Почему я не верю в реформу здравоохранения?

ireneuszlara.blogspot.com 23 часы назад

Dlaczego nie wierzę w reformę ochrony zdrowia?

Każdy kolejny minister zdrowia wchodzi do resortu z naręczem kolorowych slajdów i uśmiechem pełnym reformatorskiego zapału. I każdy kończy dokładnie tak samo: bolesnym zderzeniem ze ścianą.

Nie wierzę w żadne systemowe rewolucje z jednego, niezwykle prostego powodu. Mamy w Polsce zbyt mało lekarzy, by państwo mogło sobie pozwolić na toczenie z nimi jakiejkolwiek wojny.

Nie mówię o wszystkich lekarzach. Zdecydowana większość wykonuje swój zawód z powołania, a pacjent jest dla nich ważniejszy niż pieniądze. Mówię jednak o kluczowej grupie lekarzy specjalistów, którzy decydują o tym, jak działa system. To właśnie o nich myślę.

W tej grze od lat karty rozdaje tylko jedna strona.

Jeśli lekarze zastrajkują albo masowo przejdą na trzymiesięczne urlopy bezpłatne, im samym włos z głowy nie spadnie. Mają bezpieczne poduszki finansowe i prywatne gabinety, które wykarmią ich w każdych warunkach.

Dla pacjentów skończy się to jednak tragicznie – kolejki z przychodni i szpitali błyskawicznie przeniosą się do zakładów pogrzebowych. I władza doskonale o tym wie.

Moją niewiarę w systemowe zmiany opieram na pięciu twardych faktach.

1. Drastyczny deficyt kadr na pierwszej linii

W 2024 roku w Polsce bezpośrednio z pacjentami pracowało zaledwie 141 193 lekarzy. Choć prawo wykonywania zawodu posiada ponad 166,5 tysiąca osób zamieszkałych w kraju, przeszło 25 tysięcy z nich z różnych powodów nie leczy polskich pacjentów – pracują na przykład w branży farmaceutycznej albo przeszli na emeryturę.

Aby dogonić średnią państw zachodniej części Unii Europejskiej, już teraz brakuje nam około 20 tysięcy medyków. Przy tak dramatycznie napiętej sytuacji kadrowej wystarczy absencja niewielkiej części z nich, by całe oddziały szpitalne zaczęły się zamykać jak domki z kart.

2. Astronomiczny koszt wykształcenia lekarza

„Wyprodukowanie” lekarza to jedna z najdroższych inwestycji publicznych. Sześć lat studiów na kierunku lekarskim kosztuje państwo około 330 tysięcy złotych. Kiedy doliczymy do tego roczny staż podyplomowy, kwota ta bez trudu przekracza pół miliona złotych na jednego człowieka.

Państwo ponosi gigantyczne nakłady finansowe, zanim młody medyk w ogóle zacznie samodzielnie leczyć.

To nie jest taśma produkcyjna w fabryce, którą można z dnia na dzień przyspieszyć poprzez dokupienie maszyn.

3. Edukacyjna partyzantka, czyli medycyna bez zaplecza

Masowe otwieranie kierunków lekarskich na uczelniach niemających żadnych tradycji akademicko-medycznych to przepis na katastrofę. Medycyna nie jest nauką wyłącznie teoretyczną, którą można wykładać w zwykłej auli przy użyciu rzutnika. Nowo powstałe wydziały zderzają się z trzema podstawowymi barierami:

  • Brak bazy prosektoryjnej i laboratoriów. Studenci anatomii powinni uczyć się na preparatach ludzkich ciał, a nie wyłącznie z aplikacji na tabletach czy plastikowych modeli.
  • Brak własnych szpitali klinicznych. Tradycyjne uniwersytety medyczne posiadają potężne szpitale kliniczne, w których występują rzadkie przypadki chorobowe i pracuje doświadczona kadra. Placówki te są jednak już przepełnione.

