Kto zarządza przyszłością? Chińskie narracje o sztucznej inteligencji

liberte.pl 14 часы назад

Chińska dyplomacja działa dwutorowo. Wewnątrz kraju sztuczna inteligencja przedstawiana jest jako narzędzie kontroli i utrzymania stabilności – to państwo, a nie rynek, wyznacza kierunki jej rozwoju. Na zewnątrz natomiast AI staje się produktem eksportowym, oferowanym krajom Globalnego Południa, które często nie dysponują własnymi zasobami.

Dyplomacja normatywna i „chińska mądrość”

Wyobraźmy sobie salę obrad ONZ w Nowym Jorku. Delegaci zasiadają za stołami i zaczynają się spierać o sztuczną inteligencję. Kto powinien zarządzać sztuczną inteligencją, kto ma prawo ustalać standardy i normy? Kto ma być sędzią w sporach o algorytmy? Kto zdobędzie największe wpływy?

W tym gąszczu głosów coraz częściej przebija się ton Chin, iż AI to technologia przyszłości, ale także pole rywalizacji norm i wartości, a jeżeli nie zostaną stworzone wspólne zasady, stanie się źródłem chaosu i nierówności.

Chińska dyplomacja od lat powtarza, iż istnieje coś takiego jak „chińska mądrość”, czyli zdolność łączenia technologii z troską o ład społeczny. A skoro tak, to AI powinna być regulowana nie przez wąską grupę najbogatszych państw, ale przez całą społeczność międzynarodową. Najlepiej – pod egidą ONZ. W Chinach określa się to mianem „prawdziwego multilateralizmu”, w przeciwieństwie do „fałszywego”, utożsamianego z Zachodem, który – zdaniem władz w Pekinie – próbuje narzucać światu własne rozwiązania pod pozorem uniwersalizmu.

Znamienne jest, iż w oficjalnych dokumentach unika się pojęć takich jak „rywalizacja” czy „hegemonia”, zastępując je terminami „harmonia”, „wspólnota losu” czy „odpowiedzialne dzielenie się zasobami”. Zamiast mówić o „dominacji technologicznej”, preferuje się określenie „inkluzja w rozwoju”. Brzmi to przekonująco, ale za tym językiem stoi bardzo konkretny i praktyczny cel – legitymizacja Chin jako globalnego lidera technologicznego oraz dostawcy własnych rozwiązań regulacyjnych i infrastrukturalnych.

W praktyce chińska dyplomacja działa dwutorowo. Wewnątrz kraju sztuczna inteligencja przedstawiana jest jako narzędzie kontroli i utrzymania stabilności – to państwo, a nie rynek, wyznacza kierunki jej rozwoju. Na zewnątrz natomiast AI staje się produktem eksportowym, oferowanym krajom Globalnego Południa, które często nie dysponują własnymi zasobami.

W tym kontekście pytanie „kto zarządza przyszłością?” nabiera szczególnego znaczenia, bo w chińskiej narracji odpowiedź wskazuje na tych, którzy ustalają reguły gry. Aby jednak zrozumieć, dlaczego Chiny tak mocno akcentują swoją rolę przewodnika i architekta nowego porządku technologicznego, trzeba cofnąć się daleko w przeszłość – fascynacja „myślącymi maszynami” w chińskiej kulturze ma bowiem długą i bogatą tradycję.

Między mitem a technologią

Już w epoce Zhou, w IV w. p.n.e., pojawia się legenda o rzemieślniku Yan, który zbudował kukłę przypominającą człowieka. Miała sztuczne organy, włosy i skórę. Potrafiła tańczyć, śpiewać i reagować na dotyk. Fantazja? Oczywiście. Ale to właśnie fantazja od początku kształtowała narrację – maszyny wyobrażano sobie jako byty podobne ludziom.

