«Обвинительный акт» против немецких и европейских воинствующих

dakowski.pl 9 часы назад

„Akt oskarżenia” przeciwko niemieckim i europejskim podżegaczom wojennym

Autorstwa Uwe Froschauera Data publikacji 3 czerwca 2026 r. wassersaege/anklageschrift-gegen-deutsche-und-europaeische-kriegstreiber

Zanim zacznę ten artykuł, chcę wyrazić moją głęboką pogardę dla wszystkich podżegaczy wojennych na tym świecie. Prawdziwym agresorem niekoniecznie jest ten, kto pierwszy stawia krok ku wojnie, ale ten, kto ten krok wymusza. Niemniej jednak, choćby ten pierwszy krok jest niewybaczalny.

Ostatecznie ta wojna nie zakończy się triumfem, ale negocjacjami. Zakończy się tak, jak wojny prawie zawsze kończą się: nie moralnym szowinizmem, nie telewizyjnymi hasłami, nie medalami dla podżegaczy wojennych i „przedłużaczy cierpień” takich jak Anton Hofreiter, Marie-Agnes Strack-Zimmermann czy Annalena Baerbock, ale politycznym rozwiązaniem przy stole negocjacyjnym. Tragedia polega na tym, iż taki stół negocjacyjny istniał już w Stambule pod koniec marca/na początku kwietnia 2022 roku – zaledwie pięć tygodni po wybuchu wojny.

Pięć tygodni po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji przedstawiono projekty, które przynajmniej dawały szansę na zakończenie tego wymierania: neutralność Ukrainy, gwarancje bezpieczeństwa, ramy polityczne. Ale ta szansa nie została wykorzystana. Została politycznie stłumiona – przez te mroczne siły na Zachodzie, które nie chciały pokoju, ale wojny na wyniszczenie.

Boris Johnson pojawił się w Kijowie jako posłaniec tej linii: Putina nie należy negocjować, ale naciskać. Za brytyjskim podżegaczem wojennym stała ówczesna administracja USA pod przewodnictwem Joe Bidena, wspierana przez europejskich polityków, którzy od tamtej pory każdą dalszą eskalację przedstawiali jako wyraz solidarności z Ukrainą. Annalena Baerbock mówiła o prowadzeniu „wojny z Rosją”. Ursula von der Leyen obiecała zwycięstwo Ukrainy. Keir Starmer w istocie ogłosił front ukraiński swoją własną europejską linią frontu.

Kiedy pod koniec marca 2022 roku w Stambule toczyły się negocjacje w sprawie ewentualnego zakończenia wojny, Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Ochrony Konstytucji i Zwalczania Terroryzmu (OHCHR) udokumentowało już 3257 ofiar cywilnych na Ukrainie – w tym 1276 zabitych i 1981 rannych. Wiarygodne dane dotyczące liczby zabitych i rannych żołnierzy po obu stronach nie były wówczas jeszcze dostępne. Jednak szacunki sięgały już dziesiątek tysięcy.
Dziś, cztery lata później, szacunki strat wojskowych – zabitych, rannych lub zaginionych – wahają się od 1,7 do prawie 2 milionów żołnierzy rosyjskich i ukraińskich łącznie. Samo CSIS szacuje straty na około 1,2 miliona Rosjan i 500 000 do 600 000 Ukraińców. Ilu z tych ofiar można było uniknąć? To pytanie jest skierowane nie tyle do Moskwy, co do tych aktorów politycznych, którzy zdecydowali się na dalszą eskalację, dostawy broni i przedłużającą się wojnę na wyniszczenie. Wstydźcie się, podżegacze wojenni! Niech cierpienie każdej matki, która straciła dziecko w tej bezsensownej wojnie, pozbawi was snu! Ale do tego potrzebne jest coś w rodzaju sumienia. Myślę, iż bohaterowie tej wojny śpią całkiem dobrze.

Skutkiem tej polityki przedłużania wojny są kostnice, okopy i zniszczone miasta. Setki tysięcy żołnierzy zginęło, zostało rannych lub zaginęło. Dziesiątki tysięcy cywilów zginęło lub zostało rannych. A jednak ci, którzy przedłużają wojnę, dostarczając coraz więcej broni, są czczeni jako przyjaciele Ukrainy.

Oto wypaczenie naszych czasów: ci, którzy blokują pokój, nazywają siebie przyjaciółmi. Ci, którzy oczerniają negocjacje, nazywają siebie obrońcami wolności i demokracji. Ci, którzy pozwalają innym ginąć w beznadziejnej wojnie na wyniszczenie, otrzymują medale.

