Niemieckie i zachodnie media w czerwcu 2026 r. wsparły polskie zastrzeżenia wobec gloryfikacji UPA po decyzji Wołodymyra Zełenskiego o nazwaniu ukraińskiej jednostki „Bohaterami UPA”. Dla Polski wniosek jest prosty: pomoc dla Ukrainy nie oznacza zgody na deptanie pamięci o pomordowanych.
Zachód zobaczył, o co chodzi Polsce
Niemieckie i zachodnie media zaczęły opisywać spór o UPA językiem bliższym polskiej wrażliwości niż ukraińskiej propagandzie historycznej. Jak podał Defence24, reakcje wywołała decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek nazwy „Bohaterów UPA”. To nie jest drobny gest symboliczny. W polskiej pamięci UPA oznacza rzeź wołyńską, wymordowane rodziny, spalone wsie i zbyt długo odsuwane prawo ofiar do prawdy.
Sprawa jest tym ważniejsza, iż Polska od pierwszych dni pełnoskalowej agresji Rosji pomagała Ukrainie politycznie, wojskowo i humanitarnie. Taka pomoc nie może jednak oznaczać kapitulacji pamięci. Sojusz przeciw Moskwie wymaga realizmu, a realizm nie polega na milczeniu, gdy w Kijowie rehabilituje się symbole obciążone krwią polskich cywilów.
Die Welt i FAZ nie kupiły wygodnej legendy
Według relacji Deutsche Welle i polskich mediów niemieccy komentatorzy ocenili decyzję Zełenskiego bardzo krytycznie. „Die Welt” pisał, iż Ukraina oddala się od Europy, a w komentarzu padło stwierdzenie, iż Polska ma rację. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” przypomniał zaś, iż ukraińscy nacjonaliści kolaborowali z nazistowskimi Niemcami, uczestniczyli w zbrodniach i przeprowadzali czystki etniczne na terenach, do których rościli pretensje.
To istotny moment. Przez lata polski głos w sprawie Wołynia zbywano na Zachodzie jako rzekomy nacjonalistyczny resentyment. Tymczasem choćby media niemieckie, dalekie przecież od polskiej prawicy, dostrzegły granicę. Można rozumieć ukraińską walkę z Rosją. Nie wolno z tego powodu wybielać formacji, która w polskiej historii zapisała się mordem na bezbronnych.
Interia, powołując się na Deutsche Welle, wskazywała, iż decyzja Zełenskiego wywołała w Polsce oburzenie i gniew także poza jednym obozem politycznym. Lech Wałęsa, przeciwnik PiS, również odmówił poparcia temu gestowi. To pokazuje, iż pamięć o Wołyniu nie jest partyjną dekoracją. Jest sprawą narodową.
Pamięć ofiar nie jest rosyjską propagandą
Najwygodniejszy chwyt polega dziś na tym, by każdą twardą polską reakcję na ukraińską politykę historyczną wrzucać do worka z rosyjską dezinformacją. To fałsz. Rosja rzeczywiście próbuje rozgrywać Wołyń przeciw Polsce i Ukrainie, o czym pisaliśmy w tekście o tym, jak Kreml miesza Wołyń z wojną. Ale rosyjska manipulacja nie unieważnia polskiej prawdy.
Narodowy realizm każe trzymać dwie rzeczy naraz. Rosja jest agresorem i zagrożeniem dla regionu. Ukraina ma prawo się bronić. Polska ma zaś prawo domagać się ekshumacji, nazwisk ofiar, godnych pochówków i końca kultu tych, którzy stali po stronie zbrodni. Kto każe nam wybierać między bezpieczeństwem a pamięcią, ten nie rozumie ani bezpieczeństwa, ani pamięci.
W ostatnich tygodniach DN opisywał także 55 ofiar odnalezionych w dołach śmierci na Wołyniu. Te szczątki nie są argumentem w twitterowej kłótni. To ludzie, którym państwo polskie jest winne imię, modlitwę i upór dyplomatyczny.
Sojusz wymaga prawdy, nie szantażu emocjonalnego
Kijów popełnia błąd, jeżeli uznaje, iż wojna daje mu immunitet w sprawach historii. Nie daje. Właśnie wojna powinna skłaniać ukraińskie elity do większej odpowiedzialności, bo wsparcie sojuszników opiera się także na zaufaniu. Gdy Ukraina chce iść do Unii Europejskiej i NATO, musi zrozumieć, iż europejskość nie polega na budowaniu pomników na przemilczeniu cudzych grobów.
Polska prawica ma tu obowiązek mówić jasno. Pomagać Ukrainie przeciw Rosji, ale nie milczeć o Wołyniu. Bronić bezpieczeństwa Polski, ale nie sprzedawać pamięci za dobre miny na konferencjach. Dbać o relacje z Kijowem, ale bez zgody na pedagogikę wstydu wobec własnych ofiar.
Ten spór ma konkretną stawkę dla Polaków. o ile państwo polskie odpuści Wołyń, pokaże, iż w imię bieżącej dyplomacji można przesunąć granice prawdy. A naród, który pozwala przesuwać granice prawdy o swoich zamordowanych, jutro będzie słabszy także przy stole negocjacyjnym. Niemieckie komentarze są więc dla Warszawy wsparciem, ale nie zastąpią polskiej konsekwencji.
Źródło: Defence24, Deutsche Welle, Interia, naTemat.
Źródło: Banderyzm / Ukraina (monitor PL)