Później, w czasach dynastii Han, w III w. p.n.e., spotykamy się z historią o drewnianej tancerce, która ocaliła miasto oblegane przez wrogie plemię Xiongnu. Wystawiona na murach tak oczarowała wodza Maoduna, iż ten odstąpił od oblężenia. W zasadzie uczynił to za namową żony, zazdrosnej o wdzięki tancerki – nieświadomej, iż nie miała przed sobą prawdziwej kobiety. Maszyna została tu wykorzystana jako broń psychologiczna. Jeszcze bardziej osobisty przykład pochodzi z VII w. Cesarz dynastii Sui, Yangdi, kazał wówczas skonstruować mechanicznego sobowtóra swojego doradcy i uczonego Liu Biana. Zanim został cesarzem, często spędzali razem czas – ucztując, dyskutując i czytając klasyczne teksty. Po objęciu tronu ich kontakt, zgodnie z dworską etykietą, został ograniczony. Nie chcąc jednak pozbawiać się towarzystwa przyjaciela, cesarz nakazał zbudować drewnianą postać, która potrafiła siadać, wstawać, kłaniać się i towarzyszyć mu podczas uczt. Pierwszy „robot–towarzysz” pojawił się więc na długo przed Pepperem czy androidami XXI w.

W epoce Tang i Song powstawały natomiast coraz bardziej pomysłowe automaty usługowe: mechaniczne kelnerki nalewały wino, łodzie same dopływały z napojami, a choćby pojawiali się „mnisi-żebracy”, którzy kłaniali się darczyńcom w chwili, gdy datki wpadały do ich misy. Były też maszyny naprawdę autonomiczne. Warto tu przywołać postać Zhang Henga – innowatora i wynalazcy, który służył na dworze cesarskim w czasach późnej dynastii Han, na przełomie I i II w. Zasłynął przede wszystkim jako twórca sejsmografu, urządzenia pozwalającego wykrywać epicentrum trzęsienia ziemi. Stworzył jednak również drogomierz – autonomiczną maszynę, która dzięki bębna wystukującego kolejne odcinki drogi pozwalała precyzyjnie mierzyć przebyty dystans.

Najprawdopodobniej opracował też pojazd wskazujący południe. W tradycji chińskiej to właśnie południe, a nie północ, uważane było za kierunek główny. W chińskiej kosmologii południe kojarzono z życiem, światłem, ciepłem i pierwiastkiem Yang. Pałace cesarskie, świątynie i grobowce orientowano frontem na południe. Cesarz zasiadał na tronie zwrócony w tym kierunku – symbolicznie rządząc w harmonii – podczas gdy urzędnicy i poddani spoglądali na północ, by składać mu raporty. Chińskie kompasy od starożytności wskazywały więc południe, nie północ, jak ich europejskie odpowiedniki.

W okresie Walczących Królestw pojawiły się z kolei pierwsze prototypy urządzeń latających – jak mechaniczny ptak autorstwa Lu Bana, opisywany w dziele Mozi. Według przekazów ptak wykonany z bambusa i drewna potrafił unosić się w powietrzu przez kilka dni, wykorzystując siłę wiatru. Można go uznać za odległy pierwowzór dzisiejszego drona.

Od starożytności technologia w Chinach była postrzegana nie jako zagrożenie, ale jako element harmonii, rytuału i prestiżu władzy. Dowodzi to, iż wyobrażona technologia była silnie zakorzeniona w potrzebach praktycznych – służyła nie tylko zachwytowi czy symbolice, ale także odciążeniu ludzkiej pracy i usprawnieniu codziennych czynności.

Te dawne opowieści mogą dziś brzmieć jak baśnie, ale to właśnie one tworzą fundament współczesnych ambicji technologicznych Chin. Dlatego sukcesy takie jak DeepSeek wpisują się w tę narrację niemal naturalnie – jako kontynuacja dawnych marzeń o maszynach, które wspierają człowieka w codziennym życiu.

