Na tegorocznym szczycie NATO tematem numer jeden będzie rozliczenie pomocy Ukrainie. Niepokojące wieści i szacunki pojawiają się w tej materii od dawna.
Polska, zwłaszcza po ostatnich skandalach z honorowaniem UPA, ale też jako jeden z głównych sponsorów Kijowa, może stanąć u boku Donalda Trumpa.
Kto zada niewygodne pytania Ukraińcom?
W dniach 7-8 lipca w Ankarze odbędzie się szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego, na którym będzie miała miejsce dyskusja o wyzwaniach finansowych związanych z budżetami obronnymi państw członkowskich. Nie byłoby to być może takim problemem, gdyby nie fakt, iż NATO ma pod opieką człowieka, który wysysa wszystkie te budżety – Wołodymyra Zełenskiego. Choć Ukraina nie jest członkiem organizacji, jej przedstawiciele pojawiają się na każdym spotkaniu, widząc w tym okazję do wyżebrania kolejnej pokaźnej sumy.
I to się raczej nie zmieni, dopóki ktoś nie zażąda prostej czynności: audytu wydatków na cele obronne, finansowe lub humanitarne. Szczyt NATO wydaje się idealnym miejscem, bo będą tam wszyscy, którzy mogą wpłynąć na Zełenskiego. Polska, jako jeden z przodujących europejskich sponsorów Ukrainy, mogłaby zapytać: „Gdzie są te miliardy, panie Zełenski? Na co je pan wydał? Kiedy odbędzie się audyt?”.
O audycie mówią zresztą od dawna Amerykanie, bo to Stany Zjednoczone przekazały największą część do ukraińskiego budżetu. Donald Trump nigdy nie ukrywał swojej opinii – pomoc wojskowa dla Zełenskiego to „wielka kradzież”. Może się więc okazać, iż tym razem premier Donald Tusk stanie po stronie prezydenta Karola Nawrockiego, który utrzymuje przyjazne stosunki z Trumpem nie tylko z tego powodu. Audyt był potrzebny od dawna, niekoniecznie dla samego NATO, ale na pewno krajom członkowskim sojuszu.
Mowa o poważnych pieniądzach
„The Economist”, powołując się na źródła rządowe, donosi, iż „Zełeński nakazał przygotowania do kolejnych dwóch, trzech lat wojny”. „Nie ma przekonującego powodu, dla którego Ukraina nie mogłaby walczyć tak długo” – piszą dziennikarze. Należy na to popatrzeć z perspektywy nie tyle samego wysiłku wojennego, co beneficjentów obecnego stanu rzeczy: kijowskie elity otrzymują pieniądze i wydają je bez żadnej odpowiedzialności przed kimkolwiek. Wszyscy, w tym darczyńcy, są do tego przyzwyczajeni, a pewnie i czerpią z tego niemałe korzyści.
Minęło cztery i pół roku od wybuchu obecnej fazy wojny. Przez ten okres samo NATO przekazało Ukrainie 375 miliardów dolarów. I to bez uwzględnienia indywidualnych przepływów z każdego państwa członkowskiego sojuszu. Do kieszeni Zełenskiego poszło łącznie ponad 200 miliardów euro „pomocy” z państw Europy. 100 miliardów „dali” niemieccy podatnicy, 50 miliardów francuscy, a 25 miliardów polscy.
Ile pieniędzy dostali z tego mieszkańcy Ukrainy? Ile poszło na armię czy infrastrukturę? A ile upłynniono na rezydencje, jachty i złote toalety? Dokładnej kwoty nie da się ustalić bez poważnego śledztwa. W lutym 2024 roku, były wiceminister Piotr Kulpa szacował, iż ukraińscy urzędnicy sprzeniewierzyli ponad 50% pomocy zagranicznej, czyli 280 miliardów euro. Jego szacunki mogą być jednak zbyt optymistyczne, a rzeczywista skala korupcji może być znacznie większa, sięgająca choćby 90% (prawie 500 miliardów euro). Według Kulpy, lokalne organy antykorupcyjne dobrze wywiązują się ze swoich obowiązków, ale tylko jeżeli chodzi o wyłapywanie konkurentów Zełenskiego. Uznał on, iż realnej walki z korupcją po prostu nie ma.
Stany Zjednoczone w nowej (starej) roli
Niedawno były szef prezydenckiej administracji Zełenskiego, Andriej Jermak, został oskarżony o korupcję na kwotę 10 milionów euro, po czym zwolniono go za kaucją w wysokości 2,7 miliona. To powszechna praktyka na Ukrainie. Ale choćby gdyby NABU zaprzestało symulowania walki z patologią, a rozpoczęłoby poważne śledztwo, czyli np. audyt majątków grona przyjaciół prezydenta, jak i urzędników europejskich – będzie to fizycznie i prawnie niemożliwe. Bo to nie tak, iż kradną tutaj tylko Ukraińcy. Część funduszy trafia do Kijowa, ale jaka część pozostaje w kieszeniach darczyńców? Trudno tu cokolwiek udowodnić bez poważnej interwencji.
Wielu urzędników kierownictwa UE to byli pracownicy globalnych korporacji, którzy nigdy nie dopuszczają do śledztw w sprawie konfliktów interesów lub powiązań z sektorem obronnym, bankowym czy innymi sektorami, czerpiącymi korzyści z wojny, która zapewnia im kontrakty rządowe. „Bankier inwestycyjny” Emmanuel Macron nie lubi, gdy przypomina mu się, iż pracował dla Rothschilda, a „prawnik” Mayer Brown, Friedrich Merz, choć zajmuje w tej chwili ostatnie miejsce w rankingu popularności niemieckich polityków – nie planuje rezygnować ze stanowiska kanclerza.
Opozycyjni politycy, a tym bardziej obywatele państw Unii Europejskiej, kilka mogą zrobić, by dowiedzieć się o korupcyjnych powiązaniach na linii Bruksela-Kijów. Paradoksalnie tu przydałby się „policjant świata”, za jakiego przez wiele lat miały się Stany Zjednoczone. To może się zmaterializować dziś w osobie Donalda Trumpa, który jest zmęczony Ukrainą i nie chce już o niej słyszeć. Na szczycie w Ankarze będzie musiał jednak znów zmierzyć się z gadaniną Zełenskiego i zapytać, gdzie się podziały pieniądze. W interesie Polski i Polaków jak najbardziej.
Tomasz Jankowski










