Szanowni Państwo,
Michael przez prawie dekadę żył jako kobieta o imieniu Caitlyn.
Dlaczego?
Zrobił to, co system mu proponował — zgłosił się do kliniki, przeszedł diagnozę, przyjmował hormony. Wszystko dokonywało się w cieniu traumy: gwałtu, uzależnień, poczucia, iż jako mężczyzna lubiący „kobiece rzeczy” nie pasuje do żadnej kategorii.
Ktoś mu wtedy zasugerował, iż rozwiązaniem jest tranzycja. Michael przeszedł całą standardową ścieżkę w oczekiwaniu na terapię hormonalną z kliniki Sandyford w Glasgow.
Ale pod koniec maja 2025 roku zdecydował, iż chce zawrócić.
Punktem zwrotnym była dla niego debata nad szkocką ustawą o reformie procedury uzgodnienia płci (Gender Recognition Reform Bill). Dyskusja pokazała mężczyźnie, iż społeczność trans, której wówczas był aktywistą, jest niebezpieczna, a cała ideologia gender jest w rzeczywistości podszyta mizoginią i dyskryminuje osoby takie jak on.
I wtedy Michael zderzył się ze ścianą.
Dowiedział się, iż system, który tak gorliwie prowadził go w jedną stronę — w drugą nie istnieje. Gdy pytał o kolejne kroki, usłyszał: personel nigdy nie miał do czynienia z kimś takim jak pan.
I został sam.
Kiedy piszę do Państwa tę wiadomość, Michael Kerr przemawia na konferencji „Rethinking youth gender medicine” w Londynie. Walczy o to, by osoby chcące powrócić do swojej biologicznej płci były zauważane przez brytyjski system ochrony zdrowia i otoczone pomocą.
Jego przypadek nie jest odosobniony.
Specjaliści już jakiś czas temu alarmowali, iż zdrowie zwłaszcza młodych osób zgłaszających problemy z akceptacją własnej tożsamości płciowej musi stać się priorytetem, a nie elementem ideologicznych eksperymentów.
Do podobnych wniosków dochodzi zresztą wiele innych państw, które dotąd bezrefleksyjnie dążyły do akceptacji „inności”.
W Polsce natomiast wszystko rozgrywa się „tradycyjnie”: przez wytyczne, zalecenia i wyroki sądów, takie jak ten, o którym pisałem Państwu kilka miesięcy temu. Sąd Apelacyjny w Rzeszowie uznał, iż nauczyciele i dyrekcja szkoły powinni respektować prośbę ucznia o zwracanie się do niego imieniem niezgodnym z biologiczną płcią, choćby mimo braku zmiany oficjalnych danych w dokumentach.
Tymczasem w opowieściach osób, które przeszły „zmianę płci”, powtarza się jeden wątek: wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, gdyby dorośli, których napotkali na tej drodze, zamiast utwierdzać ich w zaburzeniach, spojrzeli na ich problemy z prawdziwą chęcią pomocy.
W takiej sytuacji ważne jest, aby w otoczeniu młodych ludzi w okresie dojrzewania, gdy ich ciała i psychika przechodzą rewolucyjne zmiany, nie zabrakło mądrych dorosłych, którzy pozwolą im zatrzymać się i pochylić się nad problemami, zamiast bezmyślne pchać ich do nieodwracalnych decyzji.
Dlatego chcemy informować osoby, które na co dzień mają styczność z dziećmi i młodzieżą, które często są ich powiernikami i mogą gwałtownie zauważyć potencjalne problemy, jak realnie pomagać młodym ludziom. Aby do nich dotrzeć, potrzebujemy Państwa pomocy!
W Wielkiej Brytanii zmiana ścieżki terapeutycznej w podejściu do osób z dysforią płciową jest zresztą dużo bardziej złożona.
Wielu specjalistów dostrzegło problemy już kilka lat temu, gdy okazało się, iż w ciągu zaledwie dekady liczba młodych ludzi zgłaszających takie problemy lawinowo wzrosła.