DeepSeek i generatywna rewolucja

DeepSeek, który pojawił się na początku 2025 r., można dziś uznać za symboliczny odpowiednik ChatGPT – chińską odpowiedź na zachodnią wizję generatywnej sztucznej inteligencji. Jego debiut wstrząsnął międzynarodowymi rynkami technologii i finansów, pokazując, iż Chiny potrafią konkurować z największymi graczami w dziedzinie AI. To tłumaczy, dlaczego w kraju określa się go mianem „momentu narodowej dumy”, bo po raz pierwszy chiński system generatywnej AI realnie rywalizuje z amerykańskimi odpowiednikami. Jednocześnie jego sukces uznano za dowód, iż państwo jest w stanie rozwijać nowoczesne technologie niezależnie od importu i zewnętrznych zależności. DeepSeek-V2 ma kilkaset miliardów parametrów i został wytrenowany na ogromnych zasobach danych tekstowych oraz multimodalnych. Jest zoptymalizowany tak, by działał na chińskich chipach – co ma najważniejsze znaczenie w kontekście amerykańskich sankcji technologicznych. Na benchmarkach radzi sobie z matematyką, programowaniem, tłumaczeniami i analizą dokumentów prawnych. W niektórych testach przewyższa choćby GPT.

Najważniejsze jednak są wdrożenia. DeepSeek pomaga nauczycielom układać plany lekcji i analizować wyniki uczniów, wspiera lekarzy przy diagnozach oraz obsługuje pytania obywateli w administracji lokalnej. W praktyce staje się więc cyfrowym urzędnikiem – narzędziem nie tylko użytecznym, ale i ideologicznie spójnym z chińską wizją technologii w służbie ładu społecznego.

Ale jest też druga strona medalu. DeepSeek świetnie radzi sobie w zadaniach technicznych, ale generowane przez niego treści są silnie filtrowane politycznie. Nie uzyskamy prawdopodobnie satysfakcjonujących odpowiedzi, gdy zapytamy o kwestie uznawane w Pekinie za kontrowersyjne – takie jak Tian’anmen, Tajwan, sytuacja Ujgurów w Xinjiangu czy Tybet. To pokazuje, iż AI w chińskim wydaniu jest nie tylko narzędziem komunikacji, ale także instrumentem kontroli. DeepSeek nie jest więc zwykłym chatbotem. To z jednej strony symbol technologicznej niezależności, a z drugiej – dowód na to, iż w chińskim modelu sztucznej inteligencji zawsze stoi strażnik. AI w Chinach to jednak nie tylko algorytmy w chmurze. Coraz częściej zyskuje ciało – w postaci humanoidalnych robotów.

Ucieleśniona inteligencja i roboty humanoidalne

Chińskie humanoidy prezentowane są w sposób spektakularny i widowiskowy, tak, by pokazać ich „uczłowieczenie” – technologiczną próbę nadania maszynom ludzkiej formy i gestów. Widzieliśmy je startujące w biegach na różnych dystansach, łącznie z półmaratonem, ćwiczące taiji, a choćby rozgrywające mecze piłki nożnej jak ludzie. To nie są już tylko sztuczki pokazowe – to prawdziwy przełom technologiczny. Jeszcze kilka lat temu takie obrazy należały do świata science fiction, dziś stały się faktem.

Ale warto pamiętać, iż to wciąż technologia niedoskonała. Podczas półmaratonu humanoid faktycznie biegł, ale tylko dlatego, iż co kilka kilometrów… wymieniano mu baterie. Chińczycy tłumaczyli to żartobliwie, iż przecież biegacze również uzupełniają odżywki i płyny w trakcie biegu. Podobnie w przypadku taiji – ruchy robotów są efektowne, ale zaprogramowane, a nie wyuczone.

To pokazuje istniejące napięcie: z jednej strony ogromny postęp i ambicje, z drugiej – realne ograniczenia. Droga do prawdziwej „ucieleśnionej sztucznej inteligencji” jest zatem wciąż przed nami.

