W najnowszym wywiadzie aktorka Ellen Page, która podaje się za mężczyznę „Elliota” postanowiła wyjaśnić światu, czym jest „zdrowa męskość”. Według przedstawionych przez nią refleksji ma ona polegać między innymi na unikaniu emocjonalnego zamykania się, odrzucaniu narzuconych oczekiwań oraz większej swobodzie w wyrażaniu uczuć. Łatwo zauważyć, iż opisuje ona raczej zdrową kobiecość. Czysta farsa.
Dewiantka gender tłumaczy czym jest „zdrowa męskość”. Problem polega na tym, iż w całej tej opowieści coraz trudniej odróżnić głęboką refleksję od modnych sloganów, które mają wywołać aplauz publiczności. jeżeli bowiem „zdrowa męskość” oznacza po prostu bycie otwartym, szczerym i emocjonalnie dojrzałym, to są to cechy ogólnoludzkie, a nie wyłącznie męskie. Trudno uznać za przełomowe odkrycie stwierdzenie, iż człowiek powinien czasem płakać, rozmawiać o emocjach i pić wodę. Takie rady można znaleźć równie dobrze w poradniku psychologicznym, na kubku motywacyjnym albo w mediach społecznościowych.
Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, iż współczesna kultura celebrycka traktuje podobne wypowiedzi niemal jak objawienie. Wystarczy mikrofon, podcast i odpowiednia liczba kamer, aby zwykłe życiowe oczywistości zostały przedstawione jako odkrycie na miarę nowej teorii społecznej. Być może następnym krokiem będzie ogłoszenie, iż zdrowe odżywianie polega na jedzeniu warzyw, a zdrowy sen na spaniu odpowiedniej liczby godzin. Grunt, iż takie słowa padną z ust popularnego, lewicowego celebryty.
Największe kontrowersje budzi jednak coś innego. Osoba publiczna o ogromnych zasięgach przedstawia własne doświadczenia związane z płciowością jako wzorzec, który ma inspirować innych. W praktyce oznacza to dalsze normalizowanie przekazu, zgodnie z którym płeć jest -jak uczy neołysenkizm- przede wszystkim kwestią subiektywnego odczucia. Jest to nie tylko pogląd błędny, ale również społecznie bardzo szkodliwy, ponieważ prowadzi do zamazywania podstawowych pojęć i utrudnia rzeczową debatę.
Trudno nie zauważyć, iż podobne wystąpienia przyczyniają się do powszechnego zgorszenia opinii publicznej. Nie dlatego, iż ktoś mówi o emocjach czy relacjach międzyludzkich, ale dlatego, iż pod pozorem uniwersalnych wartości promowana jest bardzo konkretna i kontrowersyjna wizja człowieka oraz jego płci. W efekcie otrzymujemy kolejny medialny spektakl, w którym celebryta występuje w roli autorytetu od antropologii, psychologii, socjologii i filozofii jednocześnie. Publiczność ma zaś przyjąć wszystko bez zadawania pytań, najlepiej nagradzając występ odpowiednią liczbą polubień.
A przecież najbardziej zdrowym elementem całej debaty byłoby właśnie to, czego często brakuje: możliwość krytycznej dyskusji bez ideologicznych sloganów i bez oczekiwania, iż każdy nowy manifest celebrycki należy traktować jak prawdę objawioną.
Nie sposób również pominąć roli, jaką Ellen Page odgrywa dziś w debacie publicznej. Występując jako celebryta i aktywista, chętnie zabiera głos nie tylko na temat własnych doświadczeń, ale także w kwestiach społecznych, biologicznych i kulturowych. Problem polega na tym, iż rozpoznawalność nie jest równoznaczna z autorytetem. Współczesna kultura coraz częściej zakłada, iż osoba znana z ekranu automatycznie staje się ekspertem od spraw, które wykraczają daleko poza jej zawodowe kompetencje.
Page sprawia wrażenie człowieka przekonanego, iż jego osobista historia tzw. „zmiany płci” powinna stanowić punkt odniesienia dla całego społeczeństwa. Tymczasem indywidualne doświadczenia, choćby bardzo trudne i szczere, nie zastępują rzeczowej argumentacji. W debacie publicznej nie wystarczy opowiedzieć własnej historii i oczekiwać, iż zakończy ona spór. Tym bardziej żadne słowa nie spowodują, iż ktoś rzeczywiście zmienił płeć.
Trudno także nie zauważyć pewnej dodatkowej sprzeczności. Zwolennicy genderowego aktywizmu deklarują przywiązanie do różnorodności poglądów i otwartości, ale krytyków swojego stanowiska przedstawiają jako osoby zacofane, nietolerancyjne i kierujące się uprzedzeniami. Taka postawa nie sprzyja dialogowi, ale dalszej polaryzacji. Być może przyjdzie czas, gdy ci wszyscy dewianci będą musieli zapłacić za swoje zboczenia. Może też się okazać -co chyba choćby gorsze dla nich samych- iż genderyzm zostanie po prostu powszechnie potępiony i niemodny, a oni zostaną ze swoimi tranzycjami jak Himilsbach z angielskim.
Polecamy również: Kto chciał śmierci rosyjskiego karykaturzysty?










