Dlaczego Tusk został szefem Rady Europejskiej? Felieton z 2014 roku, który sprawdził czas

naszapolska.pl 2 дни назад

Z cyklu „Sprawdzam. Kartka z kalendarza”. Otwieramy archiwum „Naszej Polski” i wracamy do felietonu Jerzego Biernackiego z września 2014 roku — sprawdzamy, co przyniósł czas.

O czym jest ten tekst: jesienią 2014 roku Donald Tusk został wybrany na przewodniczącego Rady Europejskiej. Jerzy Biernacki postawił przewrotną tezę: to nie nagroda za sukcesy, ale wybór wygodnego, „uległego” gracza, którego potrzebowała Angela Merkel. Po dekadzie zestawiamy tę diagnozę z dalszą karierą Tuska — i ze sporem o pakt migracyjny.

Trzy tezy autora warto dziś sprawdzić:

  1. Tusk „wypchnięty” na szczyt UE. Sprawdzenie (fakty): Donald Tusk przewodniczył Radzie Europejskiej przez dwie kadencje — od 1 grudnia 2014 r. do 30 listopada 2019 r.
  2. Gorzki bilans rządów (stocznie, weta, węgiel). To ostra ocena autora. Sprawdzenie: część zarzutów dotyczy realnych procesów (upadek i restrukturyzacja stoczni w Szczecinie i Gdyni, spór o politykę klimatyczną i przyszłość węgla) — ale oceny w rodzaju „złodziejska prywatyzacja” są opinią publicysty, a nie ustaleniem redakcji.
  3. „Człowiek bez adekwatności”? Sprawdzenie: po kadencji w Brukseli i szefowaniu Europejskiej Partii Ludowej (2019–2022) Tusk wrócił do polskiej polityki i 13 grudnia 2023 r. ponownie został premierem RP. Pełne koło.

Tekst pierwotnie ukazał się w „Naszej Polsce”.


Poniżej oryginalny felieton Jerzego Biernackiego — tekst archiwalny.

Dlaczego Tusk został szefem Rady Europejskiej?

Jerzy Biernacki

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Człowiek, który w czasie swoich rządów zaszkodził Polsce tak mocno jak mało kto, od 1 grudnia br. będzie zarabiał 104 tys. zł miesięcznie, będą go obsługiwać trzej kamerdynerzy, będzie miał do dyspozycji cztery samochody oraz 30-osobowy sekretariat. I tak co najmniej przez 2,5 roku, a przez następne 2,5 być może, czyli łącznie przez 5 lat.

Za rządów Donalda Tuska do końca niemal zlikwidowano polski przemysł, poprzez ideologiczną i złodziejską prywatyzację. Zniszczeniu również uległ przemysł stoczniowy, a wraz z jego likwidacją upadły liczne współpracujące ze stoczniami przedsiębiorstwa, ze słynnym „Cegielskim” na czele. Wedle rządowej interpretacji, ze względu na przepisy unijne rzekomo nie można było wspomóc podupadających stoczni w Szczecinie i w Gdańsku, no a nie znaleziono dla nich „strategicznych” kontrahentów, przez długi czas mamiąc naród (i stoczniowców) jakimiś mitycznymi nabywcami z Kataru.

W tym samym czasie, nie oglądając się na przepisy UE, rządy: francuski i niemiecki zasiliły finansowo swoje podupadające stocznie, które niedługo rozkwitły, przejmując portfele zamówień i cały rynek polskiego przemysłu okrętowego, praktycznie już nie istniejącego. Najwidoczniej silniejszym wolno łamać unijne prawo, a słabszym nie, przy czym nie chodzi tu jedynie o siłę kraju, ale także państwowego przywództwa. Może opłacałoby się wspomóc polskie stocznie, poniósłszy karę za łamanie unijnego prawa? No, tak, ale co by powiedziała na to Angela Merkel?! Na pewno nie rekomendowałaby potem Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, ani na żadne inne!

Jak już jesteśmy nad morzem, przypomnijmy o zupełnym zaniku gospodarki morskiej: w zakresie rybołówstwa i żeglugi morskiej. Wszystko to (z wyjątkiem działania portów, bo nasza gospodarka jest oparta w niemałej mierze na imporcie i eksporcie) albo jest w stanie likwidacji, albo już nie istnieje. A co najgorsze, polski rząd nie odważył się również postawić weta wobec zarządzeń UE, prowadzących do całkowitego odrybienia Bałtyku, m.in. wskutek masowego odławiania ryb stanowiących pokarm dorsza przez niemieckie i skandynawskie potężne statki-przetwórnie mączki rybnej.

Podpisanie paktu klimatycznego, zobowiązującego Polskę do rezygnacji we właściwym procencie z korzystania z energii opartej na węglu (a to jest największe polskie bogactwo, mamy blisko 90 proc. zasobów węgla całej UE!), okaże się niedługo potężnym hamulcem naszego rozwoju gospodarczego. A przecież Polska, gdyby liczyć od czasu protokołu z Kyoto (1994), zaoszczędziła 32 proc. obowiązujących limitów emisji CO₂ (na 6 proc., do których była zobowiązana). Ale bogatym, którzy skorzystali już z okresu karencji, wygodniej było zacząć odliczać nie od początku, ale od nowa, tj. od 2005 r., co „unicestwiło” nasze oszczędności i postawiło Polskę w niezwykle trudnej sytuacji. Na taką jawną niesprawiedliwość nie było z naszej strony żadnego weta.

Do tego biedna Polska (bo przecież jesteśmy w statystykach na końcu wielu list) sowitą część swoich zasobów finansowych (6 mld euro!) oddała bankom zachodnim, w związku z zadłużeniem znacznie bogatszej od nas (choć w kryzysie) Grecji. Milczenie mediów głównego koryta na ten temat spowodowało, iż Polacy Tuskowi to niemal natychmiast zapomnieli.