Humanoidy i algorytmy mogą się rozwijać tylko dzięki ludziom – inżynierom, badaczom i nauczycielom. Dlatego tak ważna staje się edukacja. Na naszych oczach rozgrywa się prawdziwa walka o talenty. Już dziś Chiny szacują deficyt specjalistów w dziedzinach związanych ze sztuczną inteligencją na około pięć milionów osób.

Wyścig o talenty

Chiny doskonale zdają sobie sprawę, gdzie rozgrywa się prawdziwa walka – dlatego już wprowadziły sztuczną inteligencję do podstawy programowej na poziomie szkół podstawowych i średnich.

Na uczelniach zmiany są równie imponujące. W 2019 r. istniało zaledwie kilka kierunków poświęconych AI, a cztery lata później ponad 300 uczelni oferowało pełne programy studiów. jeżeli uwzględnić szkoły wyższe, które prowadzą pojedyncze kursy, seminaria i warsztaty z AI, liczba takich jednostek przekracza już 600.

Kuźniami kadr sztucznej inteligencji stają się dziś największe ośrodki akademickie w Pekinie, Szanghaju i Shenzhen. Kierunek rozwoju wyznacza przede wszystkim Uniwersytet Tsinghua. Do 2030 r. Pekin planuje kształcić kilkaset tysięcy specjalistów rocznie.

W procesie kształcenia aktywnie uczestniczą także giganci technologiczni, tacy jak Huawei, Alibaba czy inne czołowe firmy, które prowadzą kursy AI dla nauczycieli i inżynierów, wspierając tym samym budowę krajowego ekosystemu talentów.

Nie brakuje jednak również eksperymentów budzących kontrowersje. W chińskich szkołach testowano systemy analizujące ruch gałek ocznych i mimikę twarzy uczniów, mające mierzyć poziom ich skupienia podczas lekcji. Można więc zapytać: czy to wciąż rewolucja edukacyjna, czy już eksperyment społeczny? Nie ulega wątpliwości, iż edukacja AI w Chinach nie jest neutralna. To przede wszystkim narzędzie kształtowania całych pokoleń w duchu narodowego projektu technologicznego.

Chińska wizja sztucznej inteligencji nie kończy się jednak na granicach państwa – to także instrument globalnych ambicji i budowania alternatywnego ładu międzynarodowego.

Ambicje globalne i alternatywny ład AI

Wyobraźmy sobie świat, w którym AI staje się nową osią geopolityki. Chiny świetnie to rozumieją – i dlatego krok po kroku próbują budować własny porządek. Nie zaczynają od chipów ani robotów, ale od instytucji. Od lat powtarzają, iż ONZ powinna być centralną areną rozmów o sztucznej inteligencji – jedynym forum, na którym wszystkie państwa mają równy głos. To kontrpropozycja wobec Zachodu, który – zdaniem Pekinu – preferuje mniejsze, bardziej ekskluzywne kluby, takie jak G7, OECD czy Rada Europy, gdzie kształtowane są ramy regulacyjne.

W 2023 r. Xi Jinping ogłosił Globalną Inicjatywę Zarządzania AI. Jej cztery filary – multilateralizm, inkluzywność, zrównoważony rozwój i bezpieczeństwo – wybrzmiały jako swoisty apel o nowy, sprawiedliwszy porządek. Rok później, podczas Światowej Konferencji AI w Szanghaju, przyjęto Deklarację Szanghajską. Ponad 80 państw i organizacji poparło w niej wizję sztucznej inteligencji jako „nowego dobra publicznego”.

