Polityczna scena od ponad dwóch lat przypomina teatr iluzji, w którym nie chodzi o rozwiązywanie problemów, ale o to, jak sprawnie odwrócić uwagę widowni. Na scenie nie ma już miejsca na odpowiedzialność, są za to reflektory, które we adekwatnym momencie oślepiają, i kurtyny, które opadają dokładnie wtedy, gdy ktoś zadaje niewygodne pytanie.
Gdy ekipa Tuska zawodzi, a zawodzi spektakularnie, obywatel nie usłyszy rzeczowych wyjaśnień ani próby naprawy błędów. Zamiast tego pojawia się dobrze znany manewr odwrócenia uwagi albo poprzez obciążenie własną nieudolnością opozycji („wina PiS”), albo przez straszenie nią („jak przyjdzie PiS, to Wam pokaże”), albo wprost przez wskazanie wroga i przekierowanie na niego negatywnych emocji („PiS to zło”).
Oskarżanie oponentów o złe zamiary ma budzić w ludziach strach, nieufność, poczucie zagrożenia. W takiej atmosferze Polacy mają przestać skupiać się na rzeczywistych problemach i błędach rządzących, a koncentrować się na wykreowanym „wrogu”.
Koalicja rządząca z PO na czele (czy też KO po zmianie nazwy) dąży w ten sposób do tego, by społeczeństwo zamiast rozliczać ją z niekompetencji i szkodliwych działań, czuło, iż musi bronić się przed rzekomym zagrożeniem ze strony przeciwników politycznych. Donald Tusk właśnie tak od lat zarządza emocjami wyborców, kierując ich gniew i frustrację na wskazywanego przez siebie „winnego”. Jaskrawym przykładem tego jest obecna sytuacja, gdy jego rząd po doprowadzeniu finansów publicznych do katastrofalnego stanu, do faktycznej zapaści w ochronie zdrowia, do drastycznie rosnących rachunków Polaków, a także gdy na jaw wychodzi, iż opracowując mechanizm pożyczki SAFE, nie zabezpieczył w nim interesu Rzeczypospolitej – przekierowuje emocje Polaków, oskarżając tych, co powyższą nieudolność krytykują, o rzekome przez to dążenie do wyprowadzenia Polski z UE.
To nie jest przypadek ani emocjonalna reakcja pod wpływem chwili. To strategia. Gdy pojawiają się niewygodne fakty, zamiast zmierzyć się z nimi, polityczno-medialne wojsko Donalda Tuska dostaje rozkaz, by… zmieniać temat. Zamiast odpowiedzieć na zarzuty, zaczyna opowiadać o rzekomych winach innych. Mechanizm jest prosty i brutalnie skuteczny: odbiorca ma przestać pytać „dlaczego zawiodłeś?”, a zacząć myśleć „to tamci naprawdę są źli”.
Niestety, w tym działaniu prawda nie ma większego znaczenia. Liczy się wrażenie. Fałszywe oskarżenia, przypisywanie przeciwnikom nieistniejących intencji czy insynuacje – wszystko to staje się narzędziem politycznej manipulacji. To, co uderza najbardziej, to bezceremonialność, wręcz bezczelność tego działania. Jakby obywatel dla Donalda Tuska nie był uczestnikiem życia publicznego, ale widzem, z którym nie trzeba się liczyć, bo i tak zapomni, co było w poprzednim akcie. Albo statystą w spektaklu, którego scenariusz pisany jest pod sondaże, a nie by wyjaśniać rzeczywistość. Zresztą on sam, jako premier, już choćby nie próbuje udawać, iż chodzi o coś więcej niż przetrwanie wizerunkowe i utrzymanie władzy dla samej władzy.
A przecież istota demokracji jest prosta: władza ma odpowiadać za swoje decyzje, polityk ma wywiązywać się ze swoich obietnic, a nie wymawiać się, iż „cóż szkodzi obiecać”; jeżeli popełnia błędy, jego obowiązkiem jest je wyjaśnić i naprawić. Tymczasem coraz częściej obserwujemy odwrotny proces: ucieczkę od odpowiedzialności poprzez eskalację konfliktu. Im większy problem, tym… głośniejsze oskarżenia pod adresem innych.
To droga donikąd. Państwo, w którym rządzący nie ponoszą odpowiedzialności, a debata publiczna opiera się na fałszywych oskarżeniach, staje się zakładnikiem własnych iluzji. Nie da się skutecznie rozwiązywać realnych problemów, jeżeli nie potrafi się choćby uczciwie ich nazwać. Nie da się podejmować nowych wyzwań w dynamicznie zmieniającym się świecie, jeżeli za jedyne wyzwanie uznaje się to, by zniszczyć oponentów politycznych. A czas biegnie, świat na nas nie zaczeka.
Najgroźniejsze jest jednak to, iż taki mechanizm opiera się na negatywnych emocjach. To świadome i celowe prowadzenie do jeszcze głębszych podziałów, budowania prawdziwej nienawiści i destabilizacji systemu demokratycznego. W dłuższej perspektywie prowadzi do apatii obywatelskiej lub odwrotnie, do radykalizacji postaw, a w konsekwencji do brutalnej wewnętrznej wojny, do działań wyniszczających państwo od środka. Politycznie jednak taka strategia koalicji rządzącej pozwala utrzymać poparcie choćby w obliczu niekończących się niepowodzeń.
Największą pułapką, jaka dziś czeka na opozycję, jest wejście w tę grę. To byłoby dokładnie to, czego oczekują reżyserzy tego spektaklu. Nie powinniśmy stawać się aktorem w tej farsie, ale kimś, kto, jeżeli trzeba, przerywa przedstawienie i zapala światło na widowni. Powinniśmy konsekwentnie wracać do faktów, rozliczeń obietnic i propozycji konkretów, choćby jeżeli to mniej efektowne i trudniejsze do sprzedania w medialnym skrócie. Ake powinniśmy też budzić nadzieję, która jest najrzadszą, ale najsielniejszą emocją w polityce.
Bo rządzący zapominają, iż ich teatr ma jedną nieuniknioną słabość: w końcu zapalają się światła, widownia milknie, a dekoracje przestają udawać prawdę. Zostają tylko rzeczywistość, decyzje i ich konsekwencje. Pożyczka SAFE nie tylko wiąże długiem kolejne okolenia Polaków, ale uzależnia naszą egzystencję od decyzji brukselskich eurokratów. Brak realnego wsparcia dla obywateli w obliczu kryzysów – powodzi, zimy czy zagrożeń wojennych. Zadłużanie szpitali i zamykanie porodówek. Dramatycznie rosnące rachunki i bezrobocie, szczególnie wśród młodych. Uciszanie sędziów i prokuratorów, którzy chcą pozostać niezawiśli. Niszczenie relacji z najsilniejszym członkiem sojuszu obronnego. Demontaż całego państwa. To nie są sceniczne rekwizyty, tylko realne konsekwencje. Rachunek, którego nie da się odłożyć ani ukryć. Bo polityka może przez jakiś czas udawać teatr. Ale państwo i życie obywateli nigdy nie są fikcją.
Małgorzata Golińska