Ten akt oskarżenia skierowany jest przeciwko politycznym podżegaczom wojennym w Europie i USA, przeciwko tym, którzy ogłaszają Rosję jedynym sprawcą, ale ukrywają swój współudział w przedłużającej się konaniu. Rosja rozpoczęła tę wojnę. Ale Zachód zrobił wszystko, aby zapobiec jej wcześniejszemu zakończeniu. W tym tkwi jego historyczna wina.

Kto czerpie zyski z wojny?

„Wojna jest najlepszym kupcem. Zamienia żelazo w złoto”. Fryderyk Schiller

Wojna na Ukrainie to nie tylko katastrofa humanitarna. To także gigantyczny program stymulacji gospodarczej – dla producentów broni.

Weźmy na przykład firmę Rheinmetall.

Pod koniec 2021 roku, zaledwie kilka miesięcy przed rosyjską inwazją, akcje były notowane w okolicach 85–95 euro. Po wybuchu wojny natychmiast wzrosły powyżej 100 euro. W marcu 2022 roku po raz pierwszy przekroczyły granicę 200 euro. W latach 2025/2026 akcje tymczasowo oscylowały w okolicach 1600 euro, osiągając poziom prawie 2000 euro. choćby po spadkach, kurs utrzymywał się znacznie powyżej 1200 euro.

Oznacza to, iż cena akcji wycenianej na 90 euro wzrosła chwilowo do prawie 2000 euro. Wzrost, który byłby wyjątkowy choćby w sektorze technologicznym. Wojna zabija ludzi – i jednocześnie generuje rekordy giełdowe.

Znajoma chwaliła się, iż miała nosa do interesów, inwestując w akcje Rheinmetall we właściwym momencie. Zewnętrznie spokojna, ale w głębi duszy głęboko zaniepokojona, odpowiedziałam fragmentem Biblii. Jezus zadał następujące fundamentalne pytanie, zapisane w kilku Ewangeliach, w tym w Ewangelii Mateusza 16,26:

„Cóż bowiem za pożytek z tego, iż ktoś cały świat zyska, a na duszy swojej szkodę poniesie?”.

Jezus ostrzega przed poświęcaniem wewnętrznego i wiecznego dobrobytu dla czysto zewnętrznego, materialnego lub światowego sukcesu. Można dążyć do wszystkiego, co świat ma do zaoferowania w zakresie motywacji zewnętrznej (bogactwo, władza, prestiż, dobra materialne), ale jeżeli w tym procesie „straci się” własną duszę, sumienie lub relację z Bogiem – czymkolwiek sobie Boga wyobrażamy – ostatecznie nic się nie zyskuje. jeżeli wierzy się również w etykę odwetu, taką jak karma, to zakup akcji Rheinmetall był zdecydowanie złą inwestycją. Nie powinno zatem dziwić, iż w następnym życiu odrodzimy się jako ślimak.

Każdy, kto twierdzi, iż wojny nie przynoszą korzyści ekonomicznych, ignoruje rzeczywistość przemysłu zbrojeniowego. Firmy zbrojeniowe w Europie i USA odnotowały rekordowe zamówienia. Rheinmetall ogłosił zamówienia warte miliardy dolarów, rozbudowę mocy produkcyjnych i nowe zakłady produkcyjne.

Moim zdaniem, to rozstrzyga kwestię, kto ma materialny interes w przedłużaniu wojen tak długo, jak to możliwe. Ten interes – chciwość – ma imię: diabelski Mammon. Każdy, kto kupuje akcje broni, jest, moim zdaniem, częścią zła, choćby jeżeli na zewnątrz może sprawiać wrażenie „porządnego” obywatela.

Ponad 60 lat temu pewien człowiek wydał ostrzeżenie, które wydaje się dziś bardziej aktualne niż kiedykolwiek. Nie był to byle jaki działacz na rzecz pokoju. Nie lewicowy intelektualista. Ale pięciogwiazdkowy generał, były Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych NATO i prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki: Dwight D. Eisenhower. Krótko przed opuszczeniem urzędu wydał on dobitne ostrzeżenie:

„W instytucjach rządowych musimy chronić się przed uzyskaniem nieuprawnionego wpływu – celowego lub nieumyślnego – ze strony kompleksu militarno-przemysłowego”.

I dalej:

„Istnieje ryzyko katastrofalnego wzrostu błędnej władzy i będzie ono trwać”.

Już w 1961 roku amerykański prezydent dostrzegł niebezpieczeństwo, iż przemysł zbrojeniowy, wojsko i polityka mogą stworzyć strukturę władzy, która będzie realizować własne interesy – interesy, które z pewnością nie będą zgodne z pokojem, dyplomacją ani dobrobytem społeczeństwa.

Czy Eisenhower miał rację? Bez wątpienia!

