Niemieckie służby szacują, iż około dziewięciu tysięcy islamistów w Niemczech jest gotowych sięgnąć po przemoc, a ponad czterystu uznano za realne zagrożenie. Te liczby, przypomniane przez „Die Welt”, nabrały ciężaru po niedawnym zamachu w Berlinie, w którym zginęła Polka. Jak blisko naszej granicy przebiega dziś linia tego zagrożenia?
Liczby, które ujawniła prasa
Z danych niemieckich służb, przytoczonych przez dziennik „Die Welt”, wynika, iż w Niemczech około dziewięciu tysięcy stu osób o poglądach islamistycznych zalicza się do środowiska gotowego użyć przemocy. To wyliczenie kontrwywiadu z ubiegłorocznego raportu o stanie bezpieczeństwa. Osobno Federalny Urząd Kryminalny naliczył czterysta czterdzieści sześć osób uznanych za stwarzające zagrożenie, czyli zdolne w ocenie służb do popełnienia poważnego przestępstwa o podłożu politycznym lub religijnym. Cały islamistyczny potencjał osobowy w kraju szacuje się na ponad dwadzieścia osiem tysięcy ludzi, a najliczniejszy pozostaje w nim nurt salaficki, liczący kilkanaście tysięcy zwolenników.
Zamach, który nadał liczbom ciężar
Statystyki, w większości znane już wcześniej, wróciły na czołówki po tragedii w Berlinie. Pod koniec lipca, podczas parady w centrum miasta, napastnik wjechał samochodem w przechodniów, a następnie zaatakował ich nożem. Zginęła sześćdziesięciopięcioletnia Polka, kilkadziesiąt osób odniosło rany, część w stanie ciężkim. Sprawcę, dwudziestojednoletniego Niemca libańskiego pochodzenia, zastrzelili policjanci. Co szczególnie bolesne, mężczyzna był służbom dobrze znany: figurował na liście osób stwarzających zagrożenie, a wcześniej został skazany za przygotowywanie poważnego przestępstwa i zaledwie kilka tygodni przed atakiem odzyskał wolność.
Co znaczy „osoba stwarzająca zagrożenie”
Warto rozróżnić dwie liczby, bo łatwo je pomylić. Osoba stwarzająca zagrożenie, po niemiecku „Gefährder”, to kategoria prognozy policyjnej, a nie wyrok: służby zakładają, iż taki człowiek może dopuścić się zamachu, choć nie został za to skazany. To znacznie węższy krąg niż dziewięć tysięcy „gotowych do przemocy”. Trzeba też uczciwie dodać, iż sama liczba osób skłonnych do przemocy w ostatnim roku nieznacznie spadła; wzrósł natomiast ogólny potencjał islamistyczny. Problemem nie jest więc nagły skok, ale utrzymująca się skala zjawiska, którą coraz trudniej objąć nadzorem.
Berlin zaostrza kurs
Po zamachu rząd kanclerza Friedricha Merza zapowiedział twardsze działania. Wśród rozważanych kroków znalazły się odbieranie niemieckiego obywatelstwa islamistom posiadającym drugi paszport oraz przyspieszenie deportacji osób uznanych za niebezpieczne. Minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt mówił wprost o zamachu islamistycznym, a opozycyjna Alternatywa dla Niemiec zażądała zerwania z „pojednawczym kursem” wobec radykałów. To kolejny w ostatnich latach atak o podłożu islamistycznym, po głośnych zamachach w Solingen i Mannheim, który ożywił za Odrą spór o migrację i bezpieczeństwo. Debata o granicach otwartości, którą Niemcy prowadzą od dekady, wróciła z nową siłą.
Zagrożenie bez granic
Dla Polski cała sprawa ma wymiar bardzo konkretny. Ofiarą berlińskiego ataku padła nasza rodaczka, co przypomina, iż islamistyczny terror w Europie Zachodniej nie zatrzymuje się na granicach państw ani narodowości. Niemcy od lat prowadzą politykę otwartości, której rachunek dziś próbują wystawić ich własne służby. Pytanie, na ile skutecznie zdołają odwrócić ten trend i jaką lekcję wyciągnie z tego Polska, pozostaje otwarte.
Źródło: WP Wiadomości











