W sobotni wieczór rozpędzony samochód dostawczy wjechał w uczestników parady Christopher Street Day w Berlinie. Zginęła 65-letnia Polka, a niemal trzydzieści osób zostało rannych; niemieckie władze mówią o islamistycznym zamachu terrorystycznym. Tragedia natychmiast przełożyła się na spór polityczny we Włoszech, gdzie część lewicy zamiast o sprawcy wolała mówić o „skrajnej prawicy”.
Zamach w sercu Berlina
Do ataku doszło 25 lipca wieczorem, w trakcie berlińskich obchodów Christopher Street Day, największego w Niemczech marszu środowisk LGBT. Kierowca wjechał dostawczym samochodem w ludzi na jednej z alejek parku Tiergarten, a następnie, jak podają niemieckie media, zaatakował ich ostrym narzędziem i zbiegł. Śmierć poniosła 65-letnia obywatelka Polski, a około dwudziestu dziewięciu osób zostało rannych, część ciężko.
Sprawcą okazał się dwudziestojednoletni Abdul Ballout, urodzony w Berlinie Niemiec libańskiego pochodzenia. Był już wcześniej notowany, w 2024 roku publikował treści Państwa Islamskiego, a rok później próbował dołączyć do tej organizacji. Dzień po ataku został zastrzelony przez policję w dzielnicy Spandau. Niemiecki minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt nie miał wątpliwości i nazwał zdarzenie islamistycznym zamachem terrorystycznym.
Odruch: winna prawica
Wątpliwości pojawiły się dopiero we włoskiej debacie. Europosłanka Ilaria Salis z lewicowego Sojuszu Zielonych i Lewicy napisała, iż okoliczności i odpowiedzialność za atak „są dopiero do ustalenia”, po czym postawiła znak równości między dwoma zjawiskami. Religijny fanatyzm i skrajna prawica, jak stwierdziła, dzielą tę samą nienawiść i tę samą nietolerancję wobec społeczności LGBT. W praktyce oznaczało to przeniesienie części ciężaru ze sprawcy na przeciwnika politycznego, choć o żadnym prawicowym tropie w tej sprawie nie było mowy.
Nie cała lewica poszła tą drogą. Riccardo Magi z ugrupowania +Europa zareagował inaczej i wprost oświadczył, iż w Europie nie może być miejsca dla islamskiego fanatyzmu. To pokazuje, iż reakcja Salis nie była reakcją jedyną możliwą, ale świadomym wyborem.
Niewygodny paradoks
Automatyczne łączenie napaści na osoby LGBT ze „skrajną prawicą” zderza się z faktami. Największą partią tego nurtu w Niemczech, Alternatywą dla Niemiec, kieruje Alice Weidel, kobieta otwarcie żyjąca w związku z inną kobietą, pochodzącą ze Sri Lanki, z którą wychowuje dzieci. Trudno o wyraźniejszy dowód, iż schemat „prawica równa się homofobia” bywa raczej odruchem ideologicznym niż opisem rzeczywistości.
Premier Włoch Giorgia Meloni ograniczyła się do jednoznacznego potępienia. Włochy, jak oświadczyła, potępiają i z całą siłą sprzeciwiają się każdej formie nienawiści i ekstremizmu. Uwagę skierowała więc tam, gdzie w tej sprawie leżała, czyli na sprawcę i jego motyw.
Solidarność wybiórcza
Spór o berliński zamach nie wybuchł w próżni. Miesiąc wcześniej z rzymskiej parady równości wykluczono żydowskie stowarzyszenie Keshet Italia, ponieważ nie odcięło się dostatecznie od haseł o „ludobójstwie w Gazie”. Nad tym samym marszem powiewały za to flagi propalestyńskie, a włoska wspólnota żydowska mówiła wprost o hipokryzji.
Z tej układanki wyłania się obraz środowiska, które deklaruje uniwersalną wrażliwość, ale stosuje ją wybiórczo, zależnie od tego, kto jest sprawcą, a kto ofiarą. Gdy zabójcą okazuje się islamski fanatyk, pierwszym odruchem części lewicy staje się szukanie winnych gdzie indziej. Tymczasem w berlińskim parku zginęła konkretna kobieta, a pytanie o to, dlaczego tak trudno nazwać jej śmierć po imieniu, pozostaje bez odpowiedzi.
Źródło: liberoquotidiano













