O złej kondycji nauki polskiej i równie złej kondycji – głównie materialnej i społecznej – środowiska akademickiego napisano wiele tomów. Dominuje w nich uzasadniony ton krytyki wyjątkowo niskiego finansowania badań i fatalnych reform szkolnictwa wyższego, których kulminację stanowiło przekształcenie – za rządów PiS i Jarosława Gowina jako ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego – uczelni w quasi korporacje.
Jako takie są zaś one zainteresowane nie tyle poziomem naukowym, ile walką o pieniądze – nade wszystko z systemu grantowego, zawłaszczonego przez oligarchiczne, niezatapialne lobby, które żeruje poprzez system utajnionych recenzji na miliardach złotych zawłaszczanych z naszych podatków.
Gdy do tego dołączymy jednoczesne zatrudnienie wielu – nade wszystko samodzielnych – pracowników naukowych w kilku uczelniach publicznych i niepublicznych oraz PAN czy IPN – otrzymamy obraz kilka odbiegający od tego z jakim mamy do czynienia w służbie zdrowia, gdzie łączenie praktyki prywatnej lekarzy z jednoczesnym zatrudnieniem w wielu jednostkach podlegających NFZ jest procesem nagminnym. jeżeli w nauce pogoń za zyskiem – osiąganym w każdy możliwy sposób – stała się dewizą funkcjonowania jednostek naukowych oraz celów życiowych wielu ich pracowników, trudno mówić o jakimś ich etosie.
Nauka i nauczanie bez etosu
Obecnie w nauce polskiej nie funkcjonuje żaden etos – ani zawodowy, ani moralny, ani patriotyczny – przypisywany niegdyś humanistyce. Dlatego trudno mówić o takim kształceniu młodzieży w polskich uczelniach, które zapewniałoby jej nie tylko zdobycie wybranego zawodu, ale również mądrości jako podstawy osiągania szlachetnych celów w życiu. Ten drugi nurt kształcenia, wywodzący się z greckiej tradycji eudajmonii – poszukiwania mądrości jako najlepszego sposobu życia – został całkowicie wyparty z naszych szkół wyższych. Została z nich również wyparta – niestety, skutecznie – tradycja średniowiecznych uniwersytetów chrześcijańskiej Europy, które wypracowały koncepcję akademii jako miejsca nie tylko rozwoju nauki, ale również budowania wspólnoty uczonych i studentów, opartej na modelu mistrz i uczeń.
Ukształtowany w ramach wolnego rynku i funkcjonujący na zasadach liberalizmu filozoficzno-ekonomicznego obecny typ polskiej uczelni zrywa nie tylko z antyczną i średniowieczną tradycją uniwersytetu, ale narzuca obce jej uzależnienie od jakichkolwiek ideologii. One bowiem dewastują cel badań naukowych i jednocześnie cel kształcenia młodzieży, co jest widoczne nade wszystko w naukach humanistycznych i społecznych. O tym, jakie są skutki ich ideologizacji, świadczy historia nauki i szkolnictwa wyższego PRL. Wymienić można w tym miejscu tysiące pozycji, odwołujących się do marksizmu-leninizmu. Czy po totalnej dyskredytacji tej ideologii ktoś z poważnych uczonych – wyłączywszy lewacką aberrację – powołuje się na zawarte w nich „odkrycia”?
Upolitycznienie jeźdźcem Apokalipsy
Temu retorycznemu pytaniu towarzyszy drugie: jaką wartość obiektywną mają już teraz prace zdeterminowane ideologią politycznej poprawności – wymuszającej podporządkowanie nie tylko antyaksjologicznemu postmodernizmowi, ale również dehumanizującemu genderyzmowi? Dodatkowym, najnowszym elementem ideologizacji nauki jest jej upolitycznienie, przynoszące ogromne szkody głównie w humanistyce – która w tej chwili jest już tylko posthumanistyką – oraz w naukach społecznych. Jak pokazuje uzależnienie nauki w epoce totalitaryzmu komunistycznego od „materializmu dialektycznego” – znanego pod uproszczonym skrótem diamat – oznaczało skazanie jej na upadek, którego skutki odczuwają do dnia dzisiejszego społeczeństwa dawnego bloku socjalistycznego. Bez przywołania antycznej Kasandry, która wieszczyłaby podobny los tych nauk, już teraz możemy głosić ich upadek. Zapowiadało go – niczym jeździec Apokalipsy – w drugim dziesięcioleciu obecnego wieku stopniowe uzależnianie prac naukowych i procesu dydaktycznego od rosnącej w przestrzeni politycznej rusofobii. Powiązanie rusofobii ze sztuczną ukrainofilią i występującą z nią nieodłącznie banderyzacją polskiej nauki przyspieszyło proces jej upadku.