Na innych forach Pekin idzie jeszcze dalej. W ramach BRICS mówi o „cyfrowej suwerenności”. Indie i Brazylia akcentują prawa człowieka, a Chiny i Rosja – kontrolę państwa i bezpieczeństwo. Jednocześnie Chiny inwestują ogromne środki na Globalnym Południu. W 2023 r. odpowiadały za ponad 60% projektów typu „smart city” w Afryce – budując infrastrukturę cyfrową, wdrażając aplikacje edukacyjne i instalując systemy nadzoru i monitoringu. Można jednak zapytać: czy kraje rozwijające się rzeczywiście współtworzą normy AI, czy jedynie legitymizują chińskie ambicje? Coraz częściej mówi się o „cyfrowym neokolonializmie” – technologiach dostarczanych w pakiecie, których prawdziwą ceną jest zależność od chińskich standardów i infrastruktury.

Kulminacją tej ofensywy była Światowa Konferencja AI 2025 w Szanghaju. Premier Li Qiang ogłosił, iż Chiny dysponują już 1509 modelami AI – ponad 40% wszystkich na świecie – a Tencent i SenseTime stają się równorzędnymi rywalami dla amerykańskich gigantów. Największe wrażenie zrobiło jednak nie przemówienie, ale spektakl, który zaserwowali Chińczycy. Ponad 150 humanoidów – nie prototypów z laboratoriów, ale maszyny działające w realistycznych scenariuszach. Sortowały części samochodowe, obsługiwały klientów, wspierały logistykę, wykonywały precyzyjne zadania w fabrykach, a nawet… masowały ramiona odwiedzających. Przekaz był jasny – era robotów jako gadżetów się kończy, zaczyna się ich wejście w świat pracy.

Ale konferencja miała też wymiar polityczny. To tam Pekin zaproponował powołanie Światowej Organizacji Współpracy w Dziedzinie AI. W chińskiej retoryce sztuczna inteligencja została określona jako „nowy obszar rozwoju ludzkości” i „międzynarodowe dobro publiczne”. Z jednej strony – ogromne szanse. Z drugiej – bezprecedensowe ryzyka, które wymagają globalnej odpowiedzi.

Nieprzypadkowo propozycja padła właśnie teraz. W OECD, G7 czy Radzie Europy Chiny są marginalizowane. Dlatego tworzą równoległy porządek współpracy, w którym to one mają głos decydujący – i mogą występować jako rzecznik państw rozwijających się. I tu wracamy do pytania tytułowego: kto naprawdę zarządza przyszłością?

Ziemia niczyja

Kiedy wsłuchujemy się w chińskie narracje o sztucznej inteligencji – od starożytnych legend o autonomicznych maszynach, przez DeepSeek, humanoidy, dyskusje o edukacji i walce o talenty, aż po globalne deklaracje – widać wyraźnie, iż chodzi tu o coś więcej niż technologię. To konsekwentnie budowana opowieść o porządku, prestiżu i ambicjach cywilizacyjnych.

Ale refleksja chińskich uczonych sięga głębiej. Zhang Bo, jeden z pionierów AI w Chinach, mówi jasno: obecne modele nie mają inicjatywy, nie odróżniają dobra od zła i wciąż wymagają ludzkiego nadzoru. AI nie zastąpi człowieka – może go jedynie wspierać. Metafora Zhang Bo dobrze oddaje istotę współczesnej refleksji nad AI – „Sztuczna inteligencja to eksploracja ziemi niczyjej – jej urok tkwi w tym, iż zawsze jest w drodze”. To przypomnienie, iż AI nie ma kresu ani jednoznacznych granic – każdy krok rodzi nowe pytania.

Dlatego pytanie „Kto zarządza przyszłością?” pozostaje otwarte. Może nie będą to ci, którzy stworzą najdoskonalsze algorytmy, ale ci, którzy ustalą zasady ich użycia. A jeżeli AI naprawdę jest podróżą po „ziemi niczyjej”, to przyszłość nie będzie miała jednego właściciela – będzie wynikiem nieustannej negocjacji między technologią, państwami i samym człowiekiem.

Читать всю статью