Do Lwowa znów docierają rodziny uciekające z ostrzeliwanych i okupowanych regionów wschodniej Ukrainy. Miasto, które od 2022 roku było dla milionów ludzi bramą na Zachód, coraz częściej staje się miejscem dłuższego schronienia. Dla Polski to nie abstrakcja humanitarna, ale realny test bezpieczeństwa, solidarności i trzeźwej polityki wobec wojny za naszą granicą.
Lwów znów pod presją wojny
Lwów mierzy się z kolejną falą wewnętrznych uchodźców. Jak podaje Do Rzeczy, do miasta napływają Ukraińcy uciekający ze wschodnich regionów kraju, przede wszystkim z obwodów sumskiego, charkowskiego, donieckiego, ługańskiego i zaporoskiego. Część ludzi wyjeżdża w ramach dobrowolnych ewakuacji. Część opuszcza domy po decyzjach władz, gdy rosyjski ostrzał zamienia codzienne życie w ruletkę.
To jest cena wojny prowadzonej przez Moskwę metodą niszczenia zaplecza cywilnego. Rosja uderza w miasta, infrastrukturę, energię, transport i zwykłe domy. Na papierze mówi o celach wojskowych. W praktyce wypycha ludzi z miejsc, w których nie da się już normalnie żyć. Dlatego rosyjskie ostrzały na Ukrainie są zarazem problemem frontu i problemem całego regionu, także Polski.
Szpital Szeptyckiego jako punkt oparcia
W relacji przywołanej przez Do Rzeczy ważne miejsce zajmuje szpital im. abp. Andrzeja Szeptyckiego we Lwowie. Placówka powstała w 1903 roku i dziś, w realiach pełnoskalowej wojny, pomaga ludziom przesiedlonym z terenów szczególnie dotkniętych rosyjską agresją. Ks. Ihor Boyko wskazuje, iż jedna trzecia lekarzy w tej placówce to uchodźcy, którzy sami stracili swoje dotychczasowe życie, a teraz służą osobom w podobnej sytuacji.
Ten szczegół mówi więcej niż wiele politycznych deklaracji. Człowiek wypędzony z Berdiańska, Charkowa czy Donbasu nie staje się tylko numerem w statystyce. Może stać się lekarzem, wolontariuszem, nauczycielem, kimś, kto podtrzymuje wspólnotę w sytuacji skrajnego nacisku. Z polskiej perspektywy warto widzieć i dramat, i potencjał. Pomoc musi być mądra, kontrolowana i osadzona w interesie państwa, ale nie może udawać, iż rosyjska agresja jest odległym konfliktem.
Liczby pokazują skalę
Według danych UNHCR aktualizowanych w grudniu 2025 roku, 12,7 mln ludzi na Ukrainie potrzebowało pilnej pomocy humanitarnej, 3,8 mln było przesiedlonych wewnętrznie, a 5,3 mln uchodźców i osób ubiegających się o azyl z Ukrainy przebywało poza krajem. To nie są suche tabelki. Za każdą liczbą stoi rodzina, mieszkanie, szkoła, praca i nagła decyzja: zostać pod ostrzałem albo uciekać.
Najnowsze dane IOM, opublikowane przez ReliefWeb, wskazują, iż w czerwcu 2026 roku około 3,9 mln osób pozostawało przesiedlonych na Ukrainie. To oznacza, iż fala nie wygasła. Ona zmienia kierunki i tempo. Gdy Rosja naciska na wschodzie, zachodnie miasta, w tym Lwów, znów przejmują ciężar przyjmowania ludzi wypchniętych z domów.
Polska musi pomagać z głową
Polska od pierwszych dni pełnoskalowej inwazji poniosła ogromny ciężar wsparcia. Polskie rodziny, samorządy, organizacje społeczne i państwo zrobiły więcej niż niejeden bogatszy kraj zachodniej Europy. To powód do dumy. Ale duma nie zwalnia z realizmu.
Każda kolejna fala przesiedleń na Ukrainie oznacza presję na granice, transport, rynek pracy, szkoły, ochronę zdrowia i finanse publiczne. Właśnie dlatego relacje z Kijowem muszą opierać się na zasadzie wzajemności, o której DN pisał przy okazji sporu o polski interes w relacjach z Ukrainą. Wsparcie dla ofiar rosyjskiej agresji nie może oznaczać rezygnacji z polskiej suwerenności, pamięci historycznej ani kontroli nad wydatkami.
Humanitaryzm bez naiwności
Najgorszą odpowiedzią byłaby obojętność. Drugą skrajnością byłaby polityka bez rachunku, w której emocja zastępuje plan. Polska potrzebuje twardego środka: pomocy ludziom, którzy uciekają przed wojną, i jednocześnie jasnej ochrony własnych interesów.
Lwów pokazuje, iż wojna przez cały czas przestawia życie milionów. Pokazuje też, iż bezpieczeństwo Polski nie zaczyna się dopiero na przejściu granicznym. Zaczyna się tam, gdzie Rosja próbuje złamać społeczeństwo sąsiada, wypchnąć ludzi na Zachód i przerzucić koszty agresji na cały region. Dlatego polska odpowiedź musi być chrześcijańska w odruchu pomocy i narodowa w sposobie organizacji. Serce bez państwa jest bezradne. Państwo bez sumienia staje się zimną administracją.
Źródło: Do Rzeczy, UNHCR, ReliefWeb/IOM.
Źródło: Do Rzeczy





![Białoruscy specjalsi polecieli do Chin. Będą ćwiczyć walkę w mieście i działania z dronami [+FOTO]](https://kresy.pl/wp-content/uploads/2026/08/Vidpravka-do-Kytayu-1-.jpg)










