«Флирт Трампа с Турцией ставит Израиль в неловкое положение президента США по отношению к Анкаре вызывает беспокойство у израильских властей, но настоящим испытанием станет то, смогут ли поставка истребителей F-35 и реализация контрактов на двигатели в конечном итоге осуществиться.»

grazynarebeca5.blogspot.com 2 часы назад

Updated 8 Jul, 2026 12:55


Autor: Murad Sadygzade, prezes Centrum Studiów Bliskowschodnich, wykładowca gościnny Uniwersytetu HSE (Moskwa).


Telegram

Prezydent USA Donald Trump i prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan podczas dorocznego szczytu NATO, 7 lipca 2026 r. w Ankarze (Turcja) © Win McNamee / Getty Images




Obecnie między USA, Turcją a Izraelem rozgrywa się swoisty trójkąt relacji.

Donald Trump robi wszystko, by pokazać się w przyjaznych relacjach z Recepem Tayyipem Erdoğanem; mówi o zniesieniu sankcji i ponownym otwarciu drzwi do sprzedaży myśliwców F-35 oraz silników do rodzimego tureckiego programu budowy samolotów KAAN.

Jednocześnie Benjamin Netanjahu intensywnie zabiega o utrzymanie uprzywilejowanej pozycji Izraela w amerykańskiej polityce na Bliskim Wschodzie, ostrzegając wszystkich, którzy chcą słuchać, iż przekazanie Turcji zaawansowanych systemów uzbrojenia zachwiałoby regionalną równowagą sił.

Ankara jako punkt zwrotny
Podczas pobytu w Ankarze na szczycie NATO Trump ogłosił, iż Waszyngton zniesie sankcje nałożone na Turcję po zakupie przez nią rosyjskich systemów rakietowych S-400 – sankcje, które od lat ciążyły na wzajemnych relacjach. Komunikat ten wygłosił w obecności Erdoğana, co nadało mu charakteru swoistego podarunku. Trump dodał, iż nie lubi nakładać sankcji na przyjaciół, a stosunki z Turcją są – jak to ujął – lepsze niż kiedykolwiek wcześniej.

Równie istotny był powrót do tematu myśliwców F-35. Trump nie obiecał ich dostarczenia, stwierdzając jedynie, iż USA „przyjrzą się tej sprawie”. To jeszcze nie zobowiązanie, ale po raz pierwszy od lat amerykański prezydent publicznie i w pozytywnym tonie wspomniał o takim pomyśle, zamiast z góry go odrzucać. Erdoğan ze swej strony chętnie przypominał, iż Waszyngton obiecał niegdyś Turcji pięć takich maszyn, i wyraził przekonanie, iż Trump dotrzyma słowa.

Za kulisami administracja Trumpa forsuje sprzedaż silników General Electric F110, które mają napędzać wczesne wersje tureckiego myśliwca KAAN – maszyny stanowiącej odpowiedź na F-35 i będącej wyrazem poważnych ambicji Turcji w zakresie lotnictwa piątej generacji. Wartość tego kontraktu szacuje się na ponad 700 milionów dolarów. Co istotne, sprzedaż silników nie wiąże się z takimi komplikacjami prawnymi jak w przypadku myśliwców F-35, dzięki czemu Waszyngtonowi znacznie łatwiej jest pójść na takie ustępstwo – to sposób na nagrodzenie Ankary bez konieczności toczenia sporów z Kongresem. Trump dał również jasno do zrozumienia – jeżeli nie zawsze w kwestiach merytorycznych, to przynajmniej w tonie wypowiedzi – iż relacje z Erdoganem są dla niego ważniejsze niż przestrzeganie typowej etykiety sojuszniczej. Mówił o „chemii” między nimi, określił Turcję mianem kraju bardziej lojalnego niż niektóre państwa, na których wsparcie Waszyngton dotąd liczył, i w praktyce przeciwstawił Ankarę europejskim sojusznikom z NATO – do wielu z nich wyraźnie stracił już cierpliwość. Stwierdził, iż podczas konfliktu z Iranem NATO potraktowało USA źle, i zasugerował, iż mógłby w ogóle nie pojechać na szczyt, gdyby nie odbywał się on w Turcji.