Jeszcze w 2011 roku na leczenie w najpopularniejszej klinice zajmującej się „zmianą płci” w Tavistock skierowano 250 młodych ludzi. W 2021 roku było to już… 5000. Klinika nie była w stanie zapewnić opieki wszystkim pacjentom.
Te liczby dały jednak do myślenia osobom odpowiedzialnym za zdrowie dzieci i młodzieży.
Brytyjski system ochrony zdrowia w tym zakresie został gruntownie zreformowany, a dotychczasowe rutynowe ścieżki leczenia przebadano pod kątem bezpieczeństwa i skuteczności.
Wyniki kontroli wskazały na poważne błędy stosowanych procedur: tzw. blokery dojrzewania, zwyczajowo podawane dzieciom z dysforią płciową, okazały się nieskuteczne. Ich wdrażanie uznano za szkodliwe utwierdzanie dzieci w ich problemach. Szczegółowy raport wskazał ponadto, iż większość przypadków, które dotychczas „leczono” tzw. terapiami uzgodnienia płci (a więc podając hormony, a następnie przeprowadzając okaleczające operacje), stanowiły osoby zmagające się z autyzmem, poważnymi zaburzeniami psychicznymi lub konsekwencjami trudnych doświadczeń.
„Jedynie słuszna” jak dotąd ścieżka afirmacyjna w leczeniu młodych ludzi z takimi problemami okazała się być nie tylko błędna, ale wręcz krzywdząca.
To jak w soczewce pokazuje, gdzie jest słabe ogniwo.
Nie jest nim dziecko, ale dorośli, których spotyka ono na drodze do „zmiany płci”. Oni zaś, zamiast rzetelnie rozważyć problem… potakują, wpędzając dziecko jeszcze głębiej w poczucie, iż nie pasuje, a niekiedy choćby manipulując nim i naciskając, by szło dalej.
Później są wyniszczające ciało hormony i okaleczające operacje.
Jednak czasem na kolejnym etapie – tym, gdzie miał być happy end i nowe życie w odmienionym, wreszcie adekwatnym ciele – okazuje się, iż coś jest nie tak. Mimo tylu poświęceń wciąż coś się nie zgadza. Problemy nie minęły. Ból z powodu traumy pozostał.
Niektórzy ludzie znajdują w sobie w tym momencie na tyle odwagi, by przyznać, iż popełnili błąd. Ogromny. Taki, który kosztował ich zdrowie. Ale nie chcą już w tym błędzie trwać.
I chciałbym napisać, iż i w takiej sytuacji przy takiej młodej osobie znajdują się dorośli gotowi wspierać ją na trudnej drodze powrotu do biologicznej płci i dodawać odwagi na kolejnych, wymagających etapach.
Ale to nieprawda.
Zazwyczaj w takiej sytuacji – tak jak w przypadku wspomnianego Michaela Kerra – okazuje się, iż wokół jest pusto.
Dlatego historie osób, które wracają do płci biologicznej, powinniśmy traktować jako poważne ostrzeżenie.
Taką historią dzieliła się z Państwem jedna z prelegentek podczas zorganizowanej przez nas w 2023 roku konferencji „Tranzycja – zmiana płci czy nowa odsłona ideologicznej rewolucji?” pani Magdalena, która przeszła proces tranzycji, a następnie zdecydowała się powrócić – jak sama mówi – do życia w prawdzie. A przecież osób, które ulegają złudzeniu, iż „zmiana płci” rozwiąże wszystkie ich problemy, jest znacznie więcej.
Kilka takich historii przedstawiliśmy również w naszej broszurze „Chciałbym być sobą”, którą można pobrać bezpłatnie ze strony SzlachetnyPiatek.pl. Zachęcam Państwa do zapoznania się z nią. To naprawdę wstrząsająca lektura.
Dziś widzimy jednak potrzebę, by z tymi materiałami dotrzeć do osób, które znajdują się niejako „na pierwszej linii frontu”.
