Adam Szłapka we wtorek 18 sierpnia na konferencji po posiedzeniu rządu zakpił z reportera TV Republika, mówiąc o „nowym korespondencie” przy sprawie Marcina Romanowskiego. Dziennikarz odpowiedział, iż nie będzie się zniżał do poziomu rzecznika. Zamiast rozmowy o wycieku MyDr widzowie dostali polityczny teatr.
Szpilka zamiast odpowiedzi
Adam Szłapka po wtorkowym posiedzeniu Rady Ministrów starł się z reporterem TV Republika. Jak relacjonowała Interia, rzecznik rządu przerwał dziennikarzowi, zanim ten rozwinął pytanie o wyciek danych po cyberataku na platformę MyDr. Rzucił uwagę o „nowym korespondencie”, nawiązując do Marcina Romanowskiego i wcześniejszego ogłoszenia Zbigniewa Ziobry komentatorem Republiki w USA.
To była zaczepka obliczona na klip w internecie. Władza lubi taki format, bo krótka złośliwość przykrywa dłuższe pytanie. Problem polega na tym, iż pytanie dotyczyło bezpieczeństwa danych obywateli. Przy skali sprawy MyDr rzecznik państwa nie powinien uciekać w kabaret.
Romanowski i Naddniestrze w tle
Tło tej wymiany jest politycznie gorące. Donald Tusk mówił 18 sierpnia, iż według informacji służb państw regionu Marcin Romanowski ma przebywać w Tyraspolu, na terenie prorosyjskiego Naddniestrza. KPRM odnotowała tego dnia, iż premier odniósł się do sprawy Romanowskiego przy okazji komunikatu o rządowych inwestycjach na Bałtyku.
Romanowski pozostaje podejrzanym w śledztwie dotyczącym Funduszu Sprawiedliwości, więc w tej sprawie trzeba trzymać się faktów i domniemania niewinności. Polityczna odpowiedzialność to jedno, wyrok sądu to drugie. Właśnie dlatego państwo powinno mówić precyzyjnie, a nie budować atmosferę przez półżarty na konferencji.
O samym wątku Romanowskiego pisaliśmy szerzej, gdy Donald Tusk deklarował gotowość do zeznań w tej sprawie. Dzisiejsze spięcie pokazuje, iż temat będzie wracał nie tylko w sądzie i prokuraturze, ale także w codziennej wojnie komunikacyjnej rządu z prawicowymi mediami.
MyDr to nie temat do żartów
Najpoważniejszy element tej historii wcale nie dotyczy medialnej riposty. Dotyczy MyDr. Minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski 12 sierpnia informował, iż incydent może obejmować dane blisko 19 mln Polaków. Rządowy serwis Bezpieczne Dane podawał, iż dane z wycieku w firmie MyDr nie trafiły jeszcze do bazy i mają zostać udostępnione po przekazaniu przez podmioty dotknięte cyberatakiem.
To znaczy tyle: miliony obywateli czekają na jasną informację, czy ich PESEL, dane kontaktowe albo informacje medyczne znalazły się w niepowołanych rękach. Takie sprawy uderzają w portfel, prywatność i elementarne poczucie bezpieczeństwa. Państwo ma tu obowiązek spokojnie wyjaśniać procedury, a nie ćwiczyć medialne docinki.
Spór rządu z TV Republika trwa od miesięcy. Przypomnijmy choćby tekst o tym, jak Republika mówiła o propagandzie rządu przy promocji SAFE na defiladzie. Ale choćby ostry konflikt polityczny nie zwalnia rzecznika rządu z podstawowej zasady: gdy pada pytanie o dane obywateli, najpierw odpowiada się obywatelom.
Władza myli pewność siebie z powagą
Szłapka chciał uderzyć w Republikę i w prawicę. Otrzymał ripostę reportera, iż ten nie będzie się zniżał do jego poziomu. Dla zwolenników rządu to prawdopodobnie drobna wymiana złośliwości. Dla obywatela, który sprawdza, czy po cyberataku ma zastrzec PESEL i pilnować kont bankowych, to obraz państwa zajętego samoobsługą własnego przekazu.
Nie chodzi o obronę każdej tezy TV Republika. Media można i trzeba rozliczać z jakości pytań, faktów i komentarzy. Chodzi o coś ważniejszego: rzecznik rządu nie jest konferansjerem partyjnej sali. Jest twarzą władzy. A władza, która przy pytaniu o bezpieczeństwo danych wybiera szpilkę zamiast odpowiedzi, sama wystawia sobie świadectwo.
Stawka dla Polaków jest prosta. Albo państwo traktuje obywateli poważnie także wtedy, gdy pytanie zadaje nielubiana redakcja, albo obywatel zostaje zakładnikiem partyjnej ustawki. Polska potrzebuje urzędników odpornych na pokusę taniego show. Zwłaszcza wtedy, gdy w tle są prywatne dane milionów ludzi.
Źródło: Interia, Dziennik.pl, KPRM, bezpiecznedane.gov.pl.