Turcja jako mediator – i źródło irytacji dla Izraela
Ta serdeczność nie wynika jedynie z osobistej sympatii. Turcja okazała się dla Waszyngtonu naprawdę użyteczna w kwestiach o znaczeniu strategicznym. Ankara – obok Kataru, Egiptu i USA – stała się częścią struktury podtrzymującej zawieszenie broni w Strefie Gazy oraz powiązany z nim proces polityczny. Gdy negocjacje utknęły w martwym punkcie, Trump zwrócił się bezpośrednio do Erdogana, licząc na to, iż Turcja wykorzysta swoje wpływy w Hamasie. Według doniesień, przedstawiciele władz tureckich przekonywali Hamas, iż zawieszenie broni jest objęte gwarancjami zarówno regionalnymi, jak i amerykańskimi – w tym osobistym słowem samego Trumpa.

To właśnie taka rola umacnia pozycję Turcji jako wiodącego mocarstwa sunnickiego w regionie – i jednocześnie spędza sen z powiek Netanjahu. Z perspektywy władz Izraela Turcja nie jest bezstronnym pośrednikiem. To państwo, które otwarcie i często krytykuje Izrael, wspiera sprawę palestyńską, a w tej chwili zabiega o realne wpływy w Strefie Gazy, Syrii i we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego. W tym kontekście kwestia myśliwców F-35 i samolotów KAAN może zacząć być postrzegana przez izraelskich planistów wojskowych jako problem o znaczeniu egzystencjalnym.

Netanjahu nie owijał w bawełnę. W wywiadzie dla Fox News stwierdził wprost, iż Turcja nie powinna otrzymać myśliwców F-35 ani silników do swoich programów produkcji samolotów bojowych, ponieważ naruszyłoby to regionalną równowagę sił – równowagę, która jego zdaniem opiera się na izraelskiej przewadze w powietrzu wspieranej przez obecność USA w regionie. Poszedł choćby dalej, zarzucając Erdoganowi wrogą retorykę wobec Izraela i określając władze Turcji mianem reżimu przesiąkniętego ideologią Bractwa Muzułmańskiego – były to mocne, celowo dobrane słowa.


Reakcja Ankary była równie ostra. Tureckie MSZ nazwało wypowiedzi strony izraelskiej skoordynowaną kampanią dezinformacyjną, przedstawiając je jako próbę odwrócenia uwagi od działań Izraela w Strefie Gazy, polityki okupacyjnej oraz – jak określa to Turcja – zachowań destabilizujących sytuację w całym regionie.


Dla Trumpa rola Turcji w konflikcie w Strefie Gazy stanowi argument za zacieśnieniem relacji z Ankarą. Dla Izraela jest to natomiast powód do poważnego niepokoju. W zachodniej części Jerozolimy panuje autentyczna obawa, iż ​​dążąc do zakończenia aktywnych działań zbrojnych w Strefie Gazy i wypracowania powojennych ram zarządzania tym terytorium, Waszyngton faktycznie zapewnia Turcji miejsce przy stole rozmów w sprawie Palestyny ​​– a jest to rola, z której Ankara była przez długi czas wykluczona.


Cena wojny z Iranem

Relacje między Trumpem a Netanjahu w ostatnich miesiącach wyraźnie się ochłodziły, choć obaj politycy starają się zachować pozory. Netanjahu powiedział w rozmowie z CNN, iż choć on i Trump mogą mieć odmienne zdania w kwestii Iranu, to w sprawach kluczowych pozostają zgodni. To jednak tylko starannie wykreowany wizerunek. Pod tą powierzchnią kryje się narastająca w Waszyngtonie frustracja.