Chcemy, aby nasza broszura „Chciałbym być sobą” trafiła w ręce osób, które na co dzień towarzyszą młodym ludziom: katechetów, animatorów, duszpasterzy młodzieży i liderów wspólnot.
To właśnie oni najczęściej pierwsi widzą, iż z nastolatkiem dzieje się coś niedobrego — wycofanie, spadek nastroju, kryzys tożsamości, poczucie osamotnienia. To oni mogą stać się tymi mądrymi, dojrzałymi dorosłymi, których taki młody człowiek potrzebuje na swojej drodze — kimś, kto nie potaknie automatycznie, ale usiądzie, wysłucha i pomoże dotrzeć do prawdziwej przyczyny cierpienia, zanim będzie za późno.
Dlatego chcemy wydrukować broszurę i rozesłać po kilka egzemplarzy do diecezjalnych duszpasterstw młodzieży w całej Polsce, by zawarte w niej historie służyły jako żywa przestroga i praktyczna pomoc dla tych, którzy w krytycznym momencie życia młodego człowieka mogą jeszcze zdążyć z pomocą, zanim on lub ona sięgnie po hormony albo zdecyduje się na okaleczające operacje, które na zawsze mogą odebrać zdrowie, a czasem możliwość posiadania własnych dzieci.
Na tym właśnie etapie, zanim dojdzie do nieodwracalnych interwencji medycznych, można młodemu człowiekowi realnie pomóc. Ale tylko wtedy, gdy obok niego znajdzie się dorosły, który wie, na co zwrócić uwagę i jak zareagować.
Druk i dystrybucja kilkuset egzemplarzy broszury do diecezjalnych duszpasterzy młodzieży w całej Polsce to koszt ok. 2000 zł. Może niektórym nie wyda się on wielki, ale jestem przekonany, iż przyniesie wielkie dobro.
Jeżeli otrzymamy więcej darowizn, to, oczywiście, wtedy będziemy mogli zainteresowanym duszpasterzom przesłać większą liczbę publikacji, by oni mogli przekazać je katechetom i parafiom z całych ich diecezji!
Wspieram druk i wysyłkę broszury
Historie takie jak Michaela Kerra, pani Magdaleny i wielu innych osób, które próbowały wrócić do życia w prawdzie po latach błądzenia, nie muszą się powtórzyć.
Ale to od tego, czy obok młodych ludzi znajdą się dorośli gotowi zobaczyć więcej niż tylko powierzchowną deklarację nastolatka, zależy, ile takich historii jeszcze usłyszymy.
Brak świadomości tego, czym w rzeczywistości jest procedura „zmiany płci” i jak bardzo realia rozmijają się w tym wypadku z szumnymi opowieściami transaktywistów, sprawia, iż dzieci i nastolatki zostają same ze swoimi wątpliwościami.
A to właśnie jeden dzień, w którym jakiś dorosły nie zareagował z wiedzą i odpowiedzialnością – i taka rozmowa, która się nie odbyła – może zdecydować, w którą stronę pójdzie dalsze życie zagubionego młodego człowieka.
Dlatego nasza broszura ma trafić nie do szuflady, ale do plecaka duszpasterza, na biurko katechety, w ręce animatora, który naprawdę spędza czas z młodzieżą i jako pierwszy zauważy, iż coś jest nie tak.
Państwa wsparcie realnie przełoży się na liczbę wydrukowanych i rozesłanych egzemplarzy, które trafią do kolejnej parafii, kolejnej wspólnoty. To konkretna, wymierna pomoc. Przekazując dalej te historie, możemy razem uratować czyjeś zdrowie i życie.
Całą przyszłość, którą mógłby zniszczyć jedną pochopną decyzją podjętą pod wpływem namów niewłaściwych doradców.
Liczę na Państwa pomoc!
Marcin Perłowski
Dyrektor Centrum Życia i Rodziny










