W ubiegłym tygodniu minęła kolejna, już piętnasta rocznica śmierci założyciela i lidera Samoobrony, Andrzeja Leppera. Okolicznościowe publikacje na jej temat koncentrowały się głownie na wątkach pobocznych jego działalności i wpływu, jaki niewątpliwie wywarł na nasze życie publiczne.
Warto jednak sięgnąć nieco głębiej i dokonać próby spojrzenia na rolę polskiego buntownika przeciwko neoliberalnej transformacji na tle szerszej panoramy polskiej debaty publicznej. Po pierwsze, Lepper był niewątpliwie zwolennikiem suwerenizacji polskiej polityki. Wiedział, iż jest ona warunkiem uprawiania jakiejkolwiek polityki. Bez niej nie ma przecież mowy na przykład o rewizji stosunków własnościowych wykreowanych w naszym kraju po 1989 roku. Lepper utrzymywał, iż te stosunki własnościowe można w dużym stopniu zmienić. Uznał, iż gotowość do takich zmian wykażą jego partnerzy koalicyjni (przecież gwarantował to swoim popisem Jarosław Kaczyński, o którym być może lider Samoobrony nie miał wystarczającego rozeznania, pozostając głuchym na przestrogi bardziej doświadczonych polityków próbujących mu uświadomić, iż prezes PiS był i pozostaje notorycznym oszustem i manipulantem). Lepper domagał się rzeczy na pierwszy rzut oka prostej: rewizji prywatyzacji lat 1990., czyli podjęcia próby odzyskania przynajmniej części polskiej własności i majątku narodowego. Odpowiednią procedurą miała zająć się specjalnie do tego powołana komisja, która badałaby każdy przypadek prywatyzacji z osobna. W przypadkach, w których okazywałoby się, iż najczęściej zagraniczny nabywca danego zakładu pracy nie wywiązał się z przyjętych zobowiązań (na przykład odpowiednich inwestycji, badań rozwojowych czy utrzymania poziomu zatrudnienia), akt prywatyzacji byłby unieważniany, a dany podmiot wracałby we władanie Skarbu Państwa.
Lepper uwierzył również, iż państwo suwerenne nie może pozwalać na pewne praktyki na swoim terytorium wojskom i służbom obcym. Dotyczyło to zarówno stacjonowania w naszym kraju żołnierzy amerykańskich, jak i działania ośrodków kontrolowanych przez obce wywiady bądź służby specjalne (takich, jak te na Mazurach, gdzie bezprawnie i przetrzymywano na naszym terytorium obywateli państw trzecich). Mówił zatem lider Samoobrony o konieczności wyrwania się Polski spod kurateli amerykańskiej.
Jednocześnie zwracał też uwagę na problem zadłużenia zagranicznego naszego kraju. Tu znów postulował suwerenność, czyli maksymalne ograniczenie naszej zależności od międzynarodowych, najczęściej po prostu zachodnich instytucji finansowych. Rozumiał doskonale, iż zależność ta w praktyce uniemożliwia realizację jakichkolwiek działań prowadzących do samodzielnej polityki gospodarczej. Za liniami kredytowymi szedł bowiem polityczny dyktat, znany pod nazwą konsensusu waszyngtońskiego. Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy w zamian za udzielane nam wówczas wsparcie żądały otwarcie, m. in. wspomnianej już prywatyzacji, ale także deregulacji czy powolnej, rzeczywistej likwidacji usług publicznych.
Mówił zatem Lepper przez wszystkie lata swojej politycznej drogi o trzech suwerennościach: 1) gospodarczej; 2) polityczno-militarnej oraz 3) finansowej. Bez osiągnięcia każdej z nich nie ma mowy o prowadzeniu jakiejkolwiek polityki, bo ogranicza się ona do zarządzania, pozostawiającego jedynie skrajnie wąski margines modelowania określonych decyzji i adresowania ich do poszczególnych grup interesu. Polityka przeradza się w administrowanie nie swoimi zasobami.
Andrzej Lepper nawołujący do suwerenizacji wspomnianych trzech obszarów nie mógł być jeszcze świadkiem skrajnie daleko posuniętej utraty rządności władz polskich związanej z coraz bardziej żarłoczną ekspansją kompetencyjną Unii Europejskiej. Nie doczekał też czasów wykorzystywania polskiego terytorium do transferów broni na cudzą wojnę, ani bezpośrednich, publicznych i nieskrywanych ingerencji jednej z placówek dyplomatycznych w Warszawie w prawo tworzone w polskim parlamencie. Po jego śmierci zrobiło się zatem jeszcze gorzej.
To jednak on może zostać uznany za jednego z prekursorów polskiego suwerenizmu. A iż oskarżano go o populizm? Żadna ujma. Kolejne ekipy rządzące reprezentowały bowiem i reprezentują interesy mniejszości (np. najzamożniejszych kompradorów i zarządców zatrudnionych przez obce korporacje, a z drugiej strony lobbystów hałaśliwych mniejszości kulturowych i obyczajowych). Ten aspekt jego dorobku w polskim życiu publicznym jakoś wielu z nas umyka. Niesłusznie.
Mateusz Piskorski
Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)














