Serbia 19 sierpnia przyjęła rosyjski samolot gaśniczy Ił-76 do walki z pożarem w Deliblatskiej Peszczarze, bo w unijnym mechanizmie ochrony ludności nie było dostępnej maszyny tej klasy. Dla Belgradu to ratunek, dla Brukseli bolesny test wiarygodności na Bałkanach.
Rosyjski Ił-76 w Niszu
Rosyjski Ił-76 z resortu do spraw sytuacji nadzwyczajnych Federacji Rosyjskiej wylądował wieczorem 19 sierpnia na lotnisku Konstantyn Wielki w Niszu. Jak podał rząd Serbii w oficjalnym komunikacie, maszyna ma od 20 sierpnia wspierać akcję gaszenia pożaru w Deliblatskiej Peszczarze, jednym z najcenniejszych obszarów przyrodniczych kraju.
Samolot powitał Luka Causić, szef sektora do spraw sytuacji nadzwyczajnych w serbskim MSW. Serbia dziękuje Rosji za pomoc, bo pożar trwa od kilku dni, a strażacy pracują w skrajnie trudnych warunkach. W oficjalnym przekazie Belgrad wskazał wprost: w europejskim mechanizmie ochrony ludności nie było dostępnych samolotów gaśniczych o takiej pojemności.
Unia ma procedury, Rosja przysłała maszynę
To jest politycznie niewygodny obraz. Unia Europejska od lat przekonuje Bałkany, iż jest naturalnym centrum bezpieczeństwa, pomocy i cywilizacyjnego porządku. Gdy jednak Serbia potrzebowała ciężkiego sprzętu tu i teraz, odpowiedź przyszła z Moskwy. Nie z folderu o europejskiej solidarności, ale z lotniska w Niszu.
Nie trzeba dorabiać do tego bajek o przyjaźni Kremla z Belgradem. Wystarczy chłodny realizm. Państwo w kryzysie bierze pomoc tam, gdzie realnie ją znajduje. o ile Bruksela chce wypychać Rosję z Bałkanów, musi mieć czym zastąpić rosyjskie zdolności. Same komunikaty nie ugaszą lasu, tak samo jak nie zbudują zaufania w regionie, o którym więcej pisaliśmy przy okazji narastających napięć w Bośni i Hercegowinie.
Bałkany patrzą na skuteczność
Deliblatska Peszczara to nie jest wielka scena dyplomatyczna. To pożar, dym, zmęczeni strażacy i ludzie oczekujący, iż państwo ochroni ich bezpieczeństwo. Właśnie w takich chwilach widać, czy wielkie bloki polityczne są czymś więcej niż systemem konferencji, funduszy i deklaracji.
Serbia formalnie pozostaje kandydatem do Unii Europejskiej, ale konsekwentnie pilnuje własnej gry między Zachodem, Rosją i Chinami. Tak działa państwo, które nie oddało myślenia o interesie narodowym zewnętrznym biurom. Można się z polityką Belgradu spierać, zwłaszcza z polskiej perspektywy wojny Rosji przeciw Ukrainie, ale trudno nie zauważyć jednego: Serbowie rozliczają partnerów z konkretu.
Lekcja także dla Polski
Dla Polski wniosek jest prosty. Bezpieczeństwo nie może opierać się na wierze, iż ponadnarodowa struktura zawsze przyjdzie z pomocą. Potrzebne są własne zdolności, własne rezerwy, własne lotnictwo, własna ochrona infrastruktury i twarde umowy z tymi, którzy faktycznie dowożą sprzęt.
Wojna na Ukrainie pokazała brutalność Rosji, o czym przypominają kolejne rosyjskie uderzenia w Kijów i cywilną infrastrukturę. To nie znika tylko dlatego, iż rosyjski samolot pomaga Serbii gasić pożary. Ale polityka międzynarodowa nie jest akademią dobrych intencji. o ile Zachód zostawia lukę, inni ją wypełniają.
Bruksela lubi mówić o strategicznej autonomii. Serbia dostała właśnie strategiczną lekcję: autonomię ma ten, kto ma sprzęt, ludzi i decyzję, a nie ten, kto najładniej opisuje procedurę.
Źródło: Rząd Republiki Serbii, WP Wiadomości
Źródło: WP Wiadomości