Można w tym miejscu wymienić dziesiątki rusofobicznych prac o „Putinowskiej Rosji”, zakłamujących do cna jej autentyczny obraz. I paralelnie – można zacytować długą listę publikacji prezentujących „poświęcającą się dla ludzkości” Ukrainę w jej walce z „Kremlowskim reżimem” i „ruskim mirem” – w których nie znajdziemy żadnej wzmianki o tym, iż oficjalną ideologią w tym „poświęceniu” jest odrodzony banderyzm. Ukrywanie w pracach naukowych faktu, iż ludobójcza ideologia jest od rozpadu ZSRR dźwignią ukraińskiej polityki jest najbardziej szkodliwą formą banderyzacji polskiej nauki. Rusofobia i banderyzacja to jedno wielkie piętno, które – podobnie jak niegdyś diamat – skazuje ją na upadek.
Upolitycznienie nauki jest dodatkowym, wyjątkowo silnym umocnieniem jej odwrotu od prawdy, realizowanego jednocześnie na gruncie postmodernizmu, politycznej poprawności i genderyzmu. Negacja prawdy w ramach upolitycznienia jest wyjątkowo skuteczna, gdyż panujący w Polsce system społeczno-polityczny przewiduje dla jej obrońców szereg restrykcji – od wykluczenia ze środowiska uniwersyteckiego i pozbawienia możliwości publikacji prac niezależnych od rusofobii i banderyzacji po odpowiedzialność sądową z różnych paragrafów kodeksu karnego. W programie unowocześniania polskich uczelni upolitycznienie nauki i nauczania stanowi również wyjątkowo skuteczną formę zrywania z tradycją uniwersytecką i destrukcji wspólnoty universitas.
Problematyka rosyjska jako obiektywny cel nauki polskiej w tej chwili nie istnieje. Nie istnieje w niej również obiektywne ujęcie wszelkiej problematyki ukraińskiej. Różnica w tym niezaistnieniu obiektywizmu jest jednak ogromna. W przypadku Rosji celem jest jej unicestwianie polityczne, militarne i cywilizacyjno-kulturowe. W przypadku Ukrainy – wszelkie formy jej poparcia w takim kształcie, jaki uzyskała po rozpadzie ZSRR – czyli neobanderowskim. Zgodnie z tymi dwoma przeciwstawnymi kierunkami upolitycznienia nauki dokonana została pacyfikacja rusycystyki i rosjoznawstwa na polskich uczelniach. Rozwijane na nich badania i kierunki studiów zostały podporządkowane rusofobicznej polityce polskich władz, narzuconej nam w ramach sojuszu z USA oraz członkostwa w NATO i UE. Nikt – oprócz działających poza uczelniami kilku emerytowanych profesorów nie protestował, nie przestrzegał przed przekształceniem idei wykluczania Rosji i Rosjan ze światowej rodziny narodów i odmawiania im prawa do istnienia – w nową formę nazizmu bądź rasizmu.
Zgaszony blask chwały
Rusofobia czyni spektakularne spustoszenie na gruncie nauk o Rosji – nade wszystko dlatego, iż w samym swym założeniu degraduje cel ich badań i nauczania. Milczenie wobec odrzucenia prawdy o jej współczesnym obliczu, zgoda na demonizację nie tylko jej władz, ale również historii i kultury z „ruskim mirem” na czele, na – graniczące z rasizmem i agresywnym nacjonalizmem – odmawianie Rosji i Rosjanom prawa przynależności do wspólnoty międzynarodowej dyskwalifikuje na wielu poziomach przedstawicieli tych nauk jako kompetentnych badaczy. Świadczy o tym, iż nie są w stanie dorównać swym poprzednikom – rusycystom i rosjoznawcom, którzy w warunkach zaborów, politycznego i ideowego skonfliktowania z Rosją radziecką w dwudziestoleciu międzywojenny, a następnie zniewolenia komunistycznego w ramach pojałtańskiego porządku światowego, pozostali wierni etosowi uczonego, służącego prawdzie i w jej imię odrzucającego uzależnienie od wszelkich ideologii.
