Od mniej więcej roku toczy się niespieszna debata o potrzebie i możliwościach zmiany konstytucji. To już samo w sobie pewne osiągnięcie, bo ostatni raz na serio mówiliśmy o nowej Rzeczypospolitej za czasów tzw. PO-PiS-u, czyli już ponad 20 lat temu. Później o reformach konstytucyjnych nie było wyraźniejszej mowy, choćby ze względu na pogłębiający się konflikt między głównymi siłami. A skoro przyjmowało się niemożność zbudowania odpowiedniej większości i uzgodnienia podstaw, to i mało kto zaprzątał sobie głowę wymyślaniem projektów. A choćby jeżeli zadał sobie taki trud, to nic nie rezonowało.
Więc dobre i to, iż dziś pojawiają się niezbyt liczne, ale na pewno już nie jednostkowe głosy z nieistotnych ust. Jednak na razie debata krąży albo wokół bardzo ogólnych deklaracji – albo pojedynczych elementów potencjalnej reformy. A jeżeli chcemy poprawić (lub wręcz zachować) nasze państwo, powinniśmy dyskutować śmielej, patrzeć szerzej, sięgać dalej.
Co takiego się zmieniło, iż debata powróciła? Najkrócej mówiąc: bo pojawiły się i potrzeba, i widoki na wykonalność.
Potrzeba 1. III RP jest martwa. Żyjemy w państwie-zombie. III Rzeczpospolita jako koncepcja państwowa skończyła się. I to nie dlatego, iż obecna ekipa łamie, pod przychylnym okiem brukselskiej centrali, najróżniejsze prawa na czele z konstytucją (choć skala kontrpraworządności jest większa niż kiedykolwiek w ostatnich trzech dekadach). Ale przede wszystkim dlatego, iż prawa są łamane, by tak to określić, z dumą i opakowywane w formułę wyższej konieczności. A wszystko to dzięki prostej doktrynie tzw. demokracji walczącej, ogłoszonej przez Donalda Tuska. A demokracja walcząca to nic innego, jak m.in. unieważnienie umowy Okrągłego Stołu, która choć krytykowana i wykrzywiana, jednak przez wszystkie lata jako tako obowiązywała. A jeżeli obydwa filary III RP – prawny i polityczno-konsensualny – upadły, to możemy mówić o końcu republiki magdalenkowej.
Czy to dobrze, czy źle – nie jest tematem niniejszego wywodu. III RP doczekała się i jeszcze doczeka wielu opracowań, monografii i epitafiów. Dość napisać, iż jak każdy moment przełomowy, zombifikacja naszego państwa niesie liczne ryzyka.
Potrzeba 2. To działa źle – czas to poprawić. Słabości naszego ustroju, znane od początku, w trudnych chwilach (to jest globalnej i kontynentalnej zawieruchy oraz konfliktu wewnętrznego), ujawniają się w całej okazałości. I dziś już tylko najzagorzalsi obrońcy III RP mówią, iż system jest dobry, tylko ludzie nie dorośli.
A nie jest dobry. Choć funkcjonował przez trzydzieści lat i nie uniemożliwiał działania państwa ani jego rozwoju (co wynikało z przeszło dwudziestu lat światowej ciszy) – w obecnych warunkach jego wady stają się jaskrawo widoczne.
Na przykład często stawiany problem tzw. dwugłowej egzekutywy, czyli podziału władzy wykonawczej między rząd i prezydenta.
Albo – znacznie poważniejsza i nieco rzadziej podnoszona – wada polegająca na faktycznym braku podziału władzy na wykonawczą i ustawodawczą. Bo skoro większość sejmowa wybiera rząd, a na jego czele staje zwykle najsilniejszy polityk koalicji (albo stoi tuż za premierem) – to nader często ten rząd de facto JEST parlamentem. To znaczy realnie ustanawia prawo, które ma następnie wykonywać. Czyli tworzy zasady sam dla siebie.
Kolejna charakterystyczna wada naszego ustroju to niedostateczna kontrola społeczna. Czy to nad władzą centralną (poza głosowaniem w określonych terminach lud nie ma tu w zasadzie żadnych narzędzi, czego symbolem są żałosne losy obywatelskich projektów ustaw), czy nad samowładzą samorządową (choć tu przynajmniej jest do dyspozycji słabe referendum odwoławcze), czy nad sądowniczą. Zwłaszcza ta ostatnia jest sprawą coraz bardziej problematyczną – bo do znanych od lat patologii trzeciej władzy dochodzi dążenie obecnej ekipy do nadania jej całkowitej suwerenności. Niedostatki kontroli społecznej rodzą liczne niekorzystne skutki, jak poczucie braku sprawczości, oderwania elit od ludu czy braku sprawiedliwości.
