Ukraińska Służba Wywiadu Zagranicznego podała 21 sierpnia, iż Mińsk przyzwala na werbunek Białorusinów do armii Rosji przez serwis w domenie krajowej. Kandydatom obiecuje się około 28 tys. dolarów za kontrakt. Dla Polski oznacza to głębsze wciąganie Białorusi w rosyjską machinę wojenną tuż przy granicy NATO.
Rekrutacja pod okiem Mińska
Ukraińska Służba Wywiadu Zagranicznego podała 21 sierpnia, iż Mińsk przyzwala na werbunek Białorusinów do armii Rosji przez serwis w domenie krajowej. Kandydatom obiecuje się około 28 tys. dolarów za kontrakt. Dla Polski oznacza to głębsze wciąganie Białorusi w rosyjską machinę wojenną tuż przy granicy NATO.
Według komunikatu SZRU pierwszy taki zasób werbunkowy pojawił się w białoruskiej domenie narodowej. Ukraiński wywiad łączy to z polityką reżimu Alaksandra Łukaszenki, który od 2022 roku udostępnia Rosji terytorium, infrastrukturę i polityczne zaplecze do wojny przeciwko Ukrainie.
To nie jest drobny epizod informacyjny. o ile strona werbunkowa działa w krajowej domenie, a białoruskie państwo kontroluje tę przestrzeń administracyjnie, trudno mówić o zwykłej prywatnej inicjatywie. Mińsk może nie wysyłać regularnej armii na front, ale pozwala Moskwie szukać ludzi pod własnym szyldem. To wygodna forma udziału w wojnie bez formalnej decyzji o wejściu do niej.
Pieniądze za kontrakt i front na Ukrainie
Jak podały Kresy.pl, powołując się na ukraiński wywiad i ustalenia wcześniejszych mediów, oferta była kierowana do mężczyzn w wieku od 18 do 58 lat. Za podpisanie kontraktu z rosyjskim resortem obrony obiecywano 2,3 mln rubli rosyjskich, czyli około 28 tys. dolarów. Miesięczne wynagrodzenie miało wynosić około 260 tys. rubli.
To mechanizm prosty i brutalnie skuteczny. Rosja nie wygrywa jakościowo, więc próbuje kupować kolejne roczniki ludzi z państw zależnych, biedniejszych albo politycznie rozbitych. Na Białorusi trafia na grunt przygotowany przez lata uzależniania Mińska od Kremla. DN pisał już o tym, jak Łukaszenka miesza Białorusinów z rosyjskim projektem, odbierając własnemu państwu resztki samodzielności.
Według SZRU rekruterzy przewidywali także premie za udział w działaniach ofensywnych, postępy natarcia i niszczenie sprzętu przeciwnika. Trzeba to czytać zimno: za pieniędzmi idzie realna śmierć na froncie. Tak wygląda rosyjska polityka imperialna w praktyce. Najpierw obietnica paszportu, pensji i jednorazowej wypłaty, później okopy na Ukrainie oraz kontrakt, którego często nie da się zerwać.
Białoruś jako zaplecze wojny
Instytut Europy Środkowej opisywał wcześniej, iż Białorusini stają się coraz większą grupą w rosyjskich siłach zbrojnych na Ukrainie. Autorzy wskazywali też na paradoks białoruskiego prawa: służba w obcej armii i najemnictwo są formalnie karane, ale reżim uderza przede wszystkim w tych, którzy walczą po stronie Ukrainy, a nie w tych, którzy podpisali kontrakt z Rosją.
W najnowszym komunikacie ukraińska służba podała, iż do 2026 roku przez rosyjską armię miało przewinąć się prawie 2,9 tys. obywateli Białorusi, a co najmniej 440 miało zginąć. To dane strony ukraińskiej, dlatego trzeba je tak opisywać. Sama skala pokazuje jednak kierunek: Białoruś jest coraz mniej buforem, a coraz bardziej przybudówką rosyjskiego systemu wojennego.
Dla Polski ta sprawa ma znaczenie bezpośrednie. Białoruś nie jest odległym krajem z mapy sztabowej. To sąsiad, przez którego Moskwa prowadzi presję militarną, informacyjną i graniczną. W ostatnich dniach DN opisywał choćby przypadek, gdy tunel pod granicą NATO prowadził od Białorusi. Teraz dochodzi kolejny wymiar: wykorzystywanie białoruskich obywateli jako zaplecza osobowego rosyjskiej armii.
Polska musi patrzeć bez złudzeń
Polska racja stanu wymaga twardego realizmu. Nie wolno udawać, iż Mińsk jest samodzielnym partnerem, skoro w kluczowych sprawach działa jak narzędzie Moskwy. Nie wolno też sprowadzać problemu do samej Ukrainy. Każdy dodatkowy kanał werbunku dla rosyjskiej armii oznacza dłuższą wojnę, większą presję na wschodnią flankę NATO i większe koszty bezpieczeństwa dla Polski.
Rosyjskie uderzenia, takie jak niedawne ataki na Kijów i cywilną infrastrukturę, są wykonywane przez machinę, która potrzebuje ludzi, pieniędzy i zaplecza. o ile Białoruś pomaga dostarczać choćby część tego zasobu, staje po stronie zagrożenia. Polacy powinni widzieć ten proces bez sentymentalnych złudzeń: granica z Białorusią to nie rubież spokojnego sąsiedztwa, ale linia styku z rosyjskim systemem nacisku.
Źródło: SZRU, Kresy.pl, Instytut Europy Środkowej
Źródło: Kresy.pl
















