Ostatni patrol „Czarnego”. Śmierć Wyklętych w Święto Niepodległości

dzienniknarodowy.pl 4 часы назад
Zdjęcie: Ostatni patrol „Czarnego”. Śmierć Wyklętych w Święto Niepodległości


W dniu, w którym Polska powinna świętować odzyskanie wolności — 11 listopada 1953 roku — w gospodarstwie Franciszka Dąbrowskiego w Dudach Puszczańskich dobiegła kresu jedna z ostatnich większych obław na polską partyzantkę niepodległościową w regionie kolneńskim. Otoczeni przez Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego żołnierze patrolu plutonowego „Czarnego” Borysa woleli śmierć z własnej ręki niż niewolę w kazamatach UB.

W dniu, w którym Polska powinna świętować odzyskanie wolności — 11 listopada 1953 roku — w gospodarstwie Franciszka Dąbrowskiego w Dudach Puszczańskich dobiegła kresu jedna z ostatnich większych obław na polską partyzantkę niepodległościową w regionie kolneńskim. Otoczeni przez Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego żołnierze patrolu plutonowego „Czarnego” Borysa woleli śmierć z własnej ręki niż niewolę w kazamatach UB.

Fot./skan: „Głos znad Narwi” nr 28

Puszcza, która stała się ostatnim schronieniem

Kiedy w 1944 roku Armia Czerwona przekraczała przedwojenne granice Rzeczypospolitej, dla wielu żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego nie oznaczało to końca okupacji, ale jedynie zmianę okupanta. Struktury Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i innych formacji, które nie złożyły broni, kontynuowały walkę w warunkach, jakich nie znała choćby konspiracja z lat niemieckiej okupacji. Nowa, komunistyczna władza dysponowała bowiem nie tylko regularnym wojskiem i milicją, ale przede wszystkim rozbudowanym, bezwzględnym aparatem Urzędu Bezpieczeństwa oraz Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego — formacjami stworzonymi wyłącznie po to, by tropić i niszczyć własnych rodaków.

Kurpiowska puszcza, z jej gęstymi lasami, rozproszonymi zaściankami i leśniczówkami, przez lata dawała partyzantom naturalne schronienie. To tutaj, na pograniczu powiatu kolneńskiego, działały patrole podporządkowane plutonowemu „Czarnemu” Borysowi. Znajomość terenu, wsparcie miejscowej ludności i umiejętność poruszania się nocą pozwalały im przez długi czas wymykać się obławom. Z każdym rokiem pętla jednak się zaciskała.

Zdradzieckie milczenie sieci informacyjnej

Metody komunistycznego aparatu bezpieczeństwa nie polegały na otwartej walce. UB budowało gęstą sieć informacyjną, opartą na donosach, szantażu i strachu — to ona, a nie żołnierski fach, była największym zagrożeniem dla podziemia. Partyzanci „Czarnego” dobrze o tym wiedzieli. Po jednej z akcji w okolicach Rogienic, wyczerpani fizycznie, tłumaczyli goszczącym ich gospodarzom jedynie tyle, iż to nie oni pierwsi otworzyli ogień — uczynili to funkcjonariusze UB. Przyznali też, iż źle ocenili sytuację, sądząc, iż wpadli w przygotowaną przez komunistów zasadzkę.

To ostrożność podszyta nieufnością trzymała ich przy życiu. Franciszek i Aleksandra Dąbrowscy słyszeli już o akcji pod Rogienicami, ale nie wypytywali strudzonych żołnierzy o szczegóły. Gdy okazało się, iż we wsi nie ma komunistycznego wojska, partyzanci postanowili przenocować. Byli tak zmęczeni, iż nie tknęli kolacji — udali się prosto na strych obory, gdzie gospodarz przechowywał siano, i tam zasnęli.

Fot./skan: „Głos znad Narwi” nr 28

Ostatni posiłek

Rankiem 11 listopada 1953 roku gospodyni zaniosła żołnierzom NZW śniadanie. Członkowie patrolu podjęli decyzję o pozostaniu na strychu do zmroku — w dalszą drogę zamierzali ruszyć dopiero nocą, tak aby nie zobaczył ich nikt przypadkowy. Zdawali sobie sprawę, iż sytuacja jest wyjątkowo groźna i iż muszą zachować szczególną czujność. Po południu Franciszek Dąbrowski zaniósł im obiad. Jak miało się okazać, był to ich ostatni posiłek.