Kiedy wojny wzbogacają całe gałęzie przemysłu, kiedy akcje firm zbrojeniowych gwałtownie rosną, podczas gdy ludzie giną w okopach, kiedy Rheinmetall notuje wzrosty cen akcji w ciągu kilku lat, o jakich normalne firmy mogą tylko pomarzyć, kiedy politycy wciąż reklamują nowe dostawy broni jako politykę pokojową – „zawarcie pokoju bronią”, kogo myślicie, iż oszukujecie – kiedy całe gospodarki mają być ponownie „gotowe do wojny”, kiedy młodzi ludzie mają być ponownie poświęcani, pytanie jest uzasadnione: Kto korzysta na przedłużającym się konflikcie? Ukraiński czy rosyjski żołnierz w okopach? Matka, która straciła syna? Emeryt, któremu obcięto świadczenia socjalne? Robotnik? A może te firmy, których portfele zamówień zapełniają się z każdą kolejną eskalacją?

Eisenhower nie ostrzegał przed Rosją. Nie ostrzegał przed Chinami. Ostrzegał przed strukturą władzy w swoim obozie. Ostrzegał przed systemem, w którym wojna staje się nie tylko narzędziem geopolitycznym, ale także ekonomicznym modelem biznesowym. To jedna z najbardziej szokujących prawd naszych czasów: trudno zakończyć konflikty, gdy kilka potężnych instytucji i osób ma w nich interes. Moim zdaniem podżegacze wojenni to elementy wysoce przestępcze.

Każdy, kto podważa sens wojny na Ukrainie, nie jest ekstremistą ani choćby wrogiem publicznym. Ktoś taki po prostu zadaje sobie to samo pytanie, które ponad sześć dekad temu zadał amerykański prezydent.

Może powinniśmy byli go posłuchać. Pacyfistyczni politycy, tacy jak Sahra Wagenknecht, a choćby ja, tak zrobili, ale wojowniczy politycy, tacy jak Anton Hofreiter, Roderich Kiesewetter, Friedrich Merz – BlackRock przesyła pozdrowienia – Annalena Baerbock, Marie-Agnes Strack-Zimmermann – Rheinmetall przesyła pozdrowienia – Keir Starmer, Emmanuel Macron, Ursula von der Leyen i im podobni, przez cały czas podążają ścieżką podżegania do wojny i są w ogromnym stopniu współwinni cierpieniu ludzi dotkniętych tą tragedią.

„Nigdy więcej wojny” – czy „gotowi do wojny”?

Przez dziesięciolecia Niemcy definiowały się poprzez historyczny imperatyw:

Nigdy więcej wojny!

Dziś ta sama republika mówi o gotowości bojowej i przezbrojeniu, uważa produkcję broni za rynek wzrostu, chce zbudować najsilniejszą konwencjonalną armię w Europie, chce zwiększyć wydatki na obronę, które pochłoną prawie połowę budżetu federalnego kosztem państwa opiekuńczego, i dyskutuje o ponownym wprowadzeniu obowiązkowego poboru.

29 października 2023 roku Boris Pistorius oświadczył w programie Berlin Direkt , iż Niemcy muszą być „gotowe do wojny”. Później zintensyfikował to stanowisko, stwierdzając, iż Niemcy muszą być „gotowe do wojny do 2029 roku”. Jak ten człowiek doszedł do roku 2029? Boska, czy raczej diaboliczna inspiracja? Federalne Ministerstwo Obrony używa tego sformułowania od tamtej pory, podobnie jak Bundestag. Dlaczego? Ponieważ społeczeństwo ma się przyzwyczaić do nieodpowiedzialnej retoryki wojennej, a gotowość wojenna ma stać się nową normą. Chociaż nasi parlamentarzyści z ugruntowanego kartelu partyjnego mogą nie być szczególnie zdolni do niczego poza zdobywaniem mandatów i zwiększaniem własnych diet, są mistrzami manipulacji – takiej jak ciągłe powtarzanie, sianie strachu i kreowanie wizerunku wroga.
Termin „gotowość wojenna” stał się politycznie definiujący. Jednak dla mnie przywołuje on skojarzenia historyczne, ponieważ podobna retoryka wojenna istniała przed I i II wojną światową.

Słowo „gotowy do wojny” to polityczny przełom. Nie oznacza ono „zdolny do pokoju”, „zdolny do dyplomacji”, ani choćby po prostu „zdolny do obrony”. Oznacza: gotowy do wojny . Zdolny do wojny. Gotowy do wojny. Społecznie, ekonomicznie, militarnie i mentalnie nastawiony na wojnę. Wstydź się, panie „Pistoliusie”, i wszyscy twoi wojowniczy towarzysze!

