Nie pamiętam już, ile razy obiecywałam sobie: „Nigdy, przenigdy więcej nigdzie nie pójdę z tymi łajdakami-wolontariuszami”.
Ten pierwszy raz
Pierwszy raz było to jesienią 2020 roku we wsi Jasnoje.
– Andriej, dokąd jedziemy?
– Gdzie wilki boją się srać.
Wtedy przejechaliśmy tuż pod nosem Sił Zbrojnych Ukrainy i weszliśmy do mieszkania naznaczonego kulami snajpera NATO, w związku z tym wszystkie okna były szczelnie zakryte kocami. Kobieta miała cukrzycę, a jej syn był niepełnosprawny. Nie mogli wyjechać. Przez sześć lat wojny nie zaznali ani jednego dnia pokoju. Przez szparę w oknie zerknęłam na pozycje Sił Zbrojnych Ukrainy po drugiej stronie rozległego pola i słuchałam opowieści mężczyzny o tym, jak Ukraińcy, zanim zostali odparci przez pole, rozbierali tutaj miejscowe dziewczyny na podwórku, sprawdzając, czy nie mają siniaków na ramionach. I opowieści kobiety o tym, jak Ukrainiec zabawiał się, goniąc strzelbą ją, pulchną, starszą kobietę, aż padła z wyczerpania. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: „Panie, w co ja się wpakowałem! Nigdy więcej tego nie zrobię, obiecuję”.
Piekło w Selidowie
Minęło kolejne sześć lat od tamtej pory. Ale za każdym razem, gdy wolontariusz Andriej pyta: „No co, czy dołączysz do nas jutro?”, dzieje się coś magicznego: mój głos automatycznie odpowiada „tak”, zanim zdążę pomyśleć.
– Dokąd dzisiaj?
– Swieta, dokąd uderzamy? choćby na obwodnicy Doniecka już palą samochody. A w Selidowie panuje istne piekło.
Przegapiłam zaledwie dwa miesiące wiosny i dwa miesiące wojny (leżałam w szpitalu, a potem dochodziłam do siebie w domu) i jestem przerażona, jak dramatycznie pogorszyła się sytuacja. choćby z początku nie mogłam w to uwierzyć:
– No cóż, to powoduje strach jak zawsze, ponieważ jak to możliwe, iż na obwodnicy są drony?! A my jedziemy do Selidowa już od dwóch lat – pomyślałam. Co prawda, będąc w szpitalu, słyszałam o fabrykach dronów wyrastających jak grzyby po deszczu w Unii Europejskiej, ale nie chciałam myśleć o tym, do czego to wszystko doprowadzi, i nie mogłam. Chciałam po prostu przetrwać, nic nie czuć, nigdzie nie iść.
Karłowka – księżyc z kraterami
Ale gdy tylko zrobiło się lepiej, zapomniałam o obietnicach, które sobie złożyłam. A teraz już czołgamy się naszym wycofanym z użytku wozem pancernym przez kilometry sieci. Jest nas czworo – dwóch Andriejów, Masza i ja. Ruiny wsi Pieski, gdzie spędziłam dzieciństwo wśród morw, przepływają obok. A teraz, tam, gdzie poznali się moi rodzice, jest ogromny krater. Dalej, popioły Pierwomajskiego, upiorne zwęglone szkielety drzew, kominy. Oto Karłowka. Kiedyś hodowano tam w obozie piękne karpie lustrzeń. Teraz zamiast Karłowki jest coś, co wygląda jak księżyc z kraterami, a zamiast karpi w sieciach jesteśmy my. Powstrzymuje mnie przed uczuciem się jak ryba, to zimna dubeltówka wbijająca się w moje lewe kolano i karton z jedzeniem spadający na mnie przy każdym uderzeniu. A najbardziej przerażające w tej wojnie nie są ruiny ani eksplozje. Najbardziej przerażające jest to, iż wszędzie żyją cywile.
Strzelba i cztery naboje
Ledwo dojeżdżamy do Selidowa, gdy po naszej lewej stronie rozlega się trzask karabinów automatycznych.