Innym przykładem zawodności systemu III RP jest nieprawidłowa konstrukcja centrum administracyjnego państwa. Rada Ministrów jest organem kolegialnym, premier jego przewodniczącym, a nie szefem, a w specyficznym układzie koalicyjnym możliwe jest nawet, by pojedynczy posłowie szantażowali rząd czy liderów partyjnych i wymuszali na nich decyzje, które w innych warunkach nigdy nie zostałyby podjęte. Innymi słowy: siła władzy nie zależy od siły instytucji, ale od konkretnego, czasem chwilowego układu politycznego. To zjawisko pozornie tylko przeciwne wobec wspomnianego wyżej „sklejenia” władzy wykonawczej i ustawodawczej. W rzeczywistości to dwa warianty tej samej, niewłaściwej konstrukcji systemu władzy.
Potrzeba 3. Zabezpieczenie praw. Pojawia się także, przedtem niecałkowicie uświadomiona, potrzeba ochrony państwa przed nadużyciami wynikającymi czy to z luk, których ojcowie III RP nie przewidzieli (albo też celowo je umieścili), czy to z ordynarnego łamania prawa pod płaszczykiem demokracji walczącej. Ten rodzaj potrzeby jest najczęściej podnoszony przez działaczy Prawa i Sprawiedliwości. Można dodać, iż co rozsądniejsi politycy dzisiejszej koalicji także powinni w ten sposób pomyśleć, bo przecież będą w opozycji. A liczba i rodzaj precedensów przez nich stworzonych każą sądzić, iż przyszłe rządy prawicy nie będą przypominać łagodnej sielanki lat 2015–2023.
Potrzeba 4. Ochrona suwerenności. Zmiana czy nowelizacja konstytucji potrzebna jest także do zabezpieczenia suwerenności państwa (oczywiście jeżeli będzie przeprowadzona w kierunku suwerennościowym, a nie przeciwnym – bo i takie głosy się pojawiają). Dzisiejsza ochrona wydaje się niewystarczająca, skoro nie broni nas przed ciągłą uzurpacją organów, jakiej ustawicznie dokonują unijne organy. Innymi słowy – trzeba uporządkować hierarchię źródeł prawa i jego relacji nie tylko z prawem unijnym, ale przede wszystkim – unijną praktyką i polityką. W przeciwnym wypadku będziemy biernymi świadkami niekontrolowanej inflacji suwerenności naszego państwa.
Potrzeba prowizoryczna: reset. Osobnym wątkiem jest tzw. reset, czyli postulowana przez niektóre środowiska na czele z Konfederacją taka poprawka do konstytucji, która sprawi, iż funkcjonowanie organów wymiaru sprawiedliwości przestanie być przedmiotem sporu, co ma doprowadzić do wzajemnego uznawania się przez nie.
Potrzeba ostateczna: może być za późno. jeżeli dość gwałtownie nie poprawimy naszego ustroju, a integracja europejska będzie postępować (czy to w wymiarze traktatowym, czy faktycznym) – to za niedługi czas może się okazać, iż zmiany ustroju Rzeczypospolitej nie będą miały większego znaczenia. Bo faktyczne kompetencje i faktyczna suwerenność po prostu przesuną się do ośrodków innych niż krajowe . Im więcej kompetencji Brukseli, tym mniej kompetencji Warszawy.
Ale na razie jeszcze nic nie jest przesądzone. Mamy konstytucję, która sama siebie określa jako najwyższe prawo Rzeczypospolitej, mamy złotówkę, mamy armię, mamy instytucje. No i mamy coraz bardziej świadome i pewne siebie społeczeństwo. Mimo oddania licznych kompetencji Unii przez cały czas jesteśmy państwem, a nie prowincją i przez cały czas możemy to państwo wzmacniać.
A okazja się zbliża – nie zmarnujmy jej
Mimo licznych deprymujących głosów, które pojawiają się – co nie jest zaskakujące – ze strony dzisiejszej koalicji, ale niestety również opozycji, w tym wybitnych przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, istnieje pierwsza od dekad szansa na zbudowanie koalicji nie tylko dysponującej odpowiednią większością w Sejmie i Senacie (zmiana konstytucji), to ten przypadek, gdy izba wyższa jest bardzo ważna, a zdanie prezydenta akurat nie), ale przede wszystkim także wspólną wizją nowego ustroju.
Szansa 1. Pojawił się klimat społeczny dla naprawy ustroju. Wpłynęły na to zarówno znane powszechnie czynniki zewnętrzne, jak i świadomość potrzeby złagodzenia wewnętrznych konfliktów, które hamują rozwój kraju. Nie bez znaczenia są tu także rosnąca wiara w siebie i ambicje Polaków, którzy dobrze znają świat i przestają rozumieć, dlaczego jeszcze nie jesteśmy jednym z wiodących państw w Europie.
