Kradzieże

Ktoś włamał się do e-dziennika i dopisał uczniom oceny. "Sprawę wyjaśniamy"
Przez włam do e-dzienników kradną rodzicom kasę. Tu nie chodzi o oceny
Ukradł minipług, zrobił wielką awanturę
Policjant z Włoszczowy w czasie wolnym od służby zatrzymał sprawcę kradzieży
Brzesko. Policjant w czasie wolnym od służby zatrzymał sprawcę kradzieży sklepowej
Udusił z powodu... 200 zł. Nie żyje 36-latka. Makabryczna zbrodnia w Łódzkiem
Skuteczne działania policjantów. Dwóch podejrzanych trafiło do aresztu
Komendant SOP zawieszony. W tle kradzież auta członka rodziny premiera
Szef Służby Ochrony Państwa zawieszony, jest postępowanie
Znalazłeś dowód i szukasz właściciela w social media? Grozi Ci pozew i grzywna. Można choćby trafić do więzienia
Ukradł w sklepie artykuły spożywcze warte około 900 zł. Zatrzymał go będący poza służbą strażnik miejski
Podejrzana delegacja. Były szef CBA pod lupą prokuratury
Pobił kierownika sklepu, dzień wcześniej wyszedł z więzienia
12 lat ukrywał się na terenie Holandii - został zatrzymany
Wynoś się z mojego mieszkania! – powiedziała mama — Wynoś się — powiedziała mama ze spokojem. Arina uśmiechnęła się z przekąsem i oparła oparcie krzesła — była pewna, iż to do przyjaciółki skierowane słowa. — Wynoś się z mojego mieszkania! — Natalia zwróciła się do córki. — Lenka, widziałaś post? — przyjaciółka wpadła do kuchni nie zdejmując płaszcza. — Arina urodziła! Trzy czterysta, pięćdziesiąt dwa centymetry! Kopia tatusia, ten sam zadarty nosek. Obleciałam już wszystkie sklepy, nakupiłam śpioszków. Czemu jesteś taka smutna? — Gratuluję, Natalio. Cieszę się waszym szczęściem — Lena nalała herbaty dla przyjaciółki. — Siadaj, zdejmij chociaż płaszcz. — Oj, nie mam czasu w siedzenie — Natalia przysiadła na brzegu krzesła. — Tyle spraw, tyle roboty. Arinka jest taka dzielna, wszystko sama, na własnych plecach. Mąż to skarb, mieszkanie wzięli na kredyt, remont kończą. Jestem dumna z córki. Dobrze ją wychowałam! Lena bez słowa postawiła filiżankę przed przyjaciółką. No pewnie, dobrze… Gdyby tylko Natalia wiedziała… *** Dokładnie dwa lata wcześniej Arina, córka Natalii, przyszła do Leny bez uprzedzenia, ze spuchniętymi od łez oczami i drżącymi rękami. — Ciociu Lenko, błagam, tylko nie mów mamie. Proszę! jeżeli się dowie, serce jej nie wytrzyma — płakała Arina, gniotąc w rękach mokrą chusteczkę. — Arina, uspokój się i opowiadaj. Co się stało? — Lena przestraszyła się wtedy nie na żarty. — Ja… w pracy… — Arina pociągnęła nosem. — Koledze zginęły pieniądze z torby. Pięćdziesiąt tysięcy. A kamery zarejestrowały jak wchodziłam do gabinetu, gdy nikogo nie było. Przysięgam, nie brałam, ciociu! Ale powiedzieli, iż albo oddam do jutra do południa pięćdziesiąt tysięcy, albo zgłaszają na policję. Maję „świadka”, który rzekomo widział, jak chowam portfel. To podła podpucha, ciociu! Ale kto mi uwierzy? — Pięćdziesiąt tysięcy? — Lena zmarszczyła brwi. — Dlaczego nie poszłaś do ojca? — Poszłam! — Arina zaniosła się nowym szlochem. — Powiedział, iż sama jestem sobie winna iż nic mi nie da, skoro jestem taka nieudolna. Powiedział: „Idź na policję, niech cię życia nauczą”. choćby do mieszkania mnie nie wpuścił, przez drzwi nawrzeszczał. Ciociu Lenko, nie mam już do kogo iść. Mam dwadzieścia tysięcy, ale brakuje trzydziestu. — A Natalia? Czemu jej nie powiesz? Przecież to twoja mama. — Nie mogę! Mama mnie zje żywcem. I tak już mówi, iż ją zawstydzam, a tu kradzież… Przecież pracuje w szkole, wszyscy ją znają. Proszę, pożycz mi trzydzieści tysięcy, błagam! Oddam po dwa, trzy tysiące tygodniowo, już mam nową pracę! Proszę, ciociu Lenka! Lenie zrobiło się potwornie żal dziewczyny. Dwadzieścia lat, życie dopiero się zaczyna, a tu taka skaza. Ojciec odmówił pomocy, matka pewnie by rozniosła… — Kto w życiu nie popełnia błędów? — pomyślała wtedy Lena. Arina nie przestawała