Wacław Leszczyński: Legitymacja
Wacław Leszczyński: Legitymacja
data:17 lipca 2026 Redaktor: Anna
Mijają lata, zmieniają się ustroje, systemy i rządy, ale zwyczaje pewnego typu ludzi kiedy są u władzy pozostają bez zmian. W Polsce w latach 50., w okresie „stalinowskiego terroru”, były dla „uprzywilejowanych” specjalne sklepy. W nich można było kupić tak luksusowe produkty, jak szynka, białe bułki i tym podobne. Wystawy i drzwi wejściowe tych sklepów zwykle były zasłonięte, aby normalni ludzie nie widzieli co tam jest i kto tam jest. Dlatego te sklepy nazywano „za żółtymi firankami”. Żeby w nich zrobić zakupy trzeba było mieć „właściwą legitymację”.

W miarę postępu Polski Ludowej w marszu „na drodze do socjalizmu” coraz częściej występowały „przejściowe trudności” w zaopatrzeniu w mięso. Gdy miało się szczęście, lub znajomą ekspedientkę „w mięsnym” i gdy się wystało parę godzin w ogonku, a do sklepu „rzucono” towar, to można było czasem kupić coś z mięsa, czy wędlin. Ale można było też bez stania kupić takie samo mięso w specjalnych „sklepach komercyjnych” za potrójną cenę, gdy się miało pieniądze. A żeby mieć pieniądze, trzeba było pracować na dobrze płatnym stanowisku. Ale większość takich stanowisk, m.in. wszystkie dyrektorskie, to były stanowiska „nomenklaturowe”, o których obsadzeniu decydowały komitety PZPR. Żeby być na takim stanowisku, trzeba było mieć „właściwą legitymację”.
Po ogłoszeniu „upadku komunizmu” w Polsce nastała demokracja. Teraz każdy mógł zostać ministrem czy posłem, jeżeli należał do „postępowej” rządzącej partii i ją propagował. I dzięki temu miał „właściwą legitymację”.
Wraz z „postępem demokracji” i rozwojem cywilizacyjnym powstawało wiele nowych stanowisk kierowniczych w administracji państwowej, w radach nadzorczych spółek skarbu państwa, w samorządach, edukacji, ochronie zdrowia itp. One były i są bardzo dobrze opłacane. Żeby je zajmować trzeba mieć jednak „właściwą legitymację”. I nie pomoże sejmowy apel posłanki partii „Razem” skierowany do rządu, żeby przestał on traktować Państwo Polskie „jak partyjny paśnik”, bo to właśnie łączy Koalicję ośmiu gwiazdek, posiadaczy „właściwych legitymacji”.
Od lat istnieje w Polsce problem służby zdrowia. W PRL można było po wielogodzinnym staniu w kolejce dostać „numerek” do lekarza. W latach 50. numerków do jednego lekarza było 40. Często lekarze po połowie przyjętych pacjentów nie bardzo już kojarzyli co choremu jest i zapisywali mu możliwie nieszkodliwe (limitowane) leki i wydawali świadectwo „L-4” upoważniające do nie pójścia do pracy. Z biegiem czasu rosły płace lekarzy, rosła administracja służby zdrowia, ale kolejki oczekujących na wizytę u specjalisty nie malały. Co jakiś czas „liberalnie” myślący politycy mówili (znów mówią) o zbytniej w Polsce liczbie szpitalnych łóżek, efektem czego jest likwidacja szeregu „nierentownych” oddziałów szpitalnych, zwłaszcza położniczych (kobiety rodzić mają na SOR-ach, obok ofiar wypadków i pijanych osobników). Brak środków w Narodowym Funduszu Zdrowia i nie płacenie szpitalom za operacje i zabiegi ponad przyznany im limit, tłumaczy się nadmiernymi płacami lekarzy, wskazując wybrane tego jednostkowe przykłady będące na granicy przestępstwa. Brak jednak woli politycznej na reformę służby zdrowia. W miarę ograniczeń i likwidacji jednostek służby zdrowia rośnie czas oczekiwania na wizytę u specjalisty, czy przyjęcie do zabiegu operacyjnego. Ale nie wszystkich to dotyczy. W pewnych przychodniach i szpitalach można być zarejestrowanym i przyjętym bez zbędnego oczekiwania, poza wszelką kolejnością. Nie siedzi się też na korytarzu z pospólstwem, a w wygodnym saloniku. Ale do tego trzeba mieć „właściwą legitymację”.