Pistorius sprzedaje tę retorykę jako środek odstraszający. Ale przygotowanie społeczeństwa do wojny nie zwiększa jego bezpieczeństwa. Zwiększa jego gotowość do wojny. Niemcy nie staną się bezpieczniejsze, powracając do fantazji o militarnej potędze – budowy najsilniejszej armii konwencjonalnej w Europie i podobnych wojowniczych, samobójczych myśli. Staną się bardziej podatne na ataki.

Niemcy i ich naród powinni się odrzucić na takie określenia. Dwie wojny światowe, miliony ofiar, zniszczone miasta, spalona ziemia – a teraz Niemcy, o zgrozo, mają znów być „gotowe do wojny” – mimo iż zadały ludzkości niezmierzone cierpienie, zwłaszcza w czasie II wojny światowej, i powinny były wyciągnąć z niej jedną kluczową lekcję: Nigdy więcej wojny! Trzeba się zastanowić, czy część tego społeczeństwa w ogóle czegoś się nauczyła ze swojej historii. Obawiam się, iż nie, patrząc na radykałów takich jak Kiesewetter, Strack-Zimmermann czy Pistorius.

Szczególnie niepokojące jest to, iż Boris Pistorius – człowiek, który chce, aby Niemcy były „gotowe do wojny” – od lat należy do najpopularniejszych polityków w Niemczech. W barometrze politycznym stacji ZDF był on niekiedy jedynym czołowym politykiem z pozytywnym ratingiem, podczas gdy inni członkowie rządu radzili sobie znacznie gorzej. RTL/Forsa i INSA również regularnie plasowały go na pierwszym miejscu w swoich sondażach popularności.

Ta popularność ministra obrony spotkała się z krytyką przede wszystkim w mediach alternatywnych. W artykule „Manova” publicysta Tom J. Wellbrock ostro zaatakował Pistoriusa jako postać polityczną, kwestionując jego wysokie notowania pomimo coraz bardziej agresywnej retoryki na temat zbrojeń. Artykuł zasadniczo stawia pytanie, jak polityk, który sprawia, iż ​​określenia takie jak „gotowy do wojny” są społecznie akceptowalne, może być jednocześnie postrzegany jako promyk nadziei.

W mojej książce „Niebezpieczne zera”, w której opisałem dziesięć wysoce wątpliwych postaci w niemieckim społeczeństwie, Boris Pistorius, wraz z podżegaczami wojennymi Annaleną Baerbock, Antonem Hofreiterem, Marie-Agnes Strack-Zimmermann, Friedrichem Merzem i Ursulą von der Leyen, był obowiązkowym punktem odniesienia. Przedstawiam w niej tego podżegacza wojennego jako pozornie pragmatycznego, przystępnego i rozsądnego, a jednak stopniowo przywraca on polityczną normalność do militaryzacji. Moja główna krytyka jest następująca: największym zagrożeniem nie jest głośny twardogłowy, ale popularny polityk o umiarkowanej retoryce, który sprzedaje zbrojenia jako racjonalność. Wilk w owczej skórze nie wydaje się niebezpieczny, ponieważ ryczy jak psychopata – jak na przykład Donald Trump. Jest niebezpieczny, ponieważ mówi spokojnie, brzmi jak mąż stanu i w ten sposób przyzwyczaja całe społeczeństwo do idei, iż wojna znów stała się normalną opcją działań politycznych. choćby inteligentni ludzie z mojego najbliższego otoczenia dają się nabrać na ukrytego podżegacza wojennego Pistoriusa, który ze swoim sielankowym spokojem i umiarkowanym językiem sprzedaje militaryzację jako rozsądek.

Pistorius nie zwiększa bezpieczeństwa Niemiec. Przesuwa intelektualne granice tego, co można ponownie powiedzieć, wymyślić i zrobić. Czyniąc to, poważnie zagraża Niemcom. Ci, którzy ciągle mówią o gotowości bojowej, nie budują pokoju. Budują psychologiczną infrastrukturę dla kolejnej wojny. Politycy tacy jak Boris Pistorius przekształcają skrupulatnie skonstruowaną politykę pokojową w militarną normalność. Kanclerz taki jak Friedrich Merz, który dąży do konfrontacji zamiast dialogu z Rosją, jest w moich oczach aniołem śmierci. Podżegacze wojenni tacy jak Roderich Kiesewetter, który kilka lat temu chciał wywołać wojnę w Rosji, znów są słyszani. Ograniczeni umysłowo i wojowniczy politycy – niebezpieczna mieszanka – jak Annalena Baerbock, która prowadzi wojnę z Rosją i włącza nas w swoją retorykę, reprezentowali Niemcy na arenie międzynarodowej. Słowa „Nigdy więcej wojny” coraz bardziej zanikają i są stopniowo wymazywane ze zbiorowej pamięci niemieckiego społeczeństwa.