płakać. — Dobrze — powiedziała. — Mam te pieniądze. Odkładałam na zęby, ale zęby poczekają. Tylko obiecaj, iż to ostatni raz. Mamie nic nie powiem. — Dziękuję! Dziękuję, ciociu Lenko! Uratowałaś mi życie! — Arina rzuciła jej się na szyję. W pierwszym tygodniu Arina rzeczywiście przyniosła dwa tysiące. Wpadła radosna, powiedziała, iż wszystko się ułożyło, na policji sprawy nie ma, na nowej pracy też dobrze. Potem… przestała odpisywać. Miesiąc, dwa, trzy. Lena widywała ją na uroczystościach u Natalii, ale Arina zachowywała się jakby były ledwie znajome — chłodny „dzień dobry” i koniec. Lena nie naciskała. Myślała: — No cóż, młoda, wstydzi się, unika mnie. Uznała, iż trzydzieści tysięcy nie są warte zerwania wieloletniej przyjaźni z Natalią. Spisała dług na straty i zapomniała. *** — Słuchasz mnie w ogóle? — Natalia machnęła ręką przed twarzą Leny. — O czym myślisz? — A, tak… — Lena potrząsnęła głową. — O swoich sprawach. — Słuchaj — Natalia ściszyła głos — spotkałam ostatnio Ksenie, pamiętasz naszą dawną sąsiadkę? Wczoraj w sklepie do mnie podeszła. Jakaś dziwna. Pytała o Arynę, czy już oddała długi. Nie zrozumiałam, o co chodzi. Powiedziałam, iż Arina sobie radzi, sama zarabia. Ksenia śmiesznie się uśmiechnęła i odeszła. Może wiesz, Arina pożyczała od niej pieniądze? Lena poczuła, jak ściska ją w środku. — Nie wiem, Natalio. Może jakąś drobnostkę. — Dobra, lecę. Muszę jeszcze do apteki — Natalia wstała, cmoknęła Lenę w policzek i wyszła. Wieczorem Lena nie wytrzymała. Znalazła numer Kseni i zadzwoniła. — Cześć Ksenia, mówi Lena. Słuchaj, widziałaś się dziś z Natalią? O jakich długach mówiłaś? W słuchawce dało się słyszeć ciężkie westchnienie. — Oj, Lenka… Myślałam, iż wiesz. W końcu jesteś najbliżej z nimi. Dwa lata temu Arina przyszła do mnie zapłakana. Powiedziała, iż na pracy ją pomówiono o kradzież. Albo odda trzydzieści tysięcy, albo więzienie. Błagała, żeby nie mówić mamie, płakała. Dałam jej te pieniądze. Obiecała oddać za miesiąc. Zniknęła… Lena ścisnęła telefon. — Trzydzieści tysięcy? — powtórzyła. — Dokładnie tyle? — Tak. Mówiła, iż właśnie tej kwoty jej brakuje. Oddała pięćset złotych po pół roku i przepadła. Potem dowiedziałam się od Wery z trzeciej klatki, iż Arina z tą samą historią przyszła do niej. Werze dała czterdzieści tysięcy. I jeszcze pani Galina, ich dawna nauczycielka, też „ratowała” Arinę przed więzieniem. Ta oddała pięćdziesiąt. — Czekaj… — Lena usiadła na sofie. — To co, ona każdej opowiadała to samo tylko sumy się różniły? — Wygląda na to — głos Kseni stwardniał. — Zebrała „daninę” od wszystkich przyjaciółek mamy. Po trzydzieści, czterdzieści tysięcy z osoby. Wymyśliła historię o kradzieży, grała na litość. Przecież każda z nas Natalię lubi, więc milczałyśmy. A Arinka na te pieniądze wyjechała — zaraz potem miała w social mediach zdjęcia z Turcji. — Ja też dałam jej trzydzieści tysięcy — szepnęła Lena. — No to masz. — Ksenia westchnęła. — Jest nas pewnie pięć, sześć osób. To już biznes, Lenka. To nie „młodzieńczy błąd”, to zwykłe oszustwo. A Natalia nic, chodzi dumna z córki. A córka — złodziejka! Lena odłożyła słuchawkę. W uszach szumiało. Nie było jej żal pieniędzy — już dawno się z nimi pożegnała. Było jej wstrętne odkrycie, jak dwudziestoletnia dziewczyna cynicznie i z wyrachowaniem oszukała dorosłe kobiety, wykorzystując ich zaufanie. *** Na drugi dzień Lena poszła do Natalii. Nie chciała awantury. Po prostu chciała spojrzeć w oczy Arinie. Ta właśnie wróciła z porodówki i póki w jej mieszkaniu „pod kredyt” trwał remont, siedziała u matki. — O, ciocia Lena! — Arina uśmiechnęła się napięcie, widząc przyjaciółkę matki w drzwiach. — Wejdź, herbatki? Natalia uwijała się przy kuchence. — Siadaj, Lena, czemu nie zadzwoniłaś? Lena usiadła naprzeciw Ariny. — Arina — powiedziała spokojnie. — Wczoraj spotkałam Ksenię. I Werę. I panią