To są tylko przykłady, które można by mnożyć. Generalnie premier i jego rząd panicznie boją się postawienia jakiegokolwiek weta na gruncie UE. W rezultacie przestano się z Polską liczyć, straciła ona rolę przywódcy regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Jak powiedziała kiedyś Angela Merkel, przygrażając jakimś politykom zachodnim: „– Czy chcecie być tam za drzwiami, gdzie są Polacy i inni nieważni?”

Takiego właśnie nieważnego Tuska potrzebowała kanclerz Niemiec na stanowisku szefa rady europejskiej. W tej sytuacji jakiekolwiek nadzieje, iż załatwi on coś dla Polski, dla Ukrainy czy choćby dla Europy są płonne.

Dopowiedzmy na koniec: wybierając „człowieka bez adekwatności”, jak napisałem niedawno, na szefa swojej rady, kierownictwo UE ujawniło swoje niskie morale, co źle wróży tej strukturze na przyszłość.

(wrzesień 2014 r.)


Od redakcji, 2026

Dekada obeszła się z tym felietonem łaskawie — i to w sposób, który musi gryźć krytyków autora. „Człowiek bez adekwatności”, który miał być co najwyżej wygodnym lokajem Berlina, zrobił jedną z najbardziej imponujących karier w dziejach polskiej polityki: pięć lat na czele Rady Europejskiej, przewodnictwo największej europejskiej rodziny politycznej, a na koniec triumfalny powrót na fotel premiera w grudniu 2023 roku. Pełne koło. Tyle iż im wyżej Donald Tusk zachodził, tym wyraźniej rysował się wzór, który Biernacki uchwycił już w 2014 roku: polskiego premiera, który w Brukseli woli nie ryzykować sporu z Niemcami.

Najlepiej widać to dziś na pakcie migracyjnym. Mechanizm przymusowej „solidarności” — przyjmij migrantów albo zapłać za każdego nieprzyjętego — powstawał na zasadzie jednomyślności. Wystarczyło jedno polskie „nie”, jedno weto, żeby go zablokować. Polska tego weta nie postawiła. Gdy pakt wszedł w życie 12 czerwca 2026 roku, premier ogłosił sukces: Polska nie będzie ani przyjmować migrantów, ani za nich płacić. Problem w tym, iż wynegocjowane zwolnienie obejmuje raptem dwieście kilka dni — do końca 2026 roku — a potem cały mechanizm rusza od nowa, z corocznym udowadnianiem, iż jesteśmy „pod presją”. To nie zwycięstwo. To odroczenie, sprzedane jako zwycięstwo. A w tym czasie zza Odry płynie strumień zawracanych do Polski migrantów, których jeszcze niedawno Niemcy zapraszały u siebie.

I tu felieton sprzed dekady okazuje się boleśnie aktualny. Bo pytanie nie brzmi już, czy Tusk lubi się z Berlinem — to akurat nigdy nie było tajemnicą. Pytanie brzmi, czyj interes realizuje polski rząd, gdy raz po raz wybiera unijną „solidarność” i niemiecką wygodę zamiast twardej obrony własnego podwórka. Felietonista nazwał to wprost „paniczną” niechęcią do weta. Dekadę później trudno o lepsze słowo.

Ten sam wzór wraca zresztą w kraju. Drugi rząd Tuska, który miał być rządem kompetencji, wpadł w głęboki kryzys finansów ochrony zdrowia — z dziurą w NFZ rzędu kilkunastu, a niedługo ponad dwudziestu miliardów złotych, z cięciami sięgającymi po kardiologię i programy lekowe, z protestującymi szpitalami powiatowymi. Państwo, które stać na unijne gesty, nagle nie ma pieniędzy na szpitalne łóżko. To dokładnie ten „gorzki bilans”, który Biernacki wyliczał w 2014 roku — tyle iż dziś dotyka rzeczy najbardziej podstawowej: zdrowia i bezpieczeństwa zwykłych ludzi.

Można spierać się o słowa, których felietonista użył w gniewie — o „złodziejskiej prywatyzacji” czy o tym, iż Tusk „zaszkodził Polsce”. To język polemiki, nie wyrok sądu. Ale sedno jego pytania z 2014 roku jest w 2026 równie kłujące: czy polski premier potrafi — i czy w ogóle chce — powiedzieć Berlinowi i Brukseli „nie”? Po dekadzie odpowiedź wciąż brzmi: raczej nie.

Źródła: kadencje Donalda Tuska na czele Rady Europejskiej (1 grudnia 2014 – 30 listopada 2019); przewodnictwo Europejskiej Partii Ludowej (2019–2022); urząd premiera RP od 13 grudnia 2023 r.; Pakt o migracji i azylu i jego wejście w życie 12 czerwca 2026 r. wraz z czasowym zwolnieniem Polski z mechanizmu relokacji do końca 2026 r.; kryzys finansowy NFZ i ochrony zdrowia w latach 2025–2026 oraz protesty szpitali; restrukturyzacja i upadłość Stoczni Szczecińskiej i Gdyni (2009).

Czytaj dalej z archiwum „Naszej Polski”

  • Pakt migracyjny i uchodźcy (Jerzy Biernacki, 2015) — „stanowczo nie”, które obroniła dekada
  • Czy jesteśmy kondominium niemiecko-rosyjskim? (Jerzy Biernacki, 2013) — Berlin, Moskwa i polska suwerenność
  • Aneksja Krymu (Jerzy Biernacki, 2014) — felieton, który przewidział napaść na Ukrainę
Читать всю статью