Transformacja w kierunku gospodarki wojennej

Powstają nowe sojusze między przemysłem cywilnym a wojskiem. To, co kiedyś uważano za wyjątek, stopniowo staje się nową normą: przemysł motoryzacyjny, kolejowy, dostawcy, planowanie infrastruktury – wszystko jest coraz częściej postrzegane z perspektywy użyteczności wojskowej.

Szczególnie uderzającym przykładem jest Volkswagen. W 2025 roku Rheinmetall rozważał potencjalną współpracę z VW w swoim zakładzie w Osnabrück. Według Deutschlandfunk, VW potwierdził, iż podczas wizyty delegacji Rheinmetall otwarcie dyskutowano o „potencjalnych możliwościach współpracy w zakresie pojazdów wojskowych”. Prezes VW, Oliver Blume, wyraził wcześniej gotowość do większego zaangażowania w projekty wojskowe. Chociaż Reuters później donosił, iż Rheinmetall nie prowadzi już konkretnych negocjacji dotyczących Osnabrück, najważniejsze jest to, iż drzwi zostały otwarte. Rozważana jest cywilna fabryka samochodów jako potencjalny element produkcji zbrojeniowej. jeżeli ten element zostanie zrealizowany, wiem, których marek samochodów już nie kupię.

W Görlitz francusko-niemiecki koncern zbrojeniowy KNDS stopniowo przejmuje dawną fabrykę Alstomu, w której przez dekady budowano piętrowe pociągi i tramwaje. W przyszłości zakład będzie produkował komponenty do czołgu podstawowego Leopard 2, bojowego wozu piechoty Puma oraz moduły do ​​wariantów kołowego transportera opancerzonego Boxer. Przebudowa będzie przebiegać etapami; zakończenie przekazania zakładu planowane jest na 2027 rok. Ogłoszono już daty rozpoczęcia produkcji i pierwszego transferu personelu do KNDS.

Fabryka, która kiedyś przewoziła ludzi, staje się teraz fabryką dostarczającą komponenty do sprzętu wojskowego. To właśnie nazywamy dziś zmianą strukturalną. Symbolizuje to, jak podżegacze wojenni w Niemczech powoli przekształcają społeczeństwo z cywilnego w militarystyczne.

Continental i Rheinmetall również pokazują, w jakim kierunku zmierzają zmiany. W 2024 roku Continental podpisał list intencyjny z Rheinmetall, aby zaoferować pracownikom – z sektorów dotkniętych zmianami strukturalnymi – możliwości przejścia do przemysłu obronnego. Agencja Reuters jednoznacznie określiła to jako konsekwencję potrzeb kadrowych sektora obronnego w połączeniu z redukcją zatrudnienia w przemyśle motoryzacyjnym. ZF Friedrichshafen, tradycyjny dostawca motoryzacyjny, określa się jako partner przemysłu obronnego i dostarcza komponenty do pojazdów opancerzonych.

To sedno nowej gospodarki wojennej: tam, gdzie przemysł cywilny słabnie, uzbrojenie nagle okazuje się ratunkiem. Miejsca pracy nie są już zapewnione przez pokojowe technologie przyszłości, ale przez czołgi, amunicję, pojazdy wojskowe i logistykę wojenną.

W swoim artykule „Upadek zbrojeń: Dlaczego Niemcy i UE inwestują w wojnę”, opublikowanym w internetowym magazynie Overton, autor Michael Hollister argumentuje , iż słabość gospodarcza, deindustrializacja i stagnacja wzrostu gospodarczego mogą zwiększać pokusę wykorzystywania zbrojeń jako nowego motoru napędowego inwestycji i wzrostu. Mówiąc wprost, oznacza to, iż tam, gdzie dynamika przemysłowa słabnie – a spadek ten w Niemczech jest w dużej mierze spowodowany przez niekompetentnych lub wykształconych przez elity polityków – gospodarka wojenna nie jest już postrzegana jako wyjątek, ale jako rozwiązanie ekonomiczne.

W moim artykule „Cięcia socjalne dla gospodarki wojennej to wypowiedzenie wojny własnemu narodowi” na wassersaege.com napisałem w zasadzie: Podczas gdy politycy dyskutują o ogromnych cięciach w państwie opiekuńczym, miliardy są mobilizowane na zbrojenia, produkcję broni i infrastrukturę wojskową bez większej debaty. Priorytety niemieckich marionetek politycznych zmieniają się – odchodzą od zabezpieczenia społecznego w stronę siły militarnej.

