Wstępne ustalenia wskazują, iż na Lubelszczyźnie spadł rosyjski pocisk manewrujący Ch-101. Śledztwo musi rozstrzygnąć, czy przyczyną była awaria, zakłócenie systemów naprowadzania, czy świadoma demonstracja. Dla Polski sedno jest jasne: wschodnia granica państwa pozostaje bezpośrednio narażona na skutki rosyjskiej wojny.
Pocisk, który zmienia trasę
Premier Donald Tusk przekazał, iż wstępne ustalenia wskazują na rosyjski pocisk manewrujący Ch-101. Zastrzegł zarazem, iż szczegółowe badanie trwa, a Polska nie ma przesłanek, by uznać zdarzenie za rosyjski atak wymierzony w nasz kraj. Ta ostrożność jest potrzebna. W sprawach bezpieczeństwa państwa przypuszczenie nie może zastępować wyniku oględzin szczątków, analizy lotu i danych radarowych.
Ch-101 jest lotniczym pociskiem manewrującym przeznaczonym do rażenia celów na dużej odległości. Jak wyjaśnia Wirtualnej Polsce Dawid Kamizela z serwisu Strefa Obrony, może służyć do uderzeń w centra dowodzenia, logistykę i infrastrukturę krytyczną. W odróżnieniu od pocisku balistycznego nie porusza się po łatwiej przewidywalnym torze. Może wykonywać manewry, a jego zaprogramowana trasa utrudnia szybkie określenie miejsca uderzenia.
Dwa obiekty przy polskiej granicy
Według przytoczonego przez Wirtualną Polskę komunikatu Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych pierwszy obiekt wykryto o godz. 3.29. Zbliżył się on na około 5 kilometrów do polskiej przestrzeni powietrznej, następnie zmienił kierunek i poleciał na wschód. Drugi obiekt został wykryty o godz. 3.40 i naruszył przestrzeń Polski.
Ta sekwencja pokazuje trudność, z jaką mierzą się polscy wojskowi. Rosja prowadzi uderzenia na Ukrainę w pobliżu naszej granicy, a pociski mogą zbliżać się do terytorium Rzeczypospolitej i zmieniać kurs. Każdy taki przypadek wymaga rozpoznania, śledzenia i decyzji podejmowanej pod presją czasu. Nad Polską odbywa się przy tym cywilny ruch lotniczy. Rozkaz użycia uzbrojenia musi uwzględniać ryzyko, jakie stworzą pocisk przechwytujący i spadające szczątki.
Awaria, zakłócenie albo demonstracja
Kamizela wskazał trzy możliwe wyjaśnienia. Pierwszym jest awaria rosyjskiego pocisku, który miał zawrócić nad Ukrainę, ale kontynuował lot. Drugim pozostaje celowe skierowanie go w polską przestrzeń jako demonstracji, zwłaszcza w kontekście spotkania Donalda Tuska z prezydentem Ukrainy na Lubelszczyźnie. Trzecia hipoteza dotyczy oddziaływania ukraińskich systemów walki radioelektronicznej na układ naprowadzania.
To są hipotezy eksperta, a nie potwierdzone ustalenia. Rozstrzygnąć je mogą dane wojskowe oraz badanie odnalezionych elementów. Nie wolno jednak odsuwać politycznego znaczenia incydentu. choćby jeżeli doszło do awarii, odpowiedzialność za stworzenie zagrożenia ponosi państwo rosyjskie, które prowadzi masowe ataki rakietowe na Ukrainę tuż przy granicy NATO.
Polska potrzebuje gęstej obrony
Upadek pocisku na polskim terytorium jest testem państwowej odporności. Liczy się czas wykrycia, ciągłość śledzenia obiektu, gotowość dowodzenia i zdolność osłony ludności. Opinia publiczna powinna otrzymać po zakończeniu badania rzeczowy raport: którędy obiekt wleciał, jak długo pozostawał w polskiej przestrzeni i dlaczego nie został zniszczony. Tajemnica wojskowa nie może być wymówką dla komunikacyjnego chaosu.
Polska musi inwestować w warstwową obronę powietrzną, rozpoznanie radiolokacyjne i system ostrzegania mieszkańców. Potrzebuje też własnej zdolności oceny zagrożenia, bez czekania na cudze decyzje. Sojusze są ważne, ale pierwszym obowiązkiem państwa jest ochrona własnego nieba.
Rosja sprawdza odporność państw NATO każdym lotem prowadzonym blisko ich granic. Nie wiemy jeszcze, czy tym razem była to zamierzona próba. Wiemy natomiast, iż polskie bezpieczeństwo nie może zależeć od tego, czy rosyjski pocisk skręci zgodnie z planem.
Źródło: WP Wiadomości