Działacze polityczni będący pedofilami (Kłodzko, Pomorze Zachodnie, Sopot), czy zoofilami (Kłodzko) mogą liczyć na bagatelizowanie sprawy, czy jej przemilczanie ale tylko do czasu, gdy tematu „wścibscy” dziennikarze nie nagłośnią. Wtedy okazuje się, iż tych zboczeńców nikt istotny nigdy nie znał, mimo ich „właściwej legitymacji”.
Okazuje się, iż „w tym kraju” za wszelkie niedogodności, braki i kłopoty dotykające zwykłych ludzi, jak też za ogromny deficyt i długi państwa „odpowiedzialne są” poprzednie „nacjonalistyczno-populistyczne” rządy. Gdy nie ma „chleba”, potrzebne są „igrzyska”. Dlatego policja i CBA o świcie w świetle kamer wyprowadza z domów polityków poprzednich władz i oskarża się ich o „przewłaszczenie” państwowych funduszy - na zakup strażackich wozów dla ochotniczych straży pożarnych, remont Prokuratury Krajowej, budowę ośrodka dla ofiar przemocy, zakup „szpiegowskiego” programu dla „służb” i podobne „zbrodnie”. Bo oni nie mają „właściwej legitymacji”.
Minęły czasy, gdy powołany przez rządy zdrajców w PRL sędzią nie musiał znać prawa. Wystarczyło, żeby umiał przeczytać, jaki wyrok, często śmierci, ma wydać na polskich patriotów sprzeciwiających się rosyjskiej okupacji. Obecni sędziowie na ogół znają prawo i choćby ci faworyzowani przez władze nie zawsze chcą je łamać. W wyniku tego, gdy choćby stosowanie tortur wobec księdza i kobiet nie zmusiło ich do złożenia fałszywych zeznań, ślimaczą się postępowania prokuratorskie z braku dowodów i nie zapadają skazujące wyroki. Mimo zaangażowania „służb” wszystkich rodzajów nie udało się też sprowadzić ściganych polityków z zagranicy. Ale za to, sprawy oskarżonych w czasie poprzednich rządów polityków o udział w aferach korupcyjnych zostają zwykle umarzane. Ci z nich, co zostali już skazani liczą na uniewinnienie przez sąd kolejnej instancji. Bo oni wszyscy mają „właściwą legitymację”. A mimo tego, wielu ludzi wciąż wierzy w to co głoszą media rządowe i polskojęzyczne. Wskutek tego, iż popierają oni posiadaczy „właściwej legitymacji”, ponoszą wraz z całą Polską i wszystkimi Polakami bolesne tego rezultaty.
Wacław Leszczyński
Po ogłoszeniu „upadku komunizmu” w Polsce nastała demokracja. Teraz każdy mógł zostać ministrem czy posłem, jeżeli należał do „postępowej” rządzącej partii i ją propagował. I dzięki temu miał „właściwą legitymację”.
Wraz z „postępem demokracji” i rozwojem cywilizacyjnym powstawało wiele nowych stanowisk kierowniczych w administracji państwowej, w radach nadzorczych spółek skarbu państwa, w samorządach, edukacji, ochronie zdrowia itp. One były i są bardzo dobrze opłacane. Żeby je zajmować trzeba mieć jednak „właściwą legitymację”. I nie pomoże sejmowy apel posłanki partii „Razem” skierowany do rządu, żeby przestał on traktować Państwo Polskie „jak partyjny paśnik”, bo to właśnie łączy Koalicję ośmiu gwiazdek, posiadaczy „właściwych legitymacji”.