Galinę. Utworzyłyśmy, można powiedzieć, klub „wsparcia dla oszukanych”. Arina zastygła i pobladła, rzucając szybkie spojrzenie na matkę. — O czym mówisz, Lenka? — Natalia się odwróciła. — Arina wie doskonale. Pamiętasz tę brzydką historię sprzed dwóch lat? Kiedy prosiłaś mnie o trzydzieści tysięcy? I Ksenię o trzydzieści. I Werę o czterdzieści. A panią Galinę o pięćdziesiąt. Wszystkie cię „ratowałyśmy” przed więzieniem. Każda z nas myślała, iż wie twoją tajemnicę jako jedyna. Czajnik w ręce Natalii drgnął, wrzątek syknął na kuchence. — Jakie pięćdziesiąt tysięcy? — Natalia odstawiła powoli czajnik. — Arina? O czym ona mówi? Pożyczałaś pieniądze od moich przyjaciółek? Od pani Galiny nawet?! — Mamo… To nie tak… — Arina zaczęła się jąkać. — Ja… już zwróciłam… większość… — Nic nie zwróciłaś, Arina — przerwała Lena. — Przyniosłaś dwa tysiące i zniknęłaś. Wyciągnęłaś od nas wszystkim prawie dwieście tysięcy na wymyśloną historię. Milczałyśmy, bo było nam cię szkoda. Wczoraj zrozumiałam, iż szkoda powinno nam być siebie. — Arina, spójrz na mnie. Wyłudziłaś pieniądze od moich przyjaciółek?! Zmyśliłaś historię o kradzieży, żeby okraść moje znajome? — Mamo, bardzo potrzebowałam na przeprowadzkę! — krzyknęła Arina. — Przecież mi nic nie dawaliście! Ojciec nie dał mi grosza, a ja musiałam zacząć życie! Czy to takie straszne? Przecież im nie zabrałam ostatnich oszczędności! Lenie zrobiło się niedobrze. A więc tak to wygląda… — Wszystko jasne. Natalia, przepraszam, iż mówię to teraz, ale dłużej już nie mogę tego ukrywać. Nie chcę wspierać czegoś takiego. Traktuje nas jak idiotki! Natalia stała wsparta o stół, ramiona drżały. — Wynoś się — powiedziała spokojnie. Arina uśmiechnęła się i oparła oparcie — była pewna, iż to do przyjaciółki. — Wynoś się z mojego mieszkania! — zwróciła się do córki. — Spakuj się, idź do męża. Nie chcę cię tu widzieć! Arina pobladła: — Mamo, mam dziecko! Nie mogę się denerwować! — Nie masz już matki, Arina. Miałam córkę, którą uważałam za uczciwą. Ty jesteś złodziejką. Pani Galina… Boże moj, ona dzwoniła codziennie, pytała co u mnie, a nic nie powiedziała… Jak jej teraz spojrzę w oczy? Jak?! Arina chwyciła torebkę, rzuciła ścierką o podłogę. — Udławcie się swoimi pieniędzmi! — wrzasnęła. — Dwie stare wariatki! Idźcie do diabła! Wpadła do pokoiku, zgarnęła niemowlę i wybiegła. Natalia osunęła się na krzesło i zakryła twarz dłońmi. Lenę zalała fala wstydu. — Przepraszam, Natalio… — Nie, Lenka… To ja przepraszam. Za to, iż taką… wychowałam. Naprawdę wierzyłam, iż sama się wybiła. A ona… Boże, co za wstyd… Lena położyła jej rękę na ramieniu, a Natalia rozpłakała się. *** Tydzień później mąż Ariny, blady i przygnębiony, odwiedził wszystkich „wierzycieli”, przepraszał, nie podnosząc wzroku. Obiecał, iż odda pieniądze. I rzeczywiście, zaczęły spływać przelewy — pięćdziesiąt tysięcy pani Galinie zwróciła Natalia. Lena nie czuje się winna temu, co się stało. Kłamczucha przecież zasłużyła na nauczkę. Czyż nie?
Ukradł pług śnieżny, potem zdemolował dom. 29-latek trafił do aresztu
Nowy sposób złodziei na kradzież przez BLIK. Możesz stracić pieniądze, chcąc być uczciwym
​Napad na bank w Andrychowie. Policja zorganizowała obławę
Plaga oszustw w Ostrołęce: Wyłudzili prawie pół miliona i wciąż atakują
Zginął uciekając przed strażą miejską. Jechał kradzionym autem
Włamanie do dzienników elektronicznych w szkołach. Jest komunikat ministerstwa
Ucieczka drogami trzech powiatów. Śmiertelny wypadek podczas policyjnego pościgu
Tragiczny pościg za skradzionym autem
Ukradł samochód należący do firmy kurierskiej. Podczas pościgu uderzył w drzewo i zginął na miejscu
Włamanie do Librusa. MEN zapowiada państwowy e-dziennik
Ktoś włamał się do dzienników elektronicznych w szkołach. Minister potwierdza
Włamania nie było, a pieniądze zniknęły. Seniorka straciła 20 tysięcy złotych!
