Ukraińskie służby antykorupcyjne informują o grupie podejrzanej o przywłaszczenie środków przekazanych przez zagranicznych darczyńców po rosyjskiej inwazji. Według śledczych zalegalizowano ponad 37 mln hrywien. Dla Polski to sygnał ostrzegawczy: solidarność z napadniętym państwem nie może oznaczać ślepego zaufania bez kontroli pieniędzy i standardów.
Śledztwo w sprawie pieniędzy od darczyńców
Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy i Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna poinformowały o wykryciu zorganizowanej grupy podejrzanej o wyprowadzenie pieniędzy przekazywanych przez zagranicznych darczyńców po rozpoczęciu pełnoskalowej rosyjskiej agresji. Jak podały Interia, Money.pl, Onet i inne redakcje, chodzi o legalizację ponad 37 mln hrywien.
Według doniesień medialnych za organizatora procederu śledczy uznają byłego sekretarza stanu ukraińskiego MSZ. Onet podał nazwisko Ołeksandra Bankowa. Wśród podejrzanych mają być także osoby związane z aparatem byłego urzędnika oraz organizacją społeczną. To są ustalenia śledczych, nie wyrok sądu.
Money.pl wskazuje, iż 37 mln hrywien odpowiadało około 1,28 mln dolarów według kursu z czasu popełnienia czynu. Środki miały być legalizowane przez fałszowanie dokumentów i kierowanie pieniędzy na konta podmiotów służących do wypłat gotówki.
Pomoc wymaga kontroli
Rosja jest agresorem. Ukraina broni się przed brutalną wojną. To fakt. Ale równie twardym faktem jest to, iż państwo korzystające z wielkiej zagranicznej pomocy musi liczyć się z równie wielką kontrolą. Pieniądze podatników i darczyńców nie są workiem bez dna.
Polska od pierwszych miesięcy wojny ponosi wysokie koszty wsparcia sąsiada: wojskowe, finansowe, społeczne i organizacyjne. Dlatego polski interes narodowy wymaga jasnej zasady. Pomagać można, ale trzeba wymagać przejrzystości, rozliczeń i odpowiedzialności. Inaczej rachunek polityczny i moralny zostanie wystawiony zwykłym obywatelom.
Sprawa uderza także w wizerunek Kijowa w czasie, gdy wraca temat przyszłego członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej. Nie da się budować zaufania do państwa kandydującego, jeżeli równocześnie opinię publiczną obiegają informacje o nadużyciach przy środkach pomocowych. To nie jest argument za rosyjską narracją. To argument za poważnym traktowaniem standardów państwowych.
Realizm, nie ślepota
Na Ukrainie trwa wojna, ale wojna nie zawiesza obowiązku uczciwości. Przeciwnie, w czasie wojny każdy skandal korupcyjny waży więcej, bo podważa zaufanie sojuszników i ułatwia przeciwnikowi propagandę.
Dla Polski wniosek jest prosty. Wsparcie dla państwa walczącego z Rosją nie może wykluczać twardej rozmowy o korupcji, rolnictwie, praworządności i pamięci historycznej. Sojusz bez kontroli nie jest realizmem. Jest prośbą o kłopoty.
Jeżeli ukraińskie instytucje antykorupcyjne doprowadzą tę sprawę do końca, będzie to dobry znak. Ale sama skala podejrzeń pokazuje, iż Europa, w tym Polska, ma prawo żądać mechanizmów nadzoru nad każdą złotówką i każdym euro kierowanym na pomoc. Tak wygląda odpowiedzialność wobec własnych obywateli.
Źródło: Interia Wydarzenia













