Wiceminister obrony Paweł Zalewski 27 sierpnia 2026 roku w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli wykluczył rozmieszczenie głowic nuklearnych w Polsce. Zapowiedział jednocześnie udział kraju w odstraszaniu jądrowym Sojuszu i zabiegi o stałą obecność wojsk USA w kilku lokalizacjach. Dla Polaków oznacza to wybór ochrony bez atomowego komponentu na własnym terytorium.
Jasna deklaracja w Kwaterze Głównej NATO
Paweł Zalewski został zapytany w czwartek 27 sierpnia, czy przyszła obecność wojskowa Stanów Zjednoczonych w Polsce mogłaby obejmować zdolności nuklearne. Wiceszef MON odpowiedział jednoznacznie, iż Polska nie chce głowic jądrowych na swoim terytorium. Zastrzegł zarazem, iż Warszawa zamierza uczestniczyć w odstraszaniu nuklearnym NATO.
Ta różnica ma zasadnicze znaczenie. Udział w polityce odstraszania nie musi oznaczać przechowywania amerykańskiej broni w polskich bazach. Może obejmować konsultacje polityczne, planowanie, ćwiczenia oraz konwencjonalne wsparcie operacji. Rząd określił więc granicę, ale nie przedstawił jeszcze publicznie pełnego katalogu zadań, jakie Polska miałaby wziąć na siebie.
Odstraszanie bez stacjonowania głowic
Oficjalne zasady polityki nuklearnej NATO wskazują, iż Grupa Planowania Nuklearnego jest głównym forum konsultacji i decyzji w tej dziedzinie. Uczestniczą w niej wszyscy sojusznicy poza Francją, niezależnie od tego, czy posiadają broń jądrową. NATO podkreśla też, iż Stany Zjednoczone zachowują pełną kontrolę nad amerykańskimi głowicami rozmieszczonymi w Europie.
Sojusznicy mogą wnosić wkład na kilka sposobów. Część udostępnia samoloty podwójnego zastosowania, zdolne do misji konwencjonalnych i nuklearnych. Inne państwa uczestniczą w konsultacjach, ćwiczeniach lub zapewniają wsparcie konwencjonalne. Polska może zatem zwiększać swój udział bez przyjmowania głowic. Taka polityka musi jednak mieć mierzalną treść, bo samo członkostwo w strukturze konsultacyjnej nie zatrzyma rosyjskiej presji.
Rozmowy z Pentagonem o stałej obecności USA
W Brukseli Zalewski spotkał się z wiceministrem obrony USA Elbridgem Colbym. Rozmowa dotyczyła koncepcji określanej jako NATO 3.0, która ma przesunąć większą część odpowiedzialności za obronę konwencjonalną na europejskich sojuszników. Polska popiera ten kierunek. W praktyce oznacza on zarazem większe wymagania wobec własnych sił zbrojnych i budżetu państwa.
Wiceszef MON mówił również o stałym stacjonowaniu amerykańskich żołnierzy w Polsce. Z jego wypowiedzi wynika, iż nie musi chodzić o jedną bazę, ale o kilka miejsc i zdolności, których w tej chwili w kraju brakuje. Strona polska ma przedstawić współpracownikowi Colby'ego propozycje lokalizacji. Obecność rozpoznawcza NATO nad Bałtykiem pokazuje wagę konkretnych środków wojskowych na wschodniej flance, ale loty i rotacje nie zastępują trwałej infrastruktury.
Polska potrzebuje własnego rachunku bezpieczeństwa
Decyzji o nierozmieszczaniu głowic nie wolno traktować jak końca debaty. Rosja prowadzi agresję na Ukrainie, rozbudowuje presję militarną i używa szantażu nuklearnego. W takim otoczeniu polska polityka musi odpowiedzieć, jakie zdolności w zamian zwiększą koszt ewentualnego ataku na Rzeczpospolitą.
Polsko-fińskie rozmowy o Rosji, NATO i obronie przypominają, iż państwa wschodniej i północnej flanki mają wspólny problem, ale każde odpowiada za własne przygotowanie. Dla Polski liczą się stałe wojska USA, obrona powietrzna i przeciwrakietowa, zapasy oraz zdolność dowodzenia. Bez tych elementów deklaracja o udziale w odstraszaniu pozostanie polityczną etykietą.
Stawką jest bezpieczeństwo polskich rodzin i swoboda podejmowania decyzji przez własne państwo. Warszawa nie powinna przyjmować cudzej strategii bez rachunku korzyści i ryzyka. Powinna natomiast jasno powiedzieć obywatelom, jaką realną ochronę uzyska, skoro rząd wyklucza głowice, a jednocześnie chce głębszego udziału w nuklearnym odstraszaniu Sojuszu.
Źródło: Gazeta.pl Wiadomości