Wojna z Iranem, która rozpoczęła się 28 lutego od wspólnych uderzeń amerykańsko-izraelskich, stała się dla Trumpa poważnym obciążeniem politycznym. Z badania Pew Research Center wynika, iż ​​61% Amerykanów negatywnie ocenia sposób, w jaki Trump prowadził konflikt z Iranem, a 40% uważa, iż ​​operacja ta w dłuższej perspektywie zmniejszyła bezpieczeństwo USA. To nie są liczby, które prezydent może zignorować, zwłaszcza w obliczu trudnego okresu na scenie politycznej.


W Stanach Zjednoczonych utrwala się przekonanie, iż Trump został wciągnięty w tę wojnę pod wpływem Izraela. Niezależnie od tego, czy obraz ten wiernie oddaje rzeczywisty proces podejmowania decyzji, samo to przekonanie funkcjonuje jako fakt polityczny. Im więcej ta wojna kosztuje Trumpa w oczach amerykańskich wyborców, tym ostrzej reaguje on na wszelkie działania Netanjahu, które utrudniają mu kreowanie się na polityka, który zakończył wojnę, a nie ją wywołał.


Liban stanowi najbardziej wyrazisty przykład tego napięcia w praktyce. Media amerykańskie i międzynarodowe donosiły, iż izraelskie operacje przeciwko Hezbollahowi wielokrotnie komplikowały negocjacje USA z Iranem. Trump przyznał, iż podczas burzliwej rozmowy telefonicznej nazwał Netanjahu „szaleńcem”, zirytowany faktem, iż działania militarne Izraela w Libanie nieustannie zakłócały rozmowy pokojowe z Teheranem.


Izrael ze swej strony jasno dał do zrozumienia, iż ​​nie czuje się związany porozumieniami ograniczającymi jego swobodę działań wobec Hezbollahu i Iranu. Z perspektywy Waszyngtonu wygląda to na próbę uwikłania Trumpa w konflikt bez wyraźnego końca, właśnie w momencie, gdy stara się on znaleźć drogę wyjścia z takiej sytuacji. Negatywna ocena działań Izraela w Libanie jest zatem ściśle powiązana z instynktem politycznego przetrwania samego Trumpa.


Dlaczego Waszyngton nie wybrał (jeszcze) Ankary

Mimo to osobista sympatia Trumpa do Erdogana nie oznacza całkowitego zwrotu USA od Izraela w stronę Turcji. Wynika to z kilku istotnych uwarunkowań strukturalnych, które nieprędko ulegną zmianie.


Po pierwsze, myśliwce F-35 nie są prezentem, który prezydent może ot tak rozdać. Kwestie te regulują przepisy prawa, decyzje Kongresu oraz amerykański system kontroli eksportu. Obecne ustawodawstwo USA nie pozwala na powrót Turcji do programu F-35, dopóki kraj ten dysponuje systemem S-400. Jedną z rozważanych opcji jest przekazanie rosyjskich systemów państwu trzeciemu, jednak pozostaje to jedynie propozycją, a nie sfinalizowaną umową – a takie sprawy często latami pozostają nierozwiązane.

Po drugie, Demokraci w Kongresie od dawna mają napięte relacje z rządem Turcji. choćby stosunkowo prosta transakcja dotycząca silników F110 napotkała opór – kongresmen z ramienia Demokratów, Gregory Meeks, zgłosił zastrzeżenia i zażądał od administracji wyjaśnień, twierdząc, iż nie pofatygowała się ona choćby o uzasadnienie tej decyzji. Skoro zwykła sprzedaż silników wywołuje takie tarcia, to ewentualna umowa dotycząca F-35 napotka znacznie poważniejsze przeszkody.