„Najdroższe zakupy” w życiu 34-latka. Będą go kosztować choćby 10 lat więzienia
Policjanci z Wołomina przerwali serię kradzieży w drogerii
— Znowu się liże! Maks, zabierz go stąd! Nastka ze złością patrzyła na Tadka, bezradnie podskakującego u nóg. Jak mogliśmy się naciąć na takiego rozrabiakę? Tyle się zastanawialiśmy, wybieraliśmy rasę, radziliśmy się kynologów. Wiedzieliśmy, jaka to odpowiedzialność. W końcu postanowiliśmy wziąć owczarka niemieckiego, żeby mieć wiernego przyjaciela, stróża i obrońcę. Jak szampon 3 w 1. Tylko tego obrońcę samemu trzeba czasem przed kotami ratować… — Przecież on jeszcze szczeniak. Poczekaj, jak podrośnie, zobaczysz. — Aha. Czekam, aż ten koń urośnie… Widziałeś, iż on więcej je niż my razem wzięci? Jak my go wykarmimy? A nie tup, baranie, dziecko obudzisz! — narzekała Nastka, zbierając pantofle rozrzucone przez Tadka. Mieszkali przy Alejach Jerozolimskich, na parterze dużej kamienicy z czasów PRL-u, z oknami niemal zrośniętymi z asfaltem. Miejsce świetne, gdyby nie jedno “ale”. Okna wychodziły na ślepą, ciemną część podwórka, gdzie wieczorami kręciły się cienie, schodzili się panowie na pogaduchy, a czasem wybuchały burdy. Prawie cały dzień Nastka była sama w domu, z nowo narodzoną Kamilką. Maks od rana wychodził do pracy w Muzeum Narodowym, a w wolnym czasie znikał na pchlich targach i kiermaszach książek. Jako historyk sztuki potrafił wyłowić prawdziwe perełki: dzieła sztuki, rzadkie książki, stare bibeloty. Maks był zapalonym kolekcjonerem. W ich mieszkaniu zebrała się już niezła kolekcja obrazów, a w kredensie z lat sześćdziesiątych stały talerze z Ćmielowa, porcelanowe figurki i srebra z początku XX wieku… Nastka obawiała się zostawać sama z tym wszystkim i z małą córeczką na rękach, zwłaszcza, iż w kamienicy zdarzały się kradzieże. — Nastka, jak sądzisz, lepiej iść z Tadkiem teraz na spacer czy po obiedzie? — Nie wiem. Psy to nie moja działka! Słysząc magiczne „na spacer!”, Tadek pogalopował do przedpokoju, na zakręcie ledwo się nie wywrócił, chwycił smycz i z powrotem podbiegł do Maksa, podskakując prawie pod sufit. No koń, nie pies. Wszystkich kocha, do każdego się przytula, każdemu przynosi piłkę, tylko do gości na próg nie puści. Dobroduszny, rubaszny, ale przecież wzięliśmy go do obrony! A on choćby za kotami nie goni. Z piłką biegnie, cieszy się, myśli, iż teraz będzie się z kotem bawił. O, raz już oberwał po łapach. Tu mają koty charakter, takich do obrony powinno się brać… Jutro znowu cały dzień sama. Mąż jedzie do Kazimierza na Festiwal Miłośników Malczewskiego, a co ja mam robić? Pilnować porcelany i wyprowadzać tego uszatego? Życie… O świcie Maks cichutko wstał, chciał nie budzić żony. Ale jak? Nastka słyszała gwizd czajnika, brzęk smyczy, jak Maks szepcze do Tadka, żeby nie marudził i nie tupał. Przy tych spokojnych odgłosach przysnęła na chwilę, a kiedy obudziła ją córeczka, Maksa już nie było. Dzień zaczął się normalnie. Zwykły, spokojny, bezpieczny dzień. Czyż to nie szczęście? Przyjaciółki się dziwiły: „Nastka, tak wcześnie za mąż, mąż i córka, cały dzień kuchnia, dom cię pochłonął…” A czy w codzienności brak uroku? Może nie wszystko jest jak marzyła. Męczyły ją częste wyjazdy męża, ciasnota, brak pieniędzy. Najgorsza była ta jego pasja, która pochłaniała tyle pieniędzy… Teraz sprowadził jeszcze przyjaciela-uszatego, a opieka nad nim spadła na nią. Ale wiedziała: ukochanych trzeba akceptować ze wszystkim co mają. Nikt ci nie obiecywał ideału… Zrozumiawszy to, Nastka postanowiła być szczęśliwa tu i teraz, cieszyć się tym co jest, nie żałować tego, czego brak. Karmiła córkę w pokoju dziecięcym, która zasypiała przy posiłku i trzeba było czekać, aż się przebudzi i zacznie znów ssać. W drzwiach zadzwonił dzwonek, ale Nastka nie otwierała. Nikogo się nie spodziewała, a nieznajomi przez całe miasto nie przyjeżdżają bez zapowiedzi. Te poranne godziny były dla niej najcenniejsze: cisza, tylko stare zegary w korytarzu cykają i przez lufcik słychać znajome odgłosy miasta – dźwięk tramwajów, warkot samochodów, szuranie miotły po betonie, dziecięce