Miałem Dziadków, którzy mieszkali w Sopocie i często spędzałem tam wakacje. Babcia była urocza, grałem z Nią w różne gry logiczne, ale miała dość ostre zasady, o ile chodzi o używany język. Na przykład, nie mogliśmy używać słowa „śmierdzieć”, jako zbyt wulgarne.
Jako dziecko podwórka i boiska musiałem używać tam języka rynsztokowego, ale w domu nigdy żadnego wyrazu na „k”, czy „p” nigdy nie użyłem. Ani nikt inny z mojej Rodziny.
Jak miałem 14 lat, moja Babcia odeszła, a Dziadek zamieszkał z moim Wujkiem i Jego Rodziną w Bydgoszczy. Stamtąd Dziadek na miesiąc pojechał do sanatorium w Polanicy. Okazało się, iż w całej Rodzinie nie ma komu Dziadka przywieźć i ja zostałem wydelegowany, abym to zrobił. Miałem wtedy lat 17.
Wyobrażałem sobie, iż w sanatorium ludzie się leczą, czytają książki, dyskutują o teatrze i wystawach, zastanawiają się nad pochodzeniem zasad moralnych.
Myliłem się! Zastałem Dziadka w otoczeniu kilku kobitek o 30 lat młodszych od Niego, pili wino, i śpiewali:
„Jedna baba drugiej babie wsadziła do p…zdy grabie. Baba wrzeszczy, a stylisko w p..zdzie trzeszczy. A chachary żyją, wódę z nami piją!”
Tak szczęśliwego Dziadka nigdy wcześniej ani później nie widziałem.
No dobrze, a co ma to wspólnego z nominatem Czarnkiem?
Ano tylko to, iż ja sobie przypominam mój wyjazd do Polanicy w sytuacjach naprawdę przygnębiających.
Michał Leszczyński