To oni, mniej lub bardziej znani, przynieśli chwałę obiektywizmu i wolności polskiej nauce; wolności nie tylko od kłamstwa, ale także różnych subiektywizmów i partykularyzmów. Wyróżnia się pośród nich Marian Zdziechowski – wielki uczony końca XIX i pierwszego trzydziestolecia XX wieku, filozof, slawista, nade wszystko badacz kultury rosyjskiej XIX i XX wieku oraz stosunków polsko-rosyjskich, polski patriota zaangażowany w życie polityczne swej epoki. Zdziechowski stał się wzorem dla wielu pokoleń rusycystów – prezentujących opcję filologiczną – oraz rosjoznawców – ukierunkowanych na badania historyczno-kulturowe. Wzorem uczonego Polaka, który jako profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – w latach 1899-1919 – w okresie rozbiorowym Polski stworzył podwaliny dla wolnej od zakłamania nauki o Rosji. W tym okresie powstała fundamentalna dla późniejszych polskich badaczy jego praca porównująca polski mesjanizm z konserwatyzmem rosyjskiego słowianofilstwa Mesjaniści i słowianofile. Szkice z psychologii narodów słowiańskich (1888). Próżno szukać w nich jakiejkolwiek zapowiedzi współczesnej rusofobii, która pogrąża polską naukę.
Jeszcze większe znaczenie pod tym względem posiada do dziś druga jego fundamentalna praca z tego zakresu Mesjaniści i słowianofile. Nowe szkice z psychologii narodów słowiańskich (1888). Z tego tomu pochodzi określenie, jakim Zdziechowski podsumował Lwa Tołstoja jako anarchistę chrześcijańskiego, sprowadzającego wielkość chrześcijaństwa do samej tylko etyki, a ściślej do Kazania na Górze według św. Mateusza i uznania za jej istotę ideę niesprzeciwianie się złu siłą. Zdziechowski podjął polemikę z drugim najwybitniejszym obok Fiodora Dostojewskiego rosyjskim pisarzem jako równy mu polski uczony, który prezentuje swoje zdanie w poruszanych przez niego uniwersalnych kwestiach dobra i zła, życia i śmierci, ateizmu i wiary. Do historii kultury – polskiej i rosyjskiej – weszła zarówno ta korespondencja, jak i ta, którą Zdziechowski podjął także z filozofami rosyjskiego renesansu religijnego: Nikołajem Bierdiajewem, Sergiejem Bułgakowem, Piotrem Struwe, Dmitrijem Mereżkowskim, Nikołajem Trubieckim. Kontakty z tymi wybitnymi myślicielami rosyjskimi utrzymywał także w czasie ich pobytu na Zachodzie – głównie we Francji – dokąd wyemigrowali po zwycięstwie rewolucji bolszewickiej.
Również w dwudziestoleciu międzywojennym – już jako rektor Uniwersytetu Wileńskiego Zdziechowski był nie tylko natchnieniem, ale także sumieniem polskich badaczy zajmujących się Rosją – wówczas radziecką, zniewoloną przez utopię komunizmu i przez realizującą jej cele totalitarną władzę. Pisząc o radzieckiej Rosji polscy rusycyści i rosjoznawcy II Rzeczypospolitej – będącej na ideowych antypodach Związku Radzieckiego – nigdy nie posunęli się do utożsamienia z jego dehumanizacyjną machiną narodu rosyjskiego, nigdy nie odmówili mu prawa do istnienia w suwerenności i wolności. Nigdy nie przestrzegali Polski i świata przed Rosją i Rosjanami. Przestrzegali przed komunizmem w totalitarnej postaci bolszewizmu – jak to uczynił Zdziechowski w pracach z lat 30. ubiegłego wieku: Terror intelektualny w Rosji, W obliczu końca, Widmo przyszłości.
Przedwojennych, rzetelnych i obiektywnych badaczy Rosji było wielu. Wymienić należy w tym miejscu nade wszystko Wacława Lednickiego – syna Aleksandra Lednickiego – który kontynuował na Uniwersytecie Jagiellońskim dzieło Zdziechowskiego, kierując Katedrą Literatury Rosyjskiej. Inny typ tematyki rosyjskiej na gruncie polskim tego okresu –wolną od politycznej presji publicystykę i krytykę literacką – reprezentował Rafał Blüth, związany z katolickim nurtem wydawniczym, zaś w latach 30. z działalnością emigracyjną rosyjskiej grupy literackiej Domek w Kołomnie, skupionej wokół Dmitrija Fiłosofowa. Na uwagę zasługuje ponadto zainteresowanie twórców polskich literaturą rosyjską. Należał do nich Teodor Parnicki, który podjął się jej popularyzacji w ramach wykładów, jakie wygłaszał na Uniwersytecie Lwowskim, oraz w uprawianej na łamach lwowskich czasopism krytyce literackiej.
Gdy poznajemy bliżej ich dokonania, wnioskujemy jedno: nie mają dominującego w tej chwili tendencyjnego charakteru; są zbudowane na prawdzie i wierności faktom historycznym, co wyklucza zaistnienie w nich rusofobii. Jest ona dziełem zdehumanizowanej współczesności.
Prof. Anna Raźny
Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)












