Władimir Putin, przemawiając do rosyjskich marynarzy w Petersburgu, zapowiedział, iż Ukraina „prędzej czy później” utraci swoje zachodnie ziemie, a te miałyby wrócić do Polski, Węgier i Rumunii. Rosyjski przywódca przedstawił przy tym Moskwę jako „jedynego gwaranta” integralności terytorialnej sąsiada, którego od ponad trzech lat najeżdża. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odpowiedziało natychmiast i jednoznacznie: to „kolejne, fałszywe i całkowicie bezpodstawne spekulacje” oraz stały element rosyjskiej wojny informacyjnej. Warszawa podkreśliła, iż nigdy nie zgłaszała i nie zgłasza żadnych roszczeń wobec ukraińskiego terytorium.
Putin: „prezent od Stalina”
Słowa padły w niedzielę, podczas spotkania z żołnierzami rosyjskiej marynarki wojennej z okazji ich święta w Petersburgu. Putin przekonywał, iż zachodnią część swojego kraju Ukraina „otrzymała jako prezent od Józefa Stalina”, a utrata tych ziem to jedynie kwestia czasu. „Jestem przekonany, iż prędzej czy później Ukraina utraci ziemie zachodnie, to, co należało do Polski, co należało do Węgier, co należało do Rumunii”, mówił rosyjski prezydent. Dodał, iż stanie się to „nie jutro, może pojutrze, za rok, dwa, dziesięć, piętnaście lat”, gdy wszystko „historycznie” wróci na swoje miejsce. W tej samej wypowiedzi Rosja, która od ponad trzech lat prowadzi pełnoskalową wojnę na Ukrainie, została przedstawiona jako „jedyny gwarant” jej integralności terytorialnej.
Stanowcza odpowiedź Warszawy
Reakcja polskiej dyplomacji była szybka i ostra. W oświadczeniu opublikowanym na stronie resortu Ministerstwo Spraw Zagranicznych „jednoznacznie” odrzuciło słowa rosyjskiego prezydenta. „Rzeczpospolita Polska nie wysuwała, nie wysuwa i nie zamierza w przyszłości wysuwać roszczeń terytorialnych wobec Ukrainy”, napisano. Resort nazwał sugestie Moskwy o „rzekomych planach aneksji zachodnich ziem Ukrainy” prymitywną próbą dezinformacji i stałym elementem wojny informacyjnej.
Cel: skłócić sojuszników
Polskie MSZ nie pozostawiło wątpliwości, czemu ma służyć taka narracja. „Cel tych działań jest jasny i polega na próbie skłócenia narodów europejskich”, stwierdzono w oświadczeniu. Sens rosyjskiego przekazu jest czytelny. jeżeli uda się zasiać podejrzenie, iż Warszawa, Budapeszt czy Bukareszt czekają na okazję, by uszczknąć kawałek sąsiada, słabnie zaufanie między Kijowem a państwami, które od początku inwazji udzielają mu wsparcia. Kreml od lat sięga po tę samą metodę, przypominając dawne granice i historyczne krzywdy, aby obronę zaatakowanego kraju przedstawić jako grę interesów jego „protektorów”.
Polska bez roszczeń
Stanowisko Polski w tej sprawie jest niezmienne od dziesięcioleci. Powojenna granica na Bugu i uznanie niepodległości wschodnich sąsiadów po 1991 roku pozostają fundamentem polskiej polityki, a spory o trudną wspólną historię, w tym o pamięć rzezi wołyńskiej, toczą się na płaszczyźnie prawdy i pojednania, a nie map. Przypisywanie Warszawie ukrytych ambicji terytorialnych jest więc podwójnym fałszem. To bowiem nie Polska, ale Rosja od 2014 roku siłą zmienia granice w Europie, anektując Krym i okupując kolejne ukraińskie obwody.
Stawka dla Polski
Dla Polski to znacznie więcej niż kolejna dyplomatyczna wymiana zdań. Wiarygodność Warszawy jako sojusznika i partnera Kijowa to realny kapitał, na którym opiera się bezpieczeństwo całej wschodniej flanki. Każda próba przedstawienia Polaków jako czyhających na cudze ziemie uderza w ten kapitał. Dlatego stanowcza i błyskawiczna odpowiedź resortu była nie kurtuazyjnym gestem, ale obroną narodowego interesu i dobrego imienia państwa.
Źródło: RMF24