głosy… A gdzie ten uszaty? Dawno się nie pojawiał, dziwne. Bo żaden z niego uszaty, uszy ma stojące – to przez charakter taki. Roztrzepaniec, ot, i tyle. Tylko z nim żyj teraz, karm, wyprowadzaj, a korzyści żadnej. Lepiej byśmy jamnika wzięli. Nastka zapatrzyła się na córkę, która, najadłszy się, odpadła od piersi jak pijawka. Ach, jaka fajna dziewczynka się udała! Złotko moje – szeptała, układając córeczkę. Rośnij, malutka… – czego nam więcej trzeba? W tym momencie z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Jakby trzask, czy pisk. Nastka nastawiła uszu. Trzask się powtórzył. Bezgłośnie zsunęła pantofle i przemykając cicho zajrzała do salonu. Pierwsze co ją zaniepokoiło – to plecy Tadka. Jakby się chował za zasłoną oddzielającą przedpokój od salonu. Przygięty na wszystkich łapach pies zastygł w napięciu, z językiem na wierzchu, wpatrzony w głąb pokoju. Nastka podążyła za jego wzrokiem – i zamarła: w oknie (no, w lufciku) tkwiła połowa mężczyzny. Typowa bandycka, wygolona głowa, ręce i barki już w pokoju, i sapiąc, kombinował, jak się wepchnąć. Nastka nie wierzyła, iż to się dzieje naprawdę. To niemożliwe! Co robić?! Krzyczeć? Facet już prawie w domu! Jeszcze chwila… Drgnęła na krzyk. Czarna smuga rzuciła się do okna – nie od razu poznała, iż to Tadek. Podskoczył na parapet i chwycił włamywacza za kołnierz! „Aaaa!” – ryknął facet chrapliwym basem, wybałuszając oczy. Nastka wybiegła na klatkę i wezwała sąsiadów, potem już nie było tak strasznie. Zbiegli się ludzie, ktoś wezwał policję. Każdy chciał pomóc, choć sama ich obecność była już pomocą. Co by zrobiła sama? Pokonała strach i podeszła do faceta – byle Tadek nie przegryzł mu gardła! Tylko tego brakowało. Ale Tadek, mądrala, chwycił za bok kołnierza i trzymał mocno, ale ostrożnie. Ani kropli krwi! Kiedy włamywacz próbował się ruszyć, Tadek mocniej zaciskał zęby, jakby mówił: „Rozumiesz, szefie?” – i pies luzował uścisk. Skąd on to wszystko wiedział? Ten roztrzepaniec z piłeczką działał jak zawodowiec. Nasłuchiwał hałasu, poszedł sprawdzić, co się dzieje, ale nie szczekał. Czemu? Zamiast tego urządził zasadzkę za zasłoną i pozwolił włamywaczowi wleźć w połowie, by się zaklinował, i wtedy zaatakował. Trzymał go fachową, zawodową żuchwą – nie ranił, nie dusił. Jak to mówią: „my zatrzymujemy, a resztą niech się sąd zajmie”. choćby starzy policjanci nie pamiętali, żeby jakiś włamywacz tak się cieszył z zatrzymania. Facet umordowany, ale szczęśliwy, iż cało wyszedł z Tadka paszczy, gotów natychmiast się poddać, za to pies się rozkręcił i długo nie chciał puścić. Dopiero jak podjechał oficer – przewodnik psów, i wydał komendę, Tadek otworzył pysk! Wypuścił faceta, siadł pod oknem i popatrzył na oficera, jakby czekał na rozkazy. Prawie iż nie zasalutował. — Macie szczęście z psem — oficer poklepał Tadka z uznaniem po łopatkach.— Taki by się nam przydał w wydziale śledczym… Maks wrócił późnym wieczorem. Otworzył ostrożnie drzwi i stanął ze zdziwienia. A było czym się zdziwić. Po pierwsze: Tadek leżał na kanapie – co było surowo zabronione. Po drugie: rozciągnięty na plecach w niedwuznacznej pozie, a Nastka drapała go po brzuchu, głaskała i prawie całowała po pysku, mamrocząc: „Ty mój skarbie, źrebaczku malutki, rośnij zdrowy, na euforia dla mamy i taty! Jakże byłam wobec ciebie niesprawiedliwa… Wybacz mi…” Tę historię usłyszałam kiedyś na jednym z Festiwali Malczewskiego od samego uczestnika – historyka sztuki. Tadek pewnie opowiedziałby jeszcze barwniej: jak tropił, jak wziął włamywacza, jak go przekazał policjantom. To było dawno, ale historia żyła w pamięci. Czułam, jak Tadek łapką puka, domagając się zapisu – więc postanowiłam się nią z Wami podzielić…
Oszuści ukradli tożsamość lekarzy z różnych stron Polski. I wystawiali recepty na opioidy
Zimowa kradzież roweru w Tychach. Szukają sprawcy
Krakowscy policjanci rozbili gang wyłudzający pieniądze od seniorów
Włamał się do samochodu i próbował go ukraść. Został tymczasowo aresztowany
17-latek zatrzymany w Tychach. Oszustwo „na policjanta” się nie udało
Moje dane trafiły do darknetu. Co teraz?