Po trzecie, znaczna grupa Republikanów – zwłaszcza tych związanych z proizraelskim skrzydłem partii – opowie się po stronie Izraela, jeżeli będą musieli wybierać między Ankarą a Jerozolimą Zachodnią. W Waszyngtonie już teraz słychać ponadpartyjne głosy sprzeciwu wobec sprzedaży F-35 Turcji, dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia systemu S-400. Obawy Izraela w tej kwestii są dodatkowo wzmacniane przez obowiązującą od dziesięcioleci amerykańską zasadę prawną: utrzymania jakościowej przewagi militarnej Izraela nad innymi państwami regionu. Zasada ta od dawna kształtuje politykę USA w zakresie sprzedaży broni i niełatwo od niej odstąpić.


Warto też pamiętać o pewnej prawidłowości: szumne zapowiedzi Trumpa dotyczące wielkich kontraktów zbrojeniowych nie zawsze przekładają się na ich faktyczną realizację. Podczas pierwszej kadencji ogłosił on pakiet zbrojeniowy dla Arabii Saudyjskiej o wartości 110 miliardów dolarów, który w praktyce pozostał głównie na papierze. Ówcześnie określano go raczej mianem deklaracji niż sfinalizowanej umowy, a późniejsze doniesienia amerykańskich mediów wykazały, iż tylko ułamek zapowiadanych kwot przełożył się na rzeczywiste kontrakty.


Nawet jeżeli Trump szczerze chce politycznie nagrodzić Erdoğana, proces ten spowolnią: lobby proizraelskie, Kongres, Pentagon, istniejące ograniczenia prawne oraz dążenie do utrzymania militarnej przewagi Izraela. Dlatego jest znacznie bardziej prawdopodobne, iż Ankara gwałtownie otrzyma silniki do myśliwca KAAN, niż iż w ogóle wróci do programu F-35. To pierwsze stanowi stosunkowo łatwe ustępstwo, podczas gdy drugie jest legislacyjnym i politycznym polem minowym.


Można tu dostrzec schemat wykraczający poza samą Turcję. Trump przyzwyczaił się do traktowania osobistych relacji jako zamiennika polityki – rzucał propozycje znaczących ustępstw w atmosferze udanego spotkania, by następnie obserwować, jak amerykańska machina państwowa spowalnia ich realizację, sprowadzając je do znacznie skromniejszej skali. Tak stało się częściowo w przypadku Arabii Saudyjskiej podczas jego pierwszej kadencji. Nie ma oczywistego powodu, dla którego Turcja miałaby stanowić wyjątek – zwłaszcza w tak złożonej pod względem prawnym i politycznym kwestii, jak myśliwce piątej generacji. Przepaść między tym, co Trump mówi podczas rozmów z Erdoganem, a tym, co faktycznie uzyskuje zgodę Kongresu, Pentagonu i organów odpowiedzialnych za kontrolę eksportu, bywa ogromna i utrzymuje się latami, a nie miesiącami.


Trump rzeczywiście darzy w tej chwili Erdogana większą sympatią niż wielu tradycyjnych sojuszników Ameryki i szczerze irytują go działania Izraela w Libanie, Strefie Gazy oraz szerszy kontekst relacji z Iranem. Obie te kwestie są prawdziwe i zasługują na poważne potraktowanie. Jednak polityka USA na Bliskim Wschodzie nigdy nie opierała się wyłącznie na emocjach jednego prezydenta i nie zacznie tego robić teraz. w tej chwili obserwujemy swego rodzaju flirt między Waszyngtonem a Ankarą – jawny i strategicznie korzystny dla obu stron. Nie widać natomiast żadnych oznak, by Waszyngton wycofał się ze swojego wieloletniego zobowiązania wobec Izraela. Jest zdecydowanie za wcześnie, by stwierdzić, iż Ameryka wybrała Turcję kosztem Izraela. Waszyngton – jak to często bywa – stara się podtrzymywać obie relacje jednocześnie, czerpiąc z nich to, co możliwe, bez formalnego obniżania rangi żadnej z nich. Prawdziwe napięcie, gdy już się ujawni, nie będzie widoczne w przemówieniach na szczytach czy serdecznych uściskach dłoni, ale w tym, na co ostatecznie zgodzi się Kongres.


Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/642734-trump-turkey-israel-f35/

Читать всю статью