Hollywood w przedśmiertnych drgawkach

prokapitalizm.pl 2 часы назад

Z najnowszych badań Pew Research wynika, iż po raz pierwszy od długiego czasu Chiny wyprzedziły USA pod względem stopnia aprobaty ze strony globalnego społeczeństwa – i to nie tylko w krajach podlegających silnym wpływom chińskiej kultury, ale też np. w wielu krajach Europy Zachodniej. Nie wynika z tego oczywiście, iż chińska totalitarna dyktatura stała się nagle „nadzieją świata”, ale nie wynika z tego również, iż USA zachowuje swój status domniemanego „jaśniejącego miasta na wzgórzu”, będąc jedynie ofiarą zmasowanej wrażej propagandy.

Wynika z tego natomiast, że, wbrew popularnemu jeszcze stosunkowo niedawno mitowi, jakoby wszystkie reżimy świata zmierzały sukcesywnie ku socjaldemokratycznemu „końcowi historii”, wszystkie one – a zwłaszcza te o ambicjach „mocarstwowych” – dążą w przyspieszonym tempie ku najniższemu wspólnemu mianownikowi kleptokratycznej tandety, propagandowej chałtury, jarmarcznej tromtadracji i zaczepnej chuliganerii. To zaś stwarza doskonałą okazję, by niezawodnie i ostatecznie przyswoić sobie odwieczną prawdę, iż nie należy „pokładać ufności w książętach” (abstrahując od tego, jak kuriozalnie niestosowne jest zaszczycanie obecnej globalnej kasty pasożytniczej jakimikolwiek nawiązaniami do „książęcości”).

Potem natomiast pozostaje tak zdyscyplinowane kultywowanie swej „wolności wewnętrznej”, by w praktyce móc żyć tak, jakby ów spektakl globalnej reżimowej autodestrukcji był zjawiskiem całkowicie nieistotnym z punktu widzenia jednostki dbającej o zachowanie osobistej godności i możliwości obcowania z wszystkim tym, co ponadczasowo wartościowe. Wszystkie alternatywy jawią się dziś jako rzucanie pereł przed wieprze – zwłaszcza tego powinni się zaś wystrzegać wszyscy przekonani, iż potrafią odróżniać wciąż perły od ich odpustowych ersatzów.

* * *

Wszechobecność „sztucznointeligentnej” papki werbalnej oraz ochoczość, z jaką masy użytkowników Internetu posiłkują się jej generatorami, obnaża w bezprecedensowym stopniu fakt, iż możliwość publicznego wyrażania swojej opinii na rozmaite tematy nie jest wartością samą w sobie – staje się ona natomiast wręcz antywartością w momencie, gdy podobne opinie są wyrażane przez postacie funkcjonalnie niepiśmienne, a do takich zalicza się lwia część osób sięgających entuzjastycznie po czatbotowe protezy.

Z powyższego nie wynika rzecz jasna, jakoby wolność słowa nie była jedną z fundamentalnych wartości społecznych. Wynika z tego jednakże, iż wolność słowa z konieczności idzie w parze z zobowiązaniem do wykształcenia w sobie autentycznie własnego, indywidualnego głosu i stylu wypowiedzi odzwierciedlającego naszą niepowtarzalną osobowość i nasz unikatowy zbiór przekonań, który jesteśmy gotowi gruntownie uzasadnić i za który jesteśmy gotowi brać odpowiedzialność.

Tylko tak traktowana wolność słowa może bowiem nie dopuścić do zaistnienia sytuacji, w której domniemany vox populi staje się nieodróżnialny od ogłuszającego skrzekotu elektronicznych papug – a więc od wyjątkowo perfidnej formy wieży Babel, gdzie wszyscy zdają się mówić tym samym, automatycznie tłumaczonym językiem, ale język ten staje się nośnikiem groteskowej wręcz beztreściwości, wśród której ginie wszelka szansa nie tylko na odkrycie, ale choćby na zdefiniowanie prawdy (a zwłaszcza Prawdy przez wielkie P).

* * *

Hollywoodzką ekranizację „Troi”, która weszła na ekrany kinowe 22 lata temu, można potraktować jako wysoce symboliczny znak czasu – otóż tzw. wysokobudżetowa popkultura była już podówczas pieczołowicie przygotowanym koniem trojańskim, ale jeszcze nie wydobyły się z niego rozsadniki topornego antycywilizacyjnego agitpropu. Stąd ową ekranizację szło się oglądać niejako z marszu, nie oczekując po niej niczego poza widowiskową rozrywką – i dokładnie to się otrzymywało.

Natomiast dzisiejszą niesławną ekranizację „Odysei” poprzedziła tak natarczywa i szydercza w swej wymowie kampania promocyjna, iż już wyłącznie na jej bazie domyślnie chce się ten twór omijać szerokim łukiem – mimo iż uczciwe recenzje sugerują, iż jest on zwyczajnie nudny, rozwlekły i dialogowo siermiężny, a nie jakoś szczególnie zideologizowany. To zaś przywodzi na myśl kolejną wysoce symboliczną konstatację – otóż twórcy popkulturowego konia trojańskiego błąkają się w tej chwili po komercyjno-ideologicznych morzach i oceanach, nie wiedząc do końca, czy w większym stopniu służyć Mammonowi, czy Baalowi.

Najwyższa więc pora, by pomóc im rozwiązać ów dylemat i uwolnić ich od zgubnej służby obu tym bożkom, doprowadzając hollywoodzkie truchło do ostatecznego rozkładu wskutek jego konsekwentnego bojkotu, jawiącego się już dziś jako opcja standardowa i nieokupiona zupełnie żadnymi kosztami alternatywnymi. Wszakże nie godzi się przedłużać agonii tego, czego wyłącznym znakiem rozpoznawczym jest już wyłącznie epatowanie swymi przedśmiertnymi drgawkami.

Jakub Bożydar Wiśniewski

Читать всю статью