Od lat istnieje w Polsce problem służby zdrowia. W PRL można było po wielogodzinnym staniu w kolejce dostać „numerek” do lekarza. W latach 50. numerków do jednego lekarza było 40. Często lekarze po połowie przyjętych pacjentów nie bardzo już kojarzyli co choremu jest i zapisywali mu możliwie nieszkodliwe (limitowane) leki i wydawali świadectwo „L-4” upoważniające do nie pójścia do pracy. Z biegiem czasu rosły płace lekarzy, rosła administracja służby zdrowia, ale kolejki oczekujących na wizytę u specjalisty nie malały. Co jakiś czas „liberalnie” myślący politycy mówili (znów mówią) o zbytniej w Polsce liczbie szpitalnych łóżek, efektem czego jest likwidacja szeregu „nierentownych” oddziałów szpitalnych, zwłaszcza położniczych (kobiety rodzić mają na SOR-ach, obok ofiar wypadków i pijanych osobników). Brak środków w Narodowym Funduszu Zdrowia i nie płacenie szpitalom za operacje i zabiegi ponad przyznany im limit, tłumaczy się nadmiernymi płacami lekarzy, wskazując wybrane tego jednostkowe przykłady będące na granicy przestępstwa. Brak jednak woli politycznej na reformę służby zdrowia. W miarę ograniczeń i likwidacji jednostek służby zdrowia rośnie czas oczekiwania na wizytę u specjalisty, czy przyjęcie do zabiegu operacyjnego. Ale nie wszystkich to dotyczy. W pewnych przychodniach i szpitalach można być zarejestrowanym i przyjętym bez zbędnego oczekiwania, poza wszelką kolejnością. Nie siedzi się też na korytarzu z pospólstwem, a w wygodnym saloniku. Ale do tego trzeba mieć „właściwą legitymację”.
Działacze polityczni będący pedofilami (Kłodzko, Pomorze Zachodnie, Sopot), czy zoofilami (Kłodzko) mogą liczyć na bagatelizowanie sprawy, czy jej przemilczanie ale tylko do czasu, gdy tematu „wścibscy” dziennikarze nie nagłośnią. Wtedy okazuje się, iż tych zboczeńców nikt istotny nigdy nie znał, mimo ich „właściwej legitymacji”.
Okazuje się, iż „w tym kraju” za wszelkie niedogodności, braki i kłopoty dotykające zwykłych ludzi, jak też za ogromny deficyt i długi państwa „odpowiedzialne są” poprzednie „nacjonalistyczno-populistyczne” rządy. Gdy nie ma „chleba”, potrzebne są „igrzyska”. Dlatego policja i CBA o świcie w świetle kamer wyprowadza z domów polityków poprzednich władz i oskarża się ich o „przewłaszczenie” państwowych funduszy - na zakup strażackich wozów dla ochotniczych straży pożarnych, remont Prokuratury Krajowej, budowę ośrodka dla ofiar przemocy, zakup „szpiegowskiego” programu dla „służb” i podobne „zbrodnie”. Bo oni nie mają „właściwej legitymacji”.
Minęły czasy, gdy powołany przez rządy zdrajców w PRL sędzią nie musiał znać prawa. Wystarczyło, żeby umiał przeczytać, jaki wyrok, często śmierci, ma wydać na polskich patriotów sprzeciwiających się rosyjskiej okupacji. Obecni sędziowie na ogół znają prawo i choćby ci faworyzowani przez władze nie zawsze chcą je łamać. W wyniku tego, gdy choćby stosowanie tortur wobec księdza i kobiet nie zmusiło ich do złożenia fałszywych zeznań, ślimaczą się postępowania prokuratorskie z braku dowodów i nie zapadają skazujące wyroki. Mimo zaangażowania „służb” wszystkich rodzajów nie udało się też sprowadzić ściganych polityków z zagranicy. Ale za to, sprawy oskarżonych w czasie poprzednich rządów polityków o udział w aferach korupcyjnych zostają zwykle umarzane. Ci z nich, co zostali już skazani liczą na uniewinnienie przez sąd kolejnej instancji. Bo oni wszyscy mają „właściwą legitymację”. A mimo tego, wielu ludzi wciąż wierzy w to co głoszą media rządowe i polskojęzyczne. Wskutek tego, iż popierają oni posiadaczy „właściwej legitymacji”, ponoszą wraz z całą Polską i wszystkimi Polakami bolesne tego rezultaty.
Wacław Leszczyński