Ale nie tylko fabryki przechodzą na gospodarkę wojenną. Drogi, mosty, linie kolejowe i porty są coraz częściej planowane i rozbudowywane z uwzględnieniem potrzeb wojskowych. UE i Niemcy pracują nad projektem „Mobilność Wojskowa”: celem jest umożliwienie szybszego przemieszczania się wojsk i ciężkiego sprzętu w Europie. Analiza DGAP wymaga regularnych raportów dotyczących dróg, mostów, tuneli, linii kolejowych i dróg wodnych – w tym klasyfikacji ładunków wojskowych. Sam rząd niemiecki przyznaje, iż Bundeswehra (niemieckie siły zbrojne) korzysta z cywilnej infrastruktury transportowej, zwłaszcza dróg, w celu przemieszczania się poza teren obiektów wojskowych. Czy nie widzieliśmy tego już 85–90 lat temu?

Mosty nie są remontowane tylko po to, by dojeżdżający mogli szybciej dotrzeć do pracy. Linie kolejowe nie są modernizowane tylko po to, by rodziny mogły punktualnie wyjechać na wakacje. Drogi nie są rozbudowywane tylko po to, by usprawnić codzienne życie. Pytanie dla podżegaczy wojennych brzmi: Czy ten most wytrzyma najazd czołgów? Czy ten pociąg przewiezie sprzęt wojskowy? Czy w kryzysie ta infrastruktura będzie w stanie przetransportować żołnierzy i broń na wschód?

To nie jest nieszkodliwa modernizacja. To postępująca militaryzacja życia cywilnego.
Jeszcze niedawno bardziej odpowiedzialni politycy zadawali sobie pytanie: Jak poprawić życie obywateli? Dziś pytanie brzmi: Jak przygotować kraj do wojny?

Czy to nie przewrotne? Społeczeństwo, które pozwala szkołom popadać w ruinę, przeciąża opiekunów, odrzuca emerytów i pozostawia rodziny same sobie z rosnącymi kosztami, nagle odkrywa swoją determinację, gdy potrzebne są czołgi. Nie ma pieniędzy na zniszczone klasy. Nagle znajdują się strategiczne uzasadnienia i wystarczające środki finansowe na remont mostów, które mogłyby przewieźć ciężki sprzęt wojskowy w nagłych wypadkach.

Gospodarka wojenna nie pojawia się z dnia na dzień. Pojawia się po cichu. Najpierw jako „punkt zwrotny”, potem jako „fundusze specjalne”, potem jako „gotowość wojenna”, potem jako bezpieczeństwo zatrudnienia, a na końcu jako program infrastrukturalny. I w pewnym momencie człowiek uświadamia sobie: cały kraj nie jest już nastawiony na pokój, ale raczej na kolejną wojnę. A wielu obywateli Niemiec siedzi jak zahipnotyzowane króliki przed wężem. Niemcy stały się demokracją widza.

Nie tylko Rheinmetall czerpie zyski. Duch zbrojeń przenika do gospodarki cywilnej. Do fabryk samochodów. Do kolei. Do łańcuchów dostaw. Do programów budowy dróg. Do statyki mostów. Do dyskursu politycznego. Do umysłów ludzi.

A ci, którzy to krytykują, nie są marzycielami, szarlatanami ani zwolennikami teorii spiskowych. Po prostu widzą wcześniej niż inni, dokąd ten rozwój prowadzi.

Jak będzie finansowana nowa gospodarka wojenna? Kosztem państwa opiekuńczego.

Dozbrojenie kosztuje. Gospodarka wojenna kosztuje. „Gotowość wojenna” kosztuje. najważniejsze pytanie brzmi zatem nie czy zostanie opłacona, ale kto za nią zapłaci.

Odpowiedź brzmi:

Nie bogaci, nie wielcy spekulanci, nie te korporacje, których zyski rosną z każdym kontraktem zbrojeniowym. To powinni płacić pracownicy, emeryci, rodziny i osoby wykluczone społecznie.

Podczas gdy nagle mobilizuje się pieniądze o niemal niewyobrażalnych kwotach na zbrojenia, broń, amunicję, infrastrukturę wojskową i wielomiliardowe fundusze specjalne, gdzie indziej apeluje się: oszczędzaj na opiece, oszczędzaj na edukacji, oszczędzaj na emeryturach, oszczędzaj na usługach socjalnych.

Jednocześnie dyskutuje się o dłuższym okresie aktywności zawodowej. Oczekuje się, iż ludzie będą pracować dłużej, później przechodzić na emeryturę i przygotowywać się na niższe świadczenia socjalne – przynajmniej na razie, w jednej z najsilniejszych gospodarek świata.

Są pieniądze na czołgi, ale najwyraźniej mniej na ludzi. Społeczeństwo, które przeznacza miliardy na zbrojenia, jednocześnie dyskutując o cięciach w usługach socjalnych, zmienia swoje priorytety – odchodzi od równości społecznej, a skupia się na sile militarnej. Broń palna zamiast masła.