Pułapka w oficjalnej aplikacji. Turyści masowo tracą oszczędności. Nowe oszustwo na Booking.com zbiera żniwo
Odkąd byłam małą dziewczynką, słyszałam od rodziców w naszym polskim domu, iż nikt mnie nie potrzebuje i iż jestem do niczego — ale mimo braku wsparcia mamy, która zawsze gasiła moje marzenia, wyjechałam z rodzinnego miasta do Warszawy, by udowodnić, iż potrafię osiągnąć wszystko: własne mieszkanie, firmę, szczęśliwą rodzinę i wiarę w siebie!
Twój telefon to bomba zegarowa. Jeden SMS może wyczyścić konto do zera. Zapisz ten numer, zanim będzie za późno
Ile gotówki można legalnie trzymać w domu? Eksperci podają konkretne kwoty na „czarną godzinę”
Złodzieje czyszczą konta Polaków w ferie! Wystarczy jedno kliknięcie, by stracić wszystko!
Wynoś się z mojego mieszkania! – powiedziała mama — Wynoś się — powiedziała mama całkiem spokojnie. Arina uśmiechnęła się drwiąco i oparła się wygodnie na krześle — była pewna, iż to do przyjaciółki zwraca się matka. — Wynoś się z mojego mieszkania! — Natalia odwróciła się do córki. — Lena, widziałaś posta? — przyjaciółka dosłownie wpadła do kuchni, nie zdejmując jeszcze płaszcza. — Arinka urodziła! Trzy czterysta, pięćdziesiąt dwa centymetry. Cały tatuś — też taki zadarty nosek. Obleciałam już wszystkie sklepy, nakupowałam kaftaników. Czemu jesteś taka przybita? — Gratulacje, Natalio. Cieszę się za was — Lena wstała, by nalać przyjaciółce herbaty. — Siadaj, płaszcz choć zdejmij. — Oj, nie mam czasu, żeby tak sobie przesiadywać — Natalia usiadła na brzegu krzesła. — Tyle spraw na głowie. Arinka taka samodzielna, wszystko załatwiła sama, własnym sumptem. Mąż to skarb, mieszkanie wzięli na kredyt, remont kończą. Dumna jestem z mojej córki. Dobrze ją wychowałam! Lena bez słowa postawiła filiżankę przed przyjaciółką. Jasne, dobrze… Gdybyś tylko wiedziała, Natalio… *** Dokładnie dwa lata temu Arina, córka Natalii, przyszła do niej bez zapowiedzi, z zapłakanymi oczami i drżącymi dłońmi. — Ciociu Leno, tylko nie mów mamie, błagam! jeżeli się dowie, dostanie zawału — wyła Arina, gniotąc mokrą chusteczkę. — Arina, uspokój się. Powiedz dokładnie, co się stało? — Lena naprawdę się wtedy przestraszyła. — Ja… w pracy… — Arina pociągnęła nosem. — Ktoś wziął kasę z torebki koleżanki. Pięćdziesiąt tysięcy. Na kamerach widać tylko mnie, jak wchodzę do pokoju, kiedy nikogo nie ma. Ale przysięgam, ciociu Leno, niczego nie ruszałam! Ale powiedzieli: albo zwracam do jutra te pieniądze, albo idą na policję. Podobno mają „świadka”, iż chowałam portfel. To podstęp, ciociu Leno! Ale kto mi uwierzy? — Pięćdziesiąt tysięcy? — Lena zmarszczyła brwi. — A czemu nie poszłaś do ojca? — Poszłam! — Arina znów wybuchła płaczem. — Powiedział, iż to moja wina, nie da mi ani złotówki! „Idź na policję, tam cię nauczą rozumu” — rzucił. Nie wpuścił mnie choćby do mieszkania, darł się przez drzwi. Nie mam już do kogo iść. Mam dwadzieścia tysięcy odłożone, brakuje mi trzydziestu. — A mama? Czemu jej nie powiesz? W końcu to twoja mama. — Nie! Mama mnie zatłucze. I tak ciągle mówi, iż przynoszę jej wstyd, a co dopiero z kradzieżą… Przecież pracuje w szkole, wszyscy ją znają. Proszę, pożycz mi trzy dychy, oddam po dwa–trzy tysiące tygodniowo. Już mam inną pracę! Proszę, ciociu Leno! Lena tak bardzo wtedy żałowała dziewczynę. Dwadzieścia lat, życie całe przed nią, a tu takie piętno. Ojciec odmówił, matka pewnie by zamęczyła… — Każdemu zdarza się pomylić — pomyślała wtedy Lena. Arina nie przestawała płakać. — Dobrze — powiedziała Lena. — Mam te pieniądze. Odkładałam na zęby, ale poczekają. Tylko obiecaj, iż to ostatni raz. I mamie nie powiem ani słowa, skoro tak bardzo prosisz. — Dziękuję! Dziękuję, ciociu