    Nowe uczelnie łatają te braki, podpisując umowy z lokalnymi szpitalami powiatowymi. Placówki te, choć niezwykle potrzebne, często nie posiadają oddziałów wysokospecjalistycznych ani lekarzy ze stopniami naukowymi, którzy mieliby czas i kompetencje do rzetelnego prowadzenia dydaktyki.

  • „Latający profesorowie”. Brak własnej kadry zmusza uczelnie do „importowania” wykładowców z dużych ośrodków akademickich. Taki profesor przyjeżdża raz na dwa tygodnie, prowadzi weekendowy maraton wykładów i wraca do siebie. W takich warunkach nie ma mowy o relacji mistrz–uczeń ani o realnej opiece mentorskiej nad przyszłym lekarzem.

4. Import lekarzy z zagranicy nie załata dziury

Teoria, iż niedobory kadrowe gwałtownie uzupełnimy lekarzami ze Wschodu, na przykład z Ukrainy, jest iluzją. W praktyce medyk z zagranicy może leczyć w Polsce tylko w takim zakresie, na jaki pozwoli mu polski samorząd lekarski.

Naczelna Izba Lekarska i okręgowe izby lekarskie bardzo rygorystycznie pilnują procedur nostryfikacji dyplomów oraz egzaminów językowych. Oficjalnie chodzi o bezpieczeństwo pacjentów, nieoficjalnie – o ochronę własnego rynku przed napływem tańszej konkurencji. Korporacja zawodowa skutecznie blokuje ten kanał zasilania systemu.

5. Czas, którego nie da się kupić

Od pierwszego dnia na uczelni medycznej do momentu, w którym lekarz uzyskuje tytuł specjalisty, mija zwykle od 11 do 13 lat: sześć lat studiów, rok stażu oraz pięć lub sześć lat specjalizacji.

Nawet jeżeli dzisiaj potroimy nakłady finansowe i otworzymy wydział lekarski w każdej wyższej szkole zawodowej w kraju, realne – i wątpliwe jakościowo – efekty tej decyzji zobaczymy dopiero pod koniec lat 30. XXI wieku. Do tego czasu obecny system zdąży się całkowicie rozsypać.

Wnioski: chaos, który wszystkim się opłaca

Wniosek z tej analizy jest brutalny: obecny paraliż – żeby nie nazwać tego dosadniej: burdel – jest dla kluczowych graczy, czyli mafii lekarskiej, bardzo wygodny.

Doświadczonym specjalistom obecny stan rzeczy wcale nie przeszkadza. Dlaczego miałby im przeszkadzać? Nie grozi im żadna konkurencja, nie ma ryzyka, iż ktoś zastąpi ich tańszą siłą roboczą w szpitalach publicznych , do tego pacjenci i tak przyjdą do ich prywatnych gabinetów, płacąc każdą zażądaną kwotę za ominięcie kilkuletniej kolejki w NFZ.

Ich pozycja negocjacyjna wobec rządu jest absolutna. To właśnie to środowisko – doskonale świadome swojej wyjątkowości i bezkarności – skutecznie zablokuje każdą próbę głębszej reformy, która wymagałaby od niego jakichkolwiek ustępstw.

Historia już to zresztą przerabiała. Doskonale pamiętam spektakularny pokaz siły Porozumienia Zielonogórskiego. Wystarczył miesiąc zamkniętych przychodni i paraliżu podstawowej opieki zdrowotnej, by spanikowany rząd na kolanach wrócił do negocjacyjnego stołu i podpisał warunki podyktowane przez lekarzy.

Dopóki lekarz w Polsce będzie dobrem tak deficytowym i luksusowym, żadnej prawdziwej reformy nie będzie. Będziemy świadkami jedynie kolejnego pudrowania trupa – oczywiście kosztem zdrowia i pieniędzy pacjentów.


No chyba, iż lekarzy w kamasze...

Читать всю статью