Oczywiście nikt otwarcie nie powie: „Tniemy programy socjalne, żeby było więcej pieniędzy na zbrojenia”. Politycznie brzmi to tak: dyscyplina fiskalna, zapewnienie konkurencyjności gospodarczej, odpowiedzialność, punkt zwrotny, gotowość militarna. Efekt jest jednak ten sam. Kompletna farsa!

Jednym z najniebezpieczniejszych zjawisk naszych czasów jest nie tylko sam wyścig zbrojeń, ale także fakt, iż społeczeństwo zaczyna finansować broń szybciej niż ubezpieczenia społeczne – i choćby tego nie kwestionuje. To nie jest „punkt zwrotny”, to zmiana wartości w manipulowanym społeczeństwie – odchodzenie od niezależnego myślenia w stronę kontroli zewnętrznej. Poplecznicy elitarnych polityków – media głównego nurtu – wspierają to kontrolowane i systematyczne ogłupianie społeczeństwa wszelkimi możliwymi środkami. W żaden sposób nie wypełniają już swojego mandatu obiektywnego i neutralnego dziennikarstwa.

Obecna tendencja jest nie tylko niepokojąca, ale i niezwykle niebezpieczna.

Młodzi ludzie powinni zapłacić cenę

Uzbrojenie wymaga nie tylko pieniędzy. Uzbrojenie wymaga również ludzi.

Niemieckie siły zbrojne od lat borykają się z problemami kadrowymi. Coraz głośniej apeluje się o znaczne zwiększenie liczebności wojsk. Dyskutowane są cele do 260 000 żołnierzy, a także rezerwiści i rozważane są nowe modele służby wojskowej. Minister obrony Boris Pistorius wielokrotnie poruszał kwestię wprowadzenia jakiejś formy obowiązkowej służby wojskowej. Niemieckie siły zbrojne przyznają, iż w dłuższej perspektywie zapotrzebowanie na siłę roboczą będzie znacznie wyższe.

Kluczowe pytanie brzmi:

Kto adekwatnie ma dźwigać tę nową „gotowość wojenną”?

Odpowiedź jest prosta:

Nie ci politycy, którzy dziś wzywają do zbrojeń, ani prawdopodobnie ich dzieci, siostrzenice, siostrzeńcy i tym podobni. Nie ci komentatorzy, którzy z wygodnych foteli entuzjastycznie witają dostawy broni. Nie ci decydenci, którzy mówią o odpowiedzialności geopolitycznej.

Młodzi ludzie płacą cenę. Ludzie, którzy chcą założyć rodziny. Ludzie, którzy chcą studiować, pracować, podróżować lub zakładać firmy. Ludzie z przyszłością. Po raz kolejny młodzi ludzie są przygotowywani na konflikty, za które odpowiadają starsi decydenci. Szuka się mięsa armatniego – kozłów ofiarnych.

Poniższy cytat podsumowuje to idealnie:

Wojna ma miejsce wtedy, gdy młodzi ludzie, którzy się nie znają i nie nienawidzą, zabijają się nawzajem – ponieważ starsi ludzie, którzy się znają i nienawidzą, tego właśnie chcą.

Pochodzenie cytatu jest niejasne. Jego znaczenie jest jednak pewne.

Ofiarami wojen zawsze byli nieproporcjonalnie młodzi ludzie. W wojnie na Ukrainie straty militarne po obu stronach szacuje się w tej chwili na ponad milion zabitych, rannych lub zaginionych. Za każdą liczbą kryła się kiedyś osoba z planami, nadziejami i bliskimi. To nie ojcowie powinni chować swoich synów, ale synowie chować swoich ojców.

Każdy, kto dziś używa terminu „gotowy do wojny”, powinien jasno zdefiniować, co on oznacza: nie chodzi tu tylko o więcej czołgów, więcej broni czy wyższe wydatki na wojsko; chodzi przede wszystkim o więcej młodych ludzi, którzy w kryzysie będą walczyć i potencjalnie stracą życie lub powrócą ranni. I po co, a raczej dla kogo? Aby pomóc elitom władzy i majątku osiągnąć ich nieludzkie cele. Młodzi mężczyźni i kobiety, proszę, nie wierzcie w te bzdury, iż w kryzysie walczycie za naród i ojczyznę, za bezpieczeństwo Niemiec. Walczycie za kilku starych, nieodpowiedzialnych mężczyzn, którzy z pewnością nie wyślą swoich dzieci na wojnę.
Mój apel do młodego pokolenia: Zastanówcie się dobrze, czy chcecie podjąć ten krok i wstąpić do Bundeswehry (niemieckich sił zbrojnych). jeżeli nie chcecie, choćby z poborem, istnieją sposoby na uniknięcie tego przymusu stworzonego przez samolubnych podżegaczy wojennych.