Leno! Ratujesz mi życie! — Arina rzuciła się jej na szyję. W pierwszym tygodniu Arina rzeczywiście przyniosła dwa tysiące. Przyszła szczęśliwa, powiedziała, iż wszystko wyjaśnione, żadnej policji, w nowej pracy dobrze. A potem… przestała odpowiadać. Miesiąc, dwa, trzy. Lena widywała ją u Natalii na imprezach, ale Arina zachowywała się, jakby były co najwyżej znajomymi — suche „dzień dobry” i tyle. Lena nie nalegała. Myślała: — Jest młoda, wstydzi się, dlatego unika. Uznała, iż trzydzieści tysięcy to nie powód, by psuć wieloletnią przyjaźń z Natalią. Odpuściła i zapomniała. *** — W ogóle mnie słuchasz? — Natalia pomachała ręką przed twarzą Leny. — O czym rozmyślasz? — A tak, o swoich sprawach — Lena otrząsnęła się. — Słuchaj — Natalia ściszyła głos — spotkałam Ksenię, pamiętasz, nasza była sąsiadka? Wczoraj w sklepie podeszła. Dziwna jakaś. Dopytywała o Arinkę, czy oddała długi. Nie zrozumiałam, o co chodzi. Odpowiedziałam, iż Arinka jest samodzielna i wszystko zarabia sama. Ksenia tylko dziwnie uśmiechnęła się i odeszła. Nie wiesz, Arina kiedyś coś od niej pożyczała? Lena poczuła, jak w środku wszystko się napina. — Nie wiem, Natka. Może drobne jakieś. — Dobra, lecę jeszcze do apteki — powiedziała Natalia, podnosząc się, pocałowała Lenę w policzek i wyszła. Wieczorem Lena nie wytrzymała. Znalazła numer Kseni i zadzwoniła. — Ksenia, cześć, tu Lena. Pytałaś Natalkę dziś o jakieś długi? O co chodziło? W słuchawce rozległ się ciężki westchnienie. — Oj, Lenka… Myślałam, iż wiesz, ty im chyba najbliższa. Dwa lata temu Arina przyszła do mnie — roztrzęsiona, czerwona od płaczu. Opowiadała, iż ją na kradzieży przyłapali w pracy. Mówi, iż musi oddać trzydzieści tysięcy albo więzienie. Błagała, żebym mamie nic nie mówiła, ryczała. Ja głupia pożyczyłam jej te pieniądze. Miała oddać po miesiącu. Zniknęła… Lena ścisnęła telefon w ręce. — Trzydzieści tysięcy? — upewniła się. — Dokładnie tyle? — Tak. Mówiła, iż właśnie tyle jej brakuje. Oddała mi pięć stów po pół roku i przepadła. A potem się dowiedziałam od Wery z trzeciego bloku, iż do niej też z tą samą historią poszła. Wera dała jej czterdzieści tysięcy. A pani Galińska, ich była wychowawczyni, też „ratowała” Arinkę przed więzieniem. Tamta dała jej w ogóle pięćdziesiąt. — Poczekaj… — Lena opadła na kanapę. — Czyli ona wszystkim mówiła to samo? O tę samą kwotę, z tą samą historią? — Wygląda na to, iż tak — głos Kseni stwardniał. — Dziewczyna urządziła „składkę” wśród maminych przyjaciółek. Każdej po trzydzieści—czterdzieści tysięcy. Historię o kradzieży wymyśliła i grała na litości. Przecież wszystkie lubimy Natalię, nie chciałyśmy jej martwić. A Arina te pieniądze przepuściła. Miesiąc później zdjęcia znad morza na Facebooku… — Ja jej też dałam trzydzieści tysięcy — powiedziała cicho Lena. — No widzisz — westchnęła Ksenia krótko. — To już nas z pięć czy sześć. To już nie młodzieńczy błąd, Lena, to zwyczajne oszustwo. Natalia nie ma pojęcia. Chodzi i chwali się córką, a ta — złodziejka! Lena odłożyła słuchawkę. W uszach szumiało. Nie chodziło jej już o pieniądze — pożegnała się z nimi dawno temu. Rozpierał ją wstręt do tego, jak z zimną krwią i cynizmem dwudziestoletnia dziewczyna naciągnęła dorosłe kobiety, wykorzystując ich zaufanie. *** Następnego dnia Lena poszła do Natalii. Nie chciała awantury. Chciała tylko spojrzeć Arinie w oczy. Akurat wróciła ze szpitala i póki w nowym mieszkaniu trwał remont, tymczasowo mieszkała u matki. — O, ciocia Lena! — Arina przywitała się wymuszenie, widząc ją w drzwiach. — Zapraszam na herbatę! Natalia krzątała się przy kuchence. — O, Lenka, siadaj. Czemu nie zadzwoniłaś? Lena usiadła naprzeciwko Ariny. — Arina — zaczęła