Na lotnisku Lipsk/Halle uzbrojony dron miał 5 sierpnia uderzyć w skrzydło ukraińskiego Antonowa, a ładunek nie eksplodował. Niemiecka prokuratura federalna prowadzi śledztwo, media wskazują na podobieństwo do puszek z materiałem wybuchowym, które kurier rosyjskiego wywiadu miał zostawić przy A2 pod Łodzią. Dla Polski to alarm.
Lipsk nie jest daleko
Lotnisko Lipsk/Halle stało się miejscem zdarzenia, które powinno wybrzmieć w Warszawie głośniej niż kolejny komunikat niemieckich służb. Według ustaleń niemieckich mediów i relacji przywoływanych przez WP oraz Interię uzbrojony dron miał uderzyć w skrzydło ukraińskiego samolotu transportowego Antonow. Ładunek nie eksplodował. To szczęście, nie dowód sprawności systemu.
Niemiecka Prokuratura Federalna przejęła śledztwo, wskazując na podejrzenie próby wywołania eksplozji i niebezpiecznej ingerencji w ruch lotniczy. TVN24 podał, iż sprawa została uznana za mogącą zagrażać bezpieczeństwu wewnętrznemu i zewnętrznemu Niemiec. O tym, iż Polska nie może czekać na własny alarm, pisaliśmy już po pierwszych informacjach o dronie z ładunkiem na tym lotnisku.
Uderzenie w logistykę pomocy
Lipsk/Halle to istotny węzeł transportu towarowego. Według mediów na lotnisku znajdowały się ukraińskie samoloty Antonov Airlines, a port obsługuje także transporty związane z pomocą wojskową dla Ukrainy. To nie jest zwykły kontekst geograficzny. To zaplecze logistyczne wojny, w której Rosja nie ogranicza się do frontu.
Tagesschau, powołując się na ustalenia NDR, WDR i Süddeutsche Zeitung, pisała o dronie z materiałami PETN i Semtex oraz zapalnikiem. AP informowała, iż obie drogi startowe zostały czasowo zamknięte, a inny obiekt miał zderzyć się z samolotem towarowym, który po przerwanym lądowaniu poleciał do Hanoweru. Maszyna miała lekkie uszkodzenia.
Nie ma dziś publicznego werdyktu, kto stał za incydentem w Lipsku. To trzeba powiedzieć uczciwie. Niemiecki minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt mówił jednak o nowej jakości zagrożenia i hybrydowym scenariuszu ataku. Takie słowa nie padają przy zabawie amatorów.
Polski ślad i puszki spod A2
Najbardziej niepokojący dla nas jest wątek polski. WNP, relacjonując ustalenia Gazety Wyborczej, podał, iż podobne puszki z materiałem wybuchowym miał wcześniej wwieźć do Polski kurier rosyjskiego wywiadu. Według tych ustaleń zniknęły one przy autostradzie A2 pod Łodzią.
To brzmi jak fragment operacji rozpisanej na kilka państw, nie jak lokalny incydent w Saksonii. o ile ładunki mogły trafiać przez Polskę lub być ukrywane na naszym terytorium, stawką jest bezpieczeństwo polskich rodzin, kierowców, kolejarzy, lotnisk i magazynów. Wojna hybrydowa nie pyta, czy dane państwo jest gotowe nazwać ją wojną.
Polskie państwo powinno traktować każdy taki trop z maksymalną powagą. Przy nieznanych obiektach nie wolno udawać, iż sprawa kończy się na policyjnej taśmie i komunikacie. Kiedy nad Polską pojawiały się mikrobalony stratosferyczne, wojsko apelowało, by nie brać spadłych fragmentów do ręki. Ten sam odruch ostrożności powinien stać się nawykiem państwa i obywateli.
Suwerenność zaczyna się od ochrony infrastruktury
Dla Polski lekcja jest prosta. Lotniska, kolej, magazyny logistyczne, centra przesyłkowe i trasy tranzytowe muszą być traktowane jak infrastruktura strategiczna, a nie jak zwykłe obiekty gospodarcze. Rosyjska metoda polega na testowaniu słabości, kosztów i czasu reakcji. Twardy realizm narodowy każe patrzeć właśnie tam, gdzie przeciwnik szuka pęknięć.
Nie wystarczy powtarzać, iż jesteśmy częścią NATO i Unii Europejskiej. Sojusze są ważne, ale pierwszym obowiązkiem państwa jest własna czujność. jeżeli ładunki z rosyjskiej operacji mogły pojawić się przy A2, to nie jest cudzy problem niemieckiego lotniska. To sprawdzian polskiej suwerenności w praktyce.
Źródło: WP Wiadomości, Interia za Die Zeit, TVN24, Tagesschau, AP, WNP/Gazeta Wyborcza, Generalbundesanwalt.
Źródło: WP Wiadomości