Tymczasem komunistyczni oficerowie dowodzący reżimowymi oddziałami penetrującymi powiat kolneński domyślali się, iż podkomendni „Czarnego” mogą kierować się w stronę województwa olsztyńskiego. W tamtym kierunku wysłano kilka pododdziałów. Początkowo szczęście sprzyjało partyzantom — 9 listopada siły reżimowe nie natrafiły na ślad Stanisława Grajka „Mazura” i jego towarzyszy. Wobec braku wyników pościg zawieszono na jeden dzień, a 10 listopada strudzeni „kebewiacy” odpoczywali. ale w tym samym czasie sieć informacyjna UB pracowała bez wytchnienia. Komunistyczni oficerowie liczyli na to, iż przerwa uśpi czujność partyzantów, przekona ich, iż obława się skończyła — i iż tym samym sami ujawnią miejsce pobytu.

Obława i wybór śmierci

Ponowne wejście do akcji KBW zaplanowano właśnie na 11 listopada. Tego dnia siły korpusu, w oparciu o informacje uzyskane od funkcjonariuszy UB, przystąpiły do przeszukiwania kwater oddziału. Dowodzący plutonem z olsztyńskiej kompanii operacyjnej podporucznik otrzymał rozkaz sprawdzenia trzech ustalonych punktów na terenie gminy Czerwone — miejsc, w których w przeszłości zatrzymywali się żołnierze patrolu plutonowego Borysa. Dwa z nich przeszukał, ale w zabudowaniach nie znalazł żadnych śladów niepodległościowców. Położenia trzeciej kwatery nie potrafił ustalić.

I tu ujawniła się cała zawodność komunistycznego aparatu, opartego na strachu, a nie na prawdzie. Wywiad przeprowadzony wśród miejscowej ludności wykazał, iż dane opracowane przez UB są nieprecyzyjne — funkcjonariusze błędnie wyznaczyli położenie miejscowości. Poszukiwane Dudy Puszczańskie leżały wprawdzie w powiecie kolneńskim, ale nie w gminie Czerwone, a w gminie Łyse. Pluton szukał ich o dwadzieścia dwa kilometry od adekwatnego miejsca.

Ostatecznie jednak pętla się zacisnęła. Sześcioosobowy patrol „Czarnego” został otoczony przez Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego w samo Święto Niepodległości. W obliczu beznadziejnej sytuacji trzej żołnierze podjęli decyzję, która na trwałe wpisała się w martyrologię polskiego podziemia: wybrali samobójstwo, byle tylko nie wpaść żywcem w ręce UB. Zginęli Stanisław Grajek „Mazur”, urodzony 28 czerwca 1927 roku, mający zaledwie dwadzieścia sześć lat, wraz z nim Aleksander Góralczyk „Topór” oraz kapral Władysław Sadłowski „Twardy”. „Mazur” bywa nazywany ostatnim Wyklętym regionu kolneńskiego.

Fot./skan: „Głos znad Narwi” nr 28

Cena wierności

Sam „Czarny” Borys tego dnia cudem uszedł z obławy — zginął jednak rok później. Zatrzymany został „Jastrząb” Greloch, a „Orzech” Korwek ukrywał się dalej. Rozbicie patrolu w Dudach Puszczańskich było jedną z ostatnich większych obław na polską partyzantkę w regionie i symbolicznym końcem zorganizowanego oporu na tej ziemi.

Dramatyzm tamtego dnia zawiera się w jednym zestawieniu dat. Podczas gdy w wolnym świecie 11 listopada obchodzono rocznicę odzyskania niepodległości, w kurpiowskiej puszczy żołnierze walczący o tę samą niepodległość ginęli z własnej ręki, osaczeni przez rodaków w komunistycznych mundurach. Nie polegli w otwartej bitwie, którą można było wygrać — polegli, ponieważ nie chcieli się poddać. Wybór śmierci zamiast niewoli nie był aktem rozpaczy, ale ostatnim gestem wolnych ludzi, którzy do końca odmawiali uznania władzy narzuconej Polsce bagnetami.

Pamięć o ludziach takich jak „Mazur”, „Topór” i „Twardy” — o zwykłych, młodych mężczyznach z kolneńskiej ziemi, którzy woleli zginąć niż zdradzić — jest dziś obowiązkiem tych, którym oni tej wolności nie doczekali oddać. To za nich, i za tysiące podobnych, palimy dziś światło pamięci.

Materiał opracowano na podstawie pisma „Głos znad Narwi” — glosznadnarwi.pl
Читать всю статью