Jacek Saryusz-Wolski w audycji TV Trwam i Radia Maryja ocenił, iż Bruksela chce rozszerzyć model „kamieni milowych” na unijne fundusze, przez co wybory w państwach członkowskich mają tracić realną wagę. Stawką dla Polski są pieniądze, prawo do własnej polityki i granica między współpracą a nadzorem.
Mechanizm nacisku zamiast równości państw
Dr Jacek Saryusz-Wolski, doradca prezydenta RP ds. europejskich, były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego i jeden z negocjatorów wejścia Polski do Unii Europejskiej, w programie „Rozmowy niedokończone” mówił o modelu, który jego zdaniem Bruksela przećwiczyła na Polsce i Węgrzech. Chodzi o warunkowanie pieniędzy politycznymi oczekiwaniami instytucji unijnych. Według niego kierunek jest jasny: mechanizm znany z KPO ma stać się zasadą obejmującą szerszy strumień funduszy.
Sedno sprawy wykracza poza technikę księgową i prowadzi do pytania, kto ma ostatnie słowo w państwie narodowym. jeżeli wyborcy powierzają władzę rządowi, a potem Komisja Europejska blokuje pieniądze, ponieważ nie podoba jej się polityczny kurs kraju, demokracja zostaje sprowadzona do rytuału. Obywatel głosuje, ale warunki dopisuje centrum władzy poza jego państwem.
Budżet 2028-2034 i nowa dźwignia
Oficjalny kontekst jest istotny. Komisja Europejska w materiałach o budżecie UE na lata 2028-2034 zapowiada krajowe i regionalne plany partnerstwa, które mają łączyć inwestycje oraz reformy. W tym samym planie Komisja pisze, iż poszanowanie praworządności ma pozostać warunkiem bezwarunkowym, a mechanizm warunkowości ma chronić cały budżet UE.
Bruksela przedstawia to językiem wartości i ochrony pieniędzy podatników. Narodowy realizm każe jednak zapytać o rzecz prostą: kto definiuje naruszenie i kto trzyma kasę? Obecny mechanizm warunkowości praworządności obowiązuje od 2021 r. i pozwala Unii stosować środki takie jak zawieszenie płatności lub korekty finansowe, gdy naruszenia praworządności zagrażają budżetowi UE. W teorii chodzi o ochronę finansów. W praktyce mechanizm tworzy potężną przewagę polityczną centrum nad państwem członkowskim.
Lekcja KPO dla Polski
Polska zna ten język aż za dobrze. KPO stał się przykładem, jak wypłata pieniędzy może zostać powiązana z warunkami polityczno-instytucjonalnymi. DN pisał o tym przy okazji 7,9 mld euro z KPO i zgody Brukseli: pieniądze są ważne, ale jeszcze ważniejsze jest pytanie, jaką cenę państwo płaci za ich uruchomienie.
Saryusz-Wolski ostrzega przed uogólnieniem tej logiki. o ile każdy duży strumień funduszy zostanie spięty z politycznymi warunkami, rządy państw członkowskich będą stale działały pod finansowym szantażem. To szczególnie niebezpieczne dla państw takich jak Polska: dużych, ambitnych, ale wciąż nadrabiających historyczne zapóźnienia infrastrukturalne i kapitałowe.
Suwerenność nie jest dodatkiem do przelewu
Unia Europejska miała być wspólnotą państw, które współpracują tam, gdzie to służy wszystkim. Dzisiejszy kierunek jest inny: coraz więcej kompetencji, coraz więcej warunków, coraz więcej instrumentów dyscyplinowania. W tym kontekście powraca pytanie o zmiany unijnych traktatów i ograniczenie suwerenności państw, bo budżet bywa skuteczniejszy niż formalna zmiana prawa.
Polska prawica nie może odpowiadać na to prostym odruchem antyunijnym. Potrzebny jest twardy realizm: bronić polskich pieniędzy, ale nie sprzedawać za nie prawa do własnych decyzji. Korzystać z funduszy, ale pilnować, by przelew z Brukseli nie stał się smyczą dla Warszawy.
Stawką jest wolność polityczna Polaków. jeżeli rząd wybrany w Warszawie ma prowadzić politykę zatwierdzaną w Brukseli pod groźbą blokady środków, to przestajemy mówić o partnerskiej Unii. Mówimy o hierarchii. A państwo narodowe, które godzi się na taką hierarchię bez walki, samo oddaje część swojej suwerenności.
Źródło: Radio Maryja, Komisja Europejska.
Źródło: Radio Maryja















