właśnie ten dokument, który wywołał polityczną burzę.
To jednak nie kończy sprawy. Polsat News informował, iż umowa dotyczyła podstrategii turystycznej „Marka Polska”, a resort zapowiada wyjaśnienie okoliczności powstania raportu. Do tego dochodzi wątek prokuratury, która zwróciła się o dokumenty związane z raportem i umową. Gdy instytucje zaczynają sprawdzać papiery, komunikat prasowy przestaje być tarczą wystarczającą.
Wcześniej DN opisywał, jak raport pełnomocniczki Tuska z logo resortu wywołał reakcję MSiT. Dzisiejszy komentarz Tomczyka wpisuje się w tę samą strategię: ograniczyć odpowiedzialność resortu, rozdzielić raport od umowy i zmniejszyć polityczne koszty dymisji.
Promocja Polski wymaga powagi
Barbara Mróz-Gorgoń została pokazana publicznie 29 lipca. W komunikacie KPRM o nominacji rząd zapowiadał spójne zarządzanie marką narodową, koordynację administracji i wzmacnianie pozytywnego wizerunku Polski. To brzmi jak zadanie państwowe, nie jak kampania wizerunkowa na chwilę.
Tymczasem w raporcie wskazywano błędy, które stały się publicznym symbolem bylejakości. Media pisały między innymi o Katowicach określonych jako miasto w „północnym centrum” Polski oraz o twierdzeniu, iż 95 proc. młodych Polaków mówi płynnie po angielsku. Mróz-Gorgoń wyjaśniała, iż AI była używana do transkrypcji, podsumowań i redakcji, a nie do tworzenia wniosków badawczych. Problem pozostał: przy temacie reputacji Polski obywatel oczekuje kontroli jakości, a nie tłumaczeń po fakcie.
Cezary Tomczyk jest jedną z twarzy rządowej komunikacji także w sprawach bezpieczeństwa. DN pisał o tym przy okazji jego sporu z prezydenckim programem SAFE. Tym razem nie chodziło o wojsko, ale o prestiż państwa. Mechanizm był podobny: szybka telewizyjna obrona i próba przejęcia ramy sporu.
Odpowiedzialność zamiast gry słowami
Rząd może powtarzać, iż raport nie był przedmiotem zamówienia, a pieniądze dotyczyły innych elementów zadania. Formalnie to istotne. Politycznie nie wystarcza. Obywatel widzi ciąg zdarzeń: nominacja, raport, krytyka, pytania o finansowanie, interwencja instytucji i dymisja.
Dlatego słowo „niefortunnie” brzmi zbyt łagodnie. Dla Polski adekwatnsze jest pytanie o odpowiedzialność. Marka narodowa ma wyrastać z realnej siły: bezpieczeństwa, pracy Polaków, historii, przedsiębiorczości i wiarygodności państwa. Nie da się jej budować dokumentami, od których później trzeba się odcinać w telewizji.
Jeżeli rząd chce zamknąć tę sprawę uczciwie, musi pokazać dokumenty, rozliczyć ścieżkę pieniędzy i jasno wskazać, kto odpowiadał za nadzór. Bez tego zostanie kolejna próba gaszenia pożaru, który obóz władzy sam rozpalił własną bylejakością.
Źródło: Polsat News, KPRM, WP Wiadomości.
Źródło: WP Wiadomości