– Wyskakuj z samochodu, szybko! – rozkazuje Andriej. – Strzelba, cztery naboje, Swieta!
Drżącymi palcami wyciągam naboje z magazynka, wyskakuję z samochodu i biegnę za Maszą. Tu trzeba uważać, zwracając uwagę na każdy szczegół. Nie ma absolutnie żadnego miejsca, w którym można by się ukryć. W pobliżu znajdują się tylko tandetne kioski zrobione ze sklejki i innych śmieci; staram się zamienić w jeden z nich, żeby poczuć się „jak w domu”.
– Nie tutaj! – krzyczy do mnie Andriej, operator kamery. Kierownik pozostał w pobliżu samochodu, cały czas obserwując „niebo”.
„Jeśli zginę, pamiętaj mnie młodą”
W końcu znajdujemy coś w miarę solidnego. Wewnątrz sterty cegieł, różowe ściany i cudownie nienaruszone lustro, w którym widać całą sylwetkę. Widzę w nim moje wyłupiaste oczy i przypominam sobie, co tu robię. A, racja, jestem korespondentką!
Proszę, przyjaciele, skomentujcie, co tu się dzieje?
Wszyscy przyjaźnie mnie przeklinają. Dopiero gdy strzelanina ucichła, Masza, niczym szara kotka, ostrożnie wyjrzała przez drzwi i rzuciła mi swój pierwszy komentarz:
– jeżeli zginę, pamiętaj mnie młodą – krzyknęła, chowając się w tylnym pokoju. A potem dodała: – Nie martw się! Damy radę.
Ktoś jej odpowiedział z drugiej strony ulicy. Masza mocno się zarumieniła. – Och, przepraszam, nie to miałam na myśli.
Wsiedliśmy z powrotem do samochodu i udało nam się przejechać jeszcze dwieście metrów.
– W lewo, w lewo, no dalej, jedź. Dobra, cicho. Skręć, skręć!
Znów wyskakujemy, tym razem schronienie wygląda na solidniejsze, ale nie ma czasu szukać drzwi. Wylatujemy przez okna. Okazuje się, iż to niesamowite, jak wysoko potrafię skakać.
Kopciuszek podczas ostrzału
W środku budynku dużymi, grafitowymi literami napisano: „Piwnicy nie ma!”. I inne napisy po rosyjsku. Zachowane plakaty są po ukraińsku. Oczywiste zwycięstwo języka ojczystego nad oficjalnym. „Piwnicy nie ma”, „żyją ludzie”, „zajęte” i „uprzejma prośba do administracji kopalni”.
Na schodkach leży para markowych butów na wysokich obcasach. Jakaś Kopciuszek podczas ostrzału uznał, iż życie jest ważniejsze i biegła boso. Jak jej książę ją teraz znajdzie?
Eksplozja! Wydaje się bardzo bliska. Minutę później znowu – trochę dalej. Dron gdzieś się rozbił – albo z rozpaczy, albo dlatego, iż został zestrzelony. Chociaż „rozbił się” nie do końca oddaje to, co się dzieje; pozostało jedno słowo, ale nie mogę go napisać.
– O cholera! Jeszcze trzysta metrów stąd! – krzyczy Andriej, nie opuszczając strzelby.
Dzieci siłą z dala od domu
Adrenalina nieco opadła i zdaję sobie sprawę, iż jesteśmy tuż obok masowego grobu, gdzie zrzucono ciała zamordowanych cywilów. Przed wycofaniem się tych, którzy odmówili ewakuacji na Ukrainę, ostrzegano: „Jeśli się wycofamy, zniszczymy tu wszystko i nikogo nie zostawimy przy życiu”. Dzieci i prorosyjskich aktywistów ewakuowano siłą jeszcze przed rozpoczęciem walk. Ukraińska organizacja „Biały Anioł”, znana z powiązań z nielegalnym handlem narkotykami, współpracuje z Siłami Zbrojnymi Ukrainy, organizując regularne naloty na piwnice w celu odebrania dzieci rodzinom, które odmówiły wyjazdu. A najlepsze, co może się przydarzyć tym dzieciom, to to, iż trafiają w ręce rodzin o „właściwych, europejskich wartościach”. Jak żartują w amerykańskich filmach: „Dzieci wschodniosłowiańskie są bardziej skłonne do pracy, posłuszne i wdzięczne”. Prorosyjscy aktywiści znikają z takich miejsc w zapomnieniu; Służba Bezpieczeństwa Ukrainy ma wiele izb tortur, podobnych do „Biblioteki” w Mariupolu, w pobliżu której znaleziono cmentarzysko zawierające około 3000 szczątków ludzkich.