Szansa 2. Za zmianą nastawienia ludzi idzie zmiana nastawienia klasy politycznej. A zresztą – czasami ją wyprzedza. Politycy będą mieli większą skłonność do porozumiewania się i wspólnego budowania wielkich dzieł, gdy zrozumieją, iż wiąże się to z premią od wyborców (co na razie jest ważniejsze niż przychylność zagranicznych liderów i pochwały od nich). Jak się wydaje, rozumie to wielu polityków z różnych stron, również części dzisiejszej koalicji.
Szansa 3. Arytmetyka. Widoki na większość sejmową szeroko rozumianej prawicy i centrum w nadchodzącej kadencji są bardzo duże. Najprzychylniejsze dla Koalicji Obywatelskiej sondaże nie dają jej widoków na kontynuację władzy, choćby gdyby dzisiejsi koalicjanci przez cały czas stali u jej boku. Można więc sądzić, iż do władzy dojdzie obóz zmian. I można przewidywać, iż ogólna słabość obecnych rządów oraz sytuacja międzynarodowa sprawią, iż wygrana będzie wysoka. O ile oczywiście partie dzisiejszej opozycji nie dadzą się rozgrywać i nie popełnią kardynalnych grzechów, jak na przykład grzech pychy.
A jeżeli tak, to będzie można pokusić się o budowę koalicji szerszej niż tylko potrzebna do stworzenia rządu. I będą szanse na to, by w razie potrzeby do frontu konstytucyjnego dołączyły i partie spoza ściśle rozumianej prawicy.
Oczywiście, przeciwko tak szerokiej koalicji konstytucyjnej będą działały najróżniejsze czynniki i podmioty.
Przeszkoda 1. Wizja. Wstępnym zagrożeniem jest brak uszczegółowionej i uzgodnionej wizji. Pokłócić się można o wszystko, jak o sposób powoływania składu różnych organów, o ustrój samorządów albo definicję małżeństwa. O ile jednak wiele z konkretów może być przedmiotem kompromisu, to w niektórych obszarach musi panować zgoda, bo inaczej całość upadnie. Na przykład – czy mamy mieć ustrój prezydencki, czy też kanclerski (bo na to, iż model dzisiejszy jest nie do obrony, raczej zgoda się znajdzie).
Przeszkoda 2. Innym problemem mogą być partykularyzmy i sekciarstwo – zarówno między partiami, jak i wewnątrz nich. To jest czynnik, którego zlekceważyć nie można, szczególnie iż wiele dzieje się poza widokiem publicznym. Partie, frakcje i pojedynczy politycy mają swoje sprawy, swoje zaszłości, swoje zobowiązania. I mogą one stanąć na przeszkodzie choćby najpowszechniej oczekiwanym zmianom. Wystarczy przypomnieć sobie rok 2005 i niezrozumiały dla większości rozpad oczekiwanej, a niedoszłej koalicji PO-PiS.
Przeszkoda 3. Bardzo dużym niebezpieczeństwem dla wielkiej reformy będą oczywiście ośrodki zagraniczne. Nie trzeba chyba przekonywać, iż większości mocarstw, które wywierają na nas wpływ, nie będzie zależało na wzmocnieniu Polski, w szczególności polegającym na zwiększeniu jej suwerenności i samosterowności. Wolałyby Polskę sprawną, pracowitą, choćby bogatą, ale pozbawioną własnego zdania i asertywności. Wobec tego możemy spodziewać się uruchomienia wszelkich środków, by nie dopuścić do dojścia do władzy partii reformatorskich, a gdyby już tak się stało – to do przeprowadzenia zmiany. Zwłaszcza iż projekt konkurencyjny, czyli budowy Stanów Zjednoczonych Europy, mimo różnych problemów, cały czas się rozwija.
Przeszkoda 4. Wielu członków klasy politycznej czy innych wpływowych grup będzie bronić status quo, bo chroni on ich osobiste interesy, a poza tym najzwyczajniej w świecie nie potrafią oni sobie wyobrazić innej Polski niż magdalenkowa i coraz bardziej unijna. A tzw. mikromania i niewiara we własne siły, mimo wielkich zmian ostatnich lat, przez cały czas jest silna, choćby wśród tych, którym zdarzało się z tymi zjawiskami walczyć.
Świat i Polska zmieniają się ustawicznie. Żyjemy w całkiem innym kraju niż dziesięć czy trzydzieści lat temu, również pod względem panującego w nim ustroju. Część z tych zmian dokonuje się bez świadomości i woli suwerena. Przed nami ciągle pojawiają się nowe wyzwania, a im Polska jest silniejsza i pewniejsza siebie – wyzwania te stają się coraz trudniejsze.
Czas na nową Rzeczpospolitą.
Marek Wróbel











