W brytyjskim podcaście "The rest is politics" prezydentka Mołdawii została zapytana o scenariusz, który w regionie wraca jak bumerang: jedno państwo rumuńsko–mołdawskie. Odpowiedź była zaskakująco jednoznaczna. "Gdyby teraz odbyło się referendum w sprawie zjednoczenia z Rumunią, to zdecydowanie zagłosowałabym za" – zadeklarowała.
Jednocześnie Maia Sandu przyznała, iż na razie społeczeństwo nie jest tak zdecydowane, jak ona. Według przywoływanego przez Onet sondażu tylko 33,4 proc. obywateli popiera zjednoczenie, 45,7 proc. jest przeciw, a 16,7 proc. wciąż nie ma zdania. Widać jak na dłoni, iż emocje, pamięć historii i lęk przed przyszłością to w Mołdawii skomplikowana mieszanka, której nie da się rozbroić jednym wystąpieniem prezydentki.
Mimo tego Sandu nie ucieka od niewygodnego tematu. Mówi, iż dla części obywateli jedynym planem na stabilność jest nie tyle samotne balansowanie między Brukselą a Moskwą, ile po prostu wejście do większego organizmu państwowego – Rumunii, która jest już w Unii Europejskiej i NATO.
Mały kraj między Rumunią a Rosją
Argumenty Sandu są brutalnie proste. Jej zdaniem niewielkim krajom, takim jak Mołdawia, coraz trudniej jest przetrwać. Wskazuje na dużą presję geopolityczną, ataki hybrydowe i zależność ekonomiczną.
Mołdawia tak naprawdę jest "między młotem a kowadłem": z jednej strony graniczy z Rumunią, z drugiej z ogarniętą wojną Ukrainą, a w środku ma nieuznawane, w rzeczywistości kontrolowane przez prorosyjskie siły Naddniestrze. Rosja od lat traktuje ten region jak wygodną dźwignię nacisku na Kiszyniów – od manipulowania dostawami energii, po otwarte groźby i kampanie dezinformacyjne.
Nic więc dziwnego, iż dziś Sandu mówi już nie tyle o reformach i integracji europejskiej, ale wprost o tym, iż samotna demokracja wciśnięta między interesy wielkich graczy może mieć problem z przetrwaniem. Jej wyznanie to w gruncie rzeczy wyraz lęku przed powtórką ukraińskiego scenariusza – tylko w dużo mniejszej, bardziej bezbronnej skali.
Albo Europa, albo Rumunia. Jak Mołdawia próbuje się ratować?
W swojej wypowiedzi Sandu zaznaczyła, iż wciąż dominującym projektem politycznym jest dla Mołdawii droga do Unii Europejskiej, a nie natychmiastowe zjednoczenie. To właśnie europejska perspektywa pomaga społeczeństwu przetrwać i zachować demokrację.
Przypomnijmy, iż wrześniowe wybory parlamentarne wygrała proeuropejska Partia Działania i Solidarności (PAS), z której wywodzi się Sandu. Ugrupowanie zdobyło aż 50 proc. głosów, dzięki czemu ma samodzielną większość w parlamencie. Wszystko to pomimo intensywnej ingerencji Rosji, prób kupowania głosów i zmasowanej kampanii dezinformacyjnej.
Mimo tego zwycięstwa prezydentka nie udaje, iż sama integracja z UE rozwiązuje wszystkie problemy. Wskazuje, iż proeuropejski obóz jest stale atakowany przez rosyjską propagandę, która próbuje przedstawiać go jako rzekomo wrogi tradycji i interesom zwykłych obywateli. Wielu Mołdawian wciąż jest rozdartych między zachodnimi aspiracjami a strachem przed chaosem i pogorszeniem sytuacji ekonomicznej.
Zjednoczenie jako ostatnia deska ratunku?
Formalne połączenie Mołdawii z Rumunią to dziś scenariusz niezwykle politycznie trudny, a społecznie mocno dzielący. Wielu mieszkańców wciąż boi się, iż straci coś z własnej tożsamości, iż ich kraj stanie się co najwyżej rumuńskim regionem z historią w przypisach. Z drugiej strony rośnie grupa tych, którzy patrzą na mapę i mówią wprost: sami tego nie udźwigniemy.
Sandu – mówiąc, iż zagłosowałaby "za" – "dokłada cegiełkę" do tego przesunięcia nastrojów. Jej słowa są sygnałem wysłanym zarówno do Brukseli, jak i do Bukaresztu: Mołdawia nie chce być wiecznym buforem między Unią a Rosją, tylko częścią stabilnego, większego organizmu politycznego.
To, czy do zjednoczenia dojdzie, będzie zależało nie tylko od samych Mołdawian, ale też od tego, jak gwałtownie Europa i Rumunia potrafią wzmocnić bezpieczeństwo, gospodarkę i codzienne życie w tym małym kraju. Bez tego każde referendum pozostanie tylko emocjonalnym okrzykiem, a nie początkiem prawdziwej zmiany.