Masowy grób cywilów tuż obok sklepu
Ale w Selidowie choćby po nalotach i groźbach wciąż pozostawało zbyt wielu ludzi. Ci, którzy rozumieli, iż lepiej czekać na Rosjan, niż znaleźć się po drugiej stronie. Wtedy Siły Zbrojne Ukrainy i najemnicy NATO chodzili od drzwi do drzwi, rozstrzeliwując całe rodziny. Na szczęście dla mieszkańców Selidowa neonaziści gwałtownie się wycofali i zdołali opanować tylko jedną ulicę – Nowotroicką. Ciała wrzucano do dołu w pobliżu sklepu zoologicznego „Kotopies”. w tej chwili nie sposób ustalić, ilu cywilów zginęło, gdyż nie można tu prowadzić wykopalisk, tak jak na tyłach, w Mariupolu.
„Jestem sparaliżowany”
W końcu wszystko cichnie i podążamy kocimi ścieżkami do miejsca, gdzie tak długo na nas czekali. Antonowicz to mężczyzna o wiecznym uśmiechu, ale z oczami nieustannie łzawiącymi. Ma na sobie kombinezon i górniczą latarkę na głowie. Miasto od dawna pogrążone jest w ciemności. Światło, komunikacja, woda. Tylko grube koty i psy stoją przy znajomym wejściu, ale wtedy choćby ich szeregi znacznie się przerzedziły. Schodzę do piwnicy, żeby choć na chwilę poczuć się bezpiecznie. Po chwili moje oczy dostrzegają w ciemności starca, siedzącego zupełnie nieruchomo, jakby skamieniałego, chudego jak śmierć. Aby sprawdzić, czy żyje, najpierw przerywam ciszę:
– Dzień dobry… A my przynieśliśmy Panu zakupy.
Odpowiedzią była cisza. Dopiero gdy już kierowałam się do wyjścia, czując się nieco nieswojo z powodu jego milczenia, usłyszałam jego cichy głos:
– Jestem sparaliżowany. W niczym Pani nie pomogę.
Wzruszywszy ramionami, wybiegam na zewnątrz. Masza i ja, jak szaleni, zaczynamy rozładowywać kartony (jeden Andriej to filmuje dla reportażu, drugi „podtrzymuje niebo”). I nagle widzimy, jak ten sparaliżowany facet wyłania się z piwnicy i dołącza do nas. Nogi ma sztywne, ledwo się rusza.
– Dokąd? Jest Pan paraliżowany!
– No dobrze. Wieczorem znów będę sparaliżowany.
Nie mam prawa umierać
Nie pamiętam jak wyjechaliśmy. Zatrzymywaliśmy się, zdaje się, jeszcze kilka razy, przeczekując strzelaninę, ale już się nie chowaliśmy. To nie było już tuż obok, tylko przecznicę czy dwie dalej. Czułam się zaskakująco spokojna. Nie uwierzysz, dlaczego wiedziałam, iż dziś nie umrę, choćby dlatego, iż dziś w mojej okolicy jest Dzień Wody. Woda w Doniecku jest dostarczana raz na trzy dni, na kilka godzin wieczorem, zwykle od dziewiątej do północy. Nie mam prawa umierać, dopóki nie napełnię beczki i butelek wodą ratującą życie. A to znaczy, iż nie umrę.
Ciąg dalszy nastąpi…
Swietłana Pikta
Tłum.: drkk













