Nocne alarmy RCB. Państwo straszy Polaków wojną

magnapolonia.org 2 часы назад

Alert RCB miał być narzędziem, które pojawia się wtedy, gdy rzeczywiście dzieje się coś poważnego i obywatel powinien natychmiast wiedzieć, czy ma zostać w domu, czy podjąć określone działania. Tymczasem coraz częściej telefon Polaka staje się nocnym odbiornikiem komunikatów o tym, iż gdzieś za wschodnią granicą właśnie leci dron. Inflacja alertów postępuje w zawrotnym tempie, pondobnie jak frustracja Polaków, którzy nie są w stanie zablokować niechcianych, rządowych wrzutek, mających ich nastraszyć.

Nocne alarmy RCB na temat Ukrainy to prawdziwe kuriozum. Najbardziej absurdalne jest to, iż kilkanaście minut po SMS-ie informującym o rosyjskim ataku na Ukrainę potrafi pojawić się kolejny komunikat, tym razem uspokajający, iż atak się zakończył i na terytorium Polski nie występuje zagrożenie. Państwo najpierw więc budzi obywatela, żeby poinformować go o wojnie poza naszymi granicami (jakbyśmy o tym nie wiedzieli od 4 lat), a następnie budzi go ponownie, żeby poinformować, iż wojny w Polsce mimo wszystko nie ma.

Można odnieść wrażenie, iż Rządowe Centrum Bezpieczeństwa przyjęło zasadę: skoro już człowieka obudziliśmy, to niech przynajmniej wie, dlaczego nie śpi. Wszystko oczywiście w trosce o bezpieczeństwo, bo przecież najlepszym sposobem na zapewnienie Polakom spokojnego snu jest wysłanie im SMS-a w środku nocy o rosyjskim ataku powietrznym.

Problem polega na tym, iż bezpieczeństwo obywateli nie powinno oznaczać wyłącznie monitorowania tego, co dzieje się za granicą, ale także zapewnienie ludziom proporcjonalnej i zrozumiałej informacji o tym, czy zagrożenie rzeczywiście dotyczy ich samych. o ile rosyjskie rakiety lecą na Ukrainę, a nie na Polskę, trudno nie zapytać, dlaczego mieszkaniec Podkarpacia czy Lubelszczyzny otrzymuje komunikat w formie alarmu.

Oczywiście można powiedzieć, iż państwo musi dmuchać na zimne. Tylko iż przy obecnym tempie dmuchania można odnieść wrażenie, iż rząd niedługo wprowadzi alert RCB również na wypadek gwałtownego spadku temperatury oraz sytuacji, w której Władimir Putin spojrzy na mapę Polski nieco dłużej niż zwykle. Bo gdyby dron miał uderzyć w Polsce i tak nikt się nie przed tym nie obroni i nie zasłoni poduszką.

Ironia byłaby niewielka, gdyby nie bardzo realny problem zmęczenia i frustracji alarmami. o ile obywatel wielokrotnie otrzymuje ostrzeżenia dotyczące wydarzeń, które nie stwarzają bezpośredniego zagrożenia dla jego życia i własności, z czasem może przestać traktować kolejne wiadomości z należytą powagą. W pewnym momencie pojawia się myśl: „Znowu RCB, znowu Ukraina, znowu rakiety, a skoro poprzednio nic się nie stało, to prawdopodobnie i tym razem nic się nie stanie”. I właśnie wtedy system, który miał zwiększać bezpieczeństwo, paradoksalnie zaczyna je zmniejszać, bo człowiek uczy się ignorować sygnały ostrzegawcze.

Tym bardziej iż obywatel nie ma możliwości zwyczajnego wypisania się z alertów. Państwo najwyraźniej uznało, iż dorosły człowiek może sam decydować, jakie wiadomości czyta, jakie kanały ogląda i jakie aplikacje ma w telefonie, ale w przypadku SMS-a od RCB demokracja kończy się przy przycisku „wyłącz”.

Można zrozumieć argument, iż przy rzeczywistym zagrożeniu możliwość zrezygnowania z ostrzeżeń byłaby problemem. Tym bardziej jednak należy ostrożnie korzystać z tego mechanizmu wtedy, gdy komunikat dotyczy wydarzenia poza Polską i jednocześnie informuje, iż zagrożenia na terytorium naszego kraju nie ma. Wielu ludzi najchętniej zrezygnowałoby z takich wiadomości, skoro uważa je za przesadne, niepotrzebne albo zwyczajnie irytujące. Nie mogą tego zrobić, a świadomość, iż państwo samo zdecydowało, iż będzie ingerowało w ich telefon niezależnie od ich preferencji, może być bardziej frustrująca niż sam komunikat.

Nie można również całkowicie lekceważyć wpływu permanentnego poczucia zagrożenia na społeczne myślenie o przyszłości. Polska i tak mierzy się z dramatycznie niską dzietnością, a decyzje dotyczące dzieci, małżeństwa, mieszkania i przyszłości podejmowane są łatwiej wtedy, gdy człowiek ma poczucie stabilności i względnego bezpieczeństwa. Należy zapytać, czy państwo powinno dokładać kolejną cegiełkę do atmosfery niepewności, nieustannie przypominając obywatelom, iż wojna znajduje się tuż za naszą granicą.

Nikt rozsądny nie proponuje ignorowania rosyjskiej agresji ani udawania, iż wojna na Ukrainie nie ma znaczenia dla Polski. Problemem jest proporcja. Państwo powinno odróżniać informowanie społeczeństwa o sytuacji międzynarodowej od alarmowania go o bezpośrednim zagrożeniu życia. o ile każda większa rosyjska operacja powietrzna na Ukrainie będzie powodowała nocny SMS do mieszkańców polskiego pogranicza, po pewnym czasie może dojść do sytuacji, w której prawdziwy alarm zostanie potraktowany jak kolejny odcinek serialu: „Rosjanie znowu coś wystrzelili, ale spokojnie, to nie u nas”.

Wtedy RCB osiągnie efekt odwrotny do zamierzonego. Polacy będą wiedzieli, iż istnieje zagrożenie, ale przestaną wierzyć, iż każda wiadomość od państwa oznacza coś, na co rzeczywiście trzeba reagować. Bezpieczeństwo wymaga czujności, ale czujność nie jest tym samym co permanentny strach. RCB powinno być jak alarm przeciwpożarowy: kiedy zaczyna wyć, człowiek powinien natychmiast wiedzieć, iż coś jest nie tak. o ile jednak alarm uruchamia się zbyt często, a następnie ktoś przychodzi i mówi, iż adekwatnie wszystko jest w porządku, po kilku takich przypadkach trudno oczekiwać pełnej reakcji.

Być może więc największym problemem z alertami RCB nie jest już tylko to, iż przychodzą za często. Problemem jest to, iż o ile będą przychodziły zbyt często, pewnego dnia ktoś naprawdę potrzebujący ostrzeżenia może dostać SMS-a, spojrzeć na ekran, westchnąć „znowu oni” i odłożyć telefon.

Polecamy również: Presja działa! Ukraińskie targi surogacyjne w Polsce odwołane

Читать всю статью