Sławomir Mentzen 19 sierpnia skrytykował rządowy pakiet podatkowy Donalda Tuska: próg PIT ma wzrosnąć do 130 tys. zł, ale limit ryczałtu ma spaść z 2 mln do 250 tys. euro. Dla wielu firm oznacza to mniej wolności i większą niepewność od 2027 roku.
Mała ulga, duży rachunek
Sławomir Mentzen ocenił zapowiedzi podatkowe rządu Donalda Tuska jako uderzenie w polskie małe firmy. Chodzi o pakiet przedstawiony 19 sierpnia przez premiera i ministra finansów Andrzeja Domańskiego. Rząd sprzedaje go jako ulgę dla klasy średniej, bo próg skali PIT ma wzrosnąć ze 120 tys. do 130 tys. zł. Problem w tym, iż obok tej ulgi pojawia się nowy rachunek dla przedsiębiorców.
Według relacji Do Rzeczy Mentzen napisał, iż symboliczne podniesienie progu podatkowego ma być okupione „potężnym uderzeniem w polskie małe firmy”. Najmocniej wskazał na ryczałt. w tej chwili limit przychodów pozwalający korzystać z tej formy opodatkowania wynosi 2 mln euro, a rząd chce wrócić do limitu 250 tys. euro. To nie jest kosmetyka. To zmiana, która wielu firmom odbiera prostszy sposób rozliczeń.
Ryczałt nie jest przywilejem dla salonu
Ryczałt ma sens właśnie dlatego, iż upraszcza życie przedsiębiorcom. Państwo pobiera podatek od przychodu według określonej stawki, a firma nie musi tonąć w rozliczaniu kosztów, faktur i interpretacji. Dla części branż to różnica między normalnym prowadzeniem działalności a kolejnym etatem we własnej firmie, tyle iż bez ochrony etatowca.
Dlatego warto czytać podatkowy plan razem z wcześniejszym sporem o PIT 24 procent i wyższy CIT. Rząd mówi o uldze, ale równocześnie szuka źródeł finansowania. W projekcie politycznym zawsze ktoś płaci. Pytanie brzmi: dlaczego znowu ma płacić ten, kto bierze odpowiedzialność za własną pracę, klientów i pracowników?
Mentzen przypomniał też, iż poprzedni rząd wypychał część przedsiębiorców z podatku liniowego na ryczałt. Teraz kolejny gabinet zmienia reguły gry. To jest jedna z największych chorób polskiego państwa: przedsiębiorca nie planuje rozwoju, tylko zgaduje, co ustawodawca wymyśli po następnej konferencji prasowej.
Liczby pokazują polityczny handel
Rządowy pakiet ma objąć 3,5 mln podatników. Skala PIT po zmianach wyglądałaby następująco: 12 proc. do 130 tys. zł dochodu, 24 proc. od dochodów między 130 a 150 tys. zł i 32 proc. powyżej 150 tys. zł. Analitycy Erste Bank Polska, cytowani przez Business Insider, oszacowali koszt zmian w PIT na około 10 mld zł, a maksymalną korzyść dla podatnika na 3,6 tys. zł rocznie.
Po stronie finansowania rząd wskazuje wyższy CIT. Stawka dla podmiotów z rocznymi przychodami powyżej 50 mln euro oraz dla podatkowych grup kapitałowych ma wzrosnąć z 19 do 22 proc. Danina solidarnościowa dla osób z dochodem ponad 1 mln zł ma wzrosnąć z 4 do 5 proc. Do tego dochodzi cięcie limitu ryczałtu. Każdy element osobno da się opisać jako techniczną korektę. Razem tworzą kierunek: więcej państwa w portfelu obywatela i firmy.
Suwerenność gospodarcza zaczyna się w firmie
Narodowa gospodarka nie rośnie od slajdów w KPRM. Rośnie od tysięcy decyzji podejmowanych codziennie w małych firmach, warsztatach, kancelariach, sklepach internetowych i usługach. jeżeli państwo co kilka lat przestawia zasady, niszczy zaufanie. A bez zaufania nie ma inwestycji, zatrudnienia i polskiego kapitału.
To dlatego temat podatków jest sprawą narodową w praktycznym sensie. Nie chodzi o księgowy spór ekspertów. Chodzi o to, czy Polak ma budować własność i niezależność, czy ma być wiecznie petentem państwa, które najpierw obiecuje ulgę, a potem odbiera ją innym kanałem.
Warto zestawić obecny pakiet z wcześniejszym obrazem polskich podatków w rankingu Tax Foundation. Polska nie potrzebuje kolejnej „rewolucji” ogłaszanej pod hasłem ulżenia klasie średniej. Potrzebuje stabilnych zasad, niskich obciążeń i szacunku dla ludzi, którzy sami tworzą miejsca pracy.
Rachunek zapłacą konkretni ludzie
Politycy lubią mówić o podatkach tak, jakby pieniądze leżały na ministerialnym stole. Nie leżą. Każda złotówka pochodzi z czyjejś pracy, ryzyka i czasu. o ile rząd chce podnieść próg PIT, niech powie uczciwie, kto za to zapłaci i dlaczego.
Mentzen trafił w punkt, bo odsłonił mechanizm dobrze znany polskim przedsiębiorcom. Najpierw jest obietnica. Potem korekta. Na końcu faktura. Dla Polski stawką jest coś większego niż jeden limit ryczałtu: zdolność narodu do budowania własnego kapitału bez ciągłego lęku przed następną podatkową niespodzianką.
Źródło: Do Rzeczy, Business Insider, Money.pl, PAP.









