W nocy z czwartku na piątek ukraińskie drony uderzyły w centra logistyczne rosyjskiego giganta handlu internetowego Wildberries w okolicach Petersburga, rodzinnego miasta Władimira Putina. Nad przemysłowymi obrzeżami uniosły się kłęby czarnego dymu, a lotnisko w obwodzie leningradzkim czasowo wstrzymało obsługę ruchu. Jak daleko na rosyjskie tyły sięga już wojna dronów?
Uderzenie w zaplecze pod Petersburgiem
Według rosyjskich władz regionalnych bezzałogowe maszyny spadły na obiekty magazynowe w pobliżu Petersburga, drugiego co do wielkości miasta Rosji i miejsca urodzenia prezydenta Władimira Putina. Zaatakowane centra logistyczne należą do Wildberries, największej rosyjskiej platformy handlu internetowego, która obsługuje z tego regionu znaczną część dostaw dla europejskiej części kraju. Nad okolicą pojawiły się kłęby czarnego dymu, a wybuch pożarów zmusił do ewakuacji pracowników. Według wstępnych informacji rannych zostały trzy osoby. Jak podał Polsat News, w wyniku uderzeń wstrzymano pracę jednego z lotnisk w obwodzie leningradzkim, a część rejsów opóźniono lub skierowano na lotniska zapasowe.
O skali zniszczeń informowali gubernator obwodu leningradzkiego Aleksander Drozdenko oraz mer Petersburga Aleksander Biegłow. Rosyjska strona rzadko przyznaje się do skutecznych ataków na własnym terytorium, dlatego potwierdzenie zniszczeń przez lokalnych urzędników mówi wiele o rozmiarach zdarzenia.
Kolejny cios w sieć magazynów
To nie pierwsze tego typu uderzenie w ostatnich dniach. Zaledwie kilkadziesiąt godzin wcześniej ukraińskie drony miały trafić w magazyny tej samej firmy na południu Rosji, w Krasnodarze i Niewinnomyssku. Prezes Wildberries Tatiana Kim potwierdziła wtedy, iż zaatakowano zaplecze logistyczne koncernu. Powtarzalność celów wskazuje, iż nie chodzi o przypadek, ale o świadome uderzanie w gospodarczy krwiobieg wroga.
Wildberries to jeden z filarów rosyjskiego handlu, a jego magazyny gromadzą towary dla milionów klientów. Sparaliżowanie takiego węzła oznacza realne straty i zakłócenia w dostawach, odczuwalne daleko poza samym miejscem ataku.
Wojna, która przenosi się na tyły
Strona ukraińska zwykle nie komentuje pojedynczych uderzeń w głębi Rosji, ale od miesięcy prowadzi konsekwentną kampanię wymierzoną w rafinerie, składy paliwa, lotniska i infrastrukturę logistyczną przeciwnika. Cel jest czytelny: przenieść koszty wojny na rosyjskie zaplecze i pokazać, iż żaden region nie jest już poza zasięgiem.
Symbolika uderzenia w okolice Petersburga jest przy tym trudna do przeoczenia. Miasto, z którego wywodzi się rosyjski przywódca, przez lata uchodziło za bezpieczne. Płonące magazyny na jego przedmieściach są dowodem, iż linia frontu w praktyce rozciągnęła się na setki kilometrów w głąb kraju.
Sygnał dla wschodniej flanki
Dla Polski i całej wschodniej flanki NATO rozwój dalekosiężnej wojny dronów to nie odległa ciekawostka, ale zapowiedź charakteru przyszłych konfliktów. Tania, masowo produkowana broń bezzałogowa potrafi dziś porazić infrastrukturę oddaloną o setki kilometrów od granicy, a magazyny, lotniska i składy paliwa stają się celami równie ważnymi jak pozycje wojskowe.
Im dłużej trwa wojna na Ukrainie, tym wyraźniej widać, iż o jej przebiegu decyduje nie sama linia styczności wojsk. Coraz częściej rozstrzyga się ona w rosyjskich portach, rafineriach i centrach logistycznych, których obrona okazuje się trudna. Pytanie, jak Moskwa zareaguje na kolejne ciosy wymierzone we własne zaplecze, pozostaje otwarte.
Źródło: Polsat News







