Rząd Giorgii Meloni zaostrzył kary dla młodocianych gangów, a lewicowa opozycja odpowiedziała viralową grafiką: „Z nią choćby wasze dzieci mogą trafić do więzienia”. Premier Włoch odbiła atak jednym zdaniem, obracając go przeciwko autorom. Spór, który wybuchł w Rzymie, dotyka pytania ważnego dla całej Europy: gdzie kończy się ochrona nieletnich, a zaczyna pobłażanie przestępczości?
Grafika, która miała uderzyć w premier
Włoska Rada Ministrów przyjęła dekret zaostrzający odpowiedzialność karną wobec tzw. baby gangs, czyli nastoletnich grup dopuszczających się przestępstw. Nowe przepisy zakładają, iż sprawca należący do takiej grupy odpowie za czyny również wtedy, gdy jest niepełnoletni. Partia Demokratyczna rozpowszechniła w mediach społecznościowych grafikę z wizerunkiem premier i hasłem: „Z nią choćby wasze dzieci mogą trafić do więzienia”. Przekaz był czytelny: rząd rzekomo grozi więzieniem zwykłym rodzinom.
Riposta premier
Reakcja Giorgii Meloni przyszła szybko. Komentując wpis deputowanych lewicy, szefowa rządu odwróciła jego wymowę: „»Z nią« wasze dzieci mogą trafić do więzienia, jeżeli popełniają przestępstwa. Dla wszystkich pozostałych pracujemy, by mogły dorastać w bezpieczniejszych Włoszech, z większymi możliwościami i lepszą przyszłością”. Dorzuciła uszczypliwe post scriptum, dziękując opozycji za pomoc w rozpropagowaniu „przepisu, który jest po prostu zdroworozsądkowy”. Fratelli d'Italia, partia premier, wzmocniła ten przekaz: kto łamie prawo w ramach młodzieżowego gangu, musi odpowiadać za swoje czyny choćby jako nastolatek, a lewica zamiast krytykować zmiany powinna je poprzeć.
Opozycja: to represja, nie porządek
Odpowiedzią było twarde stanowisko opozycji. Debora Serracchiani, odpowiedzialna w Partii Demokratycznej za wymiar sprawiedliwości, oceniła, iż dekret „w represyjnym duchu przepisuje na nowo sądownictwo dla nieletnich” i uderzy we wszystkich młodych między 14. a 18. rokiem życia, a nie w wymyśloną na potrzeby propagandy kategorię. Ostrzegła, iż we wrześniu, wraz z powrotem do szkół i studenckimi protestami, tysiące młodych wróci na ulice, a wtedy pojawia się ryzyko, iż zostaną potraktowani jak problem porządku publicznego, a nie obywatele z prawami. Równie ostro zareagował Ruch Pięciu Gwiazd.
Cień Vannacciego
W tle sporu widać rywalizację o wyborcę stawiającego na bezpieczeństwo. Serracchiani zarzuciła premier, iż „ściga Vannacciego na gruncie securitarnej propagandy”, i połączyła dekret z innymi przyjętymi przez rząd przepisami, które jej zdaniem zawężają przestrzeń sprzeciwu i protestu. Prawica odczytuje to dokładnie odwrotnie: jako dowód, iż lewica broni raczej sprawców niż ofiar, a lęk przed etykietą „represji” paraliżuje każdą realną reformę porządku publicznego. To spór o interpretacje, a nie wyłącznie o brzmienie przepisów.
Spór o „maranza” i granice państwa
Sercem konfliktu jest włoskie słowo „maranza”, potoczne określenie młodych chuliganów, często kojarzone ze środowiskami imigranckimi. Rząd sprzedaje dekret jako zaciśnięcie pętli wobec takich grup, opozycja widzi w nim securitarną propagandę i próbę zawężenia przestrzeni protestu. To starcie nie jest wyłącznie włoskie. W całej Europie Zachodniej powraca ta sama kwestia: jak przywrócić poczucie bezpieczeństwa na ulicach, nie zamieniając przy tym każdego nastolatka w podejrzanego. Dla Polski, która obserwuje narastające napięcia migracyjne u zachodnich sąsiadów, to lekcja z pierwszej ręki: spór o młodocianą przestępczość błyskawicznie staje się sporem o tożsamość, o suwerenność własnych decyzji i o to, czyje bezpieczeństwo państwo stawia na pierwszym miejscu.
Źródło: liberoquotidiano