spokojnie. — Spotkałam ostatnio Ksenię. I Werę. I panią Galińską. Założyłyśmy wczoraj wieczorem Klub „uratowanych od więzienia”. Arina znieruchomiała, pobladła, rzuciła szybkie spojrzenie na matkę. — O czym ty mówisz, Leno? — Natalia się odwróciła. — Arina wie, o czym mówię — Lena nie spuszczała wzroku z dziewczyny. — Pamiętasz tę niefajną historię sprzed dwóch lat? Kiedy prosiłaś mnie o trzydzieści tysięcy? Ksenię – o trzydzieści. Werę – o czterdzieści. Panią Galińską – o pięćdziesiąt. Każda z nas cię ratowała przed więzieniem. Każda myślała, iż jest jedyną, która wie o twoim sekrecie. Ręka Natalii z dzbankiem zadrżała, wrzątek syknął na kuchence. — Jakie pięćdziesiąt tysięcy? — Natalia powoli odstawiła czajnik. — Arina? O czym ona mówi? Pożyczałaś pieniądze od moich przyjaciółek?! choćby od pani Galińskiej?! — Mamo… to nie tak… ja… wszystko oddałam… prawie… — Niczego nie oddałaś, Arina — ucięła Lena. — Przyniosłaś mi dwa tysiące na pokaz i zniknęłaś. Po prostu zebrałaś od nas ponad dwieście tysięcy na wymyśloną historię. Milczałyśmy, bo cię żałowałyśmy. Ale wczoraj zrozumiałam, iż bardziej powinnyśmy żałować siebie. — Arina, popatrz na mnie! Wyłudziłaś pieniądze od moich przyjaciółek?! Wymyśliłaś kradzież, żeby okraść tych, co u mnie piją herbatę?! — Mamo, bardzo potrzebowałam pieniędzy na start! — wrzasnęła Arina. — W ogóle mi nie pomagaliście! Ojciec choćby grosza nie dołożył, a ja musiałam zacząć swoje życie! Co w tym złego? Oni i tak mają kasę, nie wzięłam im ostatniego grosza! Lena poczuła obrzydzenie. Tak to wygląda… — Wszystko jasne. Przepraszam, Natalio, iż to teraz wyciągnęłam, ale nie zamierzam dalej tego tuszować. Nie zamierzam więcej pozwalać się naciągać i oszukiwać. Stałyśmy się dla niej głupimi naiwnymi! Natalia stała przy stole, jej ramiona drżały. — Wynoś się — powiedziała zupełnie spokojnie. Arina uśmiechnęła się lekceważąco i oparła oparcie krzesła — była pewna, iż to do Leny. — Wynoś się z mojego mieszkania! — Natalia odwróciła się do córki. — Spakuj się natychmiast i idź do męża. Nie chcę cię tu widzieć! Arina zbladła. — Mamo, mam dziecko! Nie wolno mi się denerwować! — Nie masz matki, Arina. Matkę miała ta dziewczyna, którą uważałam za uczciwą. Ty jesteś złodziejką. Pani Galińska… Boże, ona codziennie dzwoniła, pytała o was, a ani słowa mi nie powiedziała… Jak ja jej teraz spojrzę w oczy? Arina chwyciła torbę, rzuciła ręcznikiem o podłogę. — Udławcie się tymi pieniędzmi! — wrzasnęła. — Stare malwy! Obie się wypchajcie! Wpadła do pokoju, chwyciła nosidełko z dzieckiem i wyleciała z mieszkania. Natalia opadła na krzesło, zakrywając twarz dłońmi. Lena poczuła wstyd. — Przepraszam, Natalio… — Nie, Lena… To ja przepraszam ciebie. Za to, iż wychowałam taką… oszustkę. Naprawdę wierzyłam, iż sama się dorobiła, a ona… Boże, co za wstyd… Lena pogłaskała przyjaciółkę po ramieniu, a Natalia rozpłakała się. *** Po tygodniu mąż Ariny, blady i poszarzały, odwiedził wszystkie „wierzycielki”, przepraszał bez podnoszenia wzroku. Obiecał, iż oddadzą wszystko. I rzeczywiście, zaczęły się przelewy — pięćdziesiąt tysięcy za córkę oddała pani Galińska, resztę Natalia. Lena nie miała wyrzutów sumienia. Oszustka na taką nauczkę zasłużyła. Prawda?
39-latek zatrzymany w Trzemesznie. Był poszukiwany za napad na seniorkę
Napad z bronią na Manhattanie. Napastnicy ukradli karty z Pokemonami
Mniej/Więcej – Jak dbamy o bezpieczeństwo dzieł sztuki?
17.01.2026 Mniej/Więcej – Jak dbamy o bezpieczeństwo dzieł sztuki?
Sen o kradzieży pieniędzy – psychologiczna analiza symboli
Włamanie na plebanii w Ostródzie. Łupem złodziei padły gotówka oraz narzędzia
Wyprosili ich z klubu, wtedy pobili i okradli 23-latka