Biorąc pod uwagę swoją mroczną historię, którą zawdzięczają podżegaczom wojennym z przeszłości, Niemcy powinny zachować szczególną ostrożność. Zamiast tego, język, w którym zbrojenia są utożsamiane z odpowiedzialnością, a przygotowania do wojny uważane za racjonalne, ponownie staje się społecznie akceptowalny, wymagając od żołnierzy zbudowania najsilniejszej armii w Europie. Ci sami pozbawieni skrupułów podżegacze wojenni znów działają! Wstydźcie się, podżegacze wojenni! Wiem, iż się powtarzam, ale nie potrafię wystarczająco często wyrażać swojej odrazy do tych ludzi.

Młodzi ludzie potrzebują przyszłości, edukacji, rodzin, innowacji, niedrogich mieszkań i perspektyw, a nie mobilizacji wojskowej w swoich umysłach. Prawdziwa odpowiedzialność wobec młodego pokolenia nie polega na przygotowywaniu ich do wojny, ale na zapewnieniu im obiecującej przyszłości i zrobieniu wszystkiego, co możliwe, aby nigdy nie musieli się do niej przygotowywać. Proszę porozmawiać z Władimirem Putinem, panie Merz. A może brakuje panu odwagi?

Wielkim osiągnięciem polityki byłoby nie przygotowanie młodych ludzi do wojny, ale ich przed nią ochrona. Wydaje się to niemożliwe z obecnym wojowniczym „materiałem politycznym” mianowanym na stanowiska przez elity władzy i majątku. Nie jest to zresztą zamierzone, ponieważ ci wykształceni przez elity politycy od dawna jawnie zwrócili się przeciwko własnym obywatelom, co stało się aż nazbyt oczywiste podczas pandemii COVID-19.

Rosja jako zagrożenie – rzeczywistość, narracja czy konsekwencja własnej polityki?

Od pewnego czasu w Niemczech pojawia się wielokrotnie zaskakująco konkretna liczba:

2029.

Niemcy muszą osiągnąć „gotowość wojenną” najpóźniej do 2029 roku. Rosja byłaby wtedy zdolna militarnie zagrozić państwom NATO. Rosja jest już dziś w stanie to zrobić. Czy propagatorzy tego nonsensu zakładają, iż Putin „poczeka” z umiarem, aż Europa będzie gotowa do walki z Rosją? To ostrzeżenie powtórzył minister obrony Boris Pistorius i przedstawiciele wojska.

Dlaczego akurat 2029?

Czy ten rok opiera się na wiarygodnych informacjach wywiadowczych? Na wojskowych grach wojennych? Na obliczeniach prawdopodobieństwa? A może jest to przede wszystkim scenariusz polityczny, mający na celu uczynienie zbrojeń bardziej akceptowalnymi społecznie? Jedno powinno być jasne: rok 2029 nie jest faktem. Rok 2029 to założenie poczynione – moim zdaniem – przez niekompetentnych, wojowniczych i ostatecznie głupich ludzi.

Jednak założenie gwałtownie przeradza się w uczucie. Uczucie przeradza się w strach. A strach prowadzi do decyzji politycznych, które w normalnych okolicznościach i przy mniejszym strachu społeczeństwa napotkałyby znacznie większy opór.

Więcej broni, więcej długu na zbrojenia, więcej żołnierzy, większa „gotowość wojenna” – to wszystko jest uzasadnione tym absurdalnym założeniem. W tym kontekście należy zadać pytanie: dlaczego Rosja miałaby w ogóle atakować Europę lub Niemcy?

Rosja posiada najdłuższe granice lądowe na świecie – ponad 60 000 kilometrów – ogromne rezerwy surowców i własne, poważne wyzwania w zakresie bezpieczeństwa. Jaki strategiczny interes miałaby Rosja w militarnej okupacji Niemiec? Z powodu starzejącej się infrastruktury? Z powodu wysokich kosztów energii? Z powodu braku surowców? A może Rosja chce przejąć nasze ogromne aktywa specjalne, czyli długi? Nie ośmieszajcie się, panie Pisorius i jemu podobni! W moich oczach właśnie tym jesteście: absurdalnymi postaciami, kontrolowanymi przez światowe elity finansowe, które doprowadzą Niemcy do ruiny, jeżeli ich nie powstrzymamy.

Inwazja Rosji na Ukrainę jest niewybaczalna. Niemniej jednak nasuwa się pytanie: jak w ogóle doszło do dzisiejszej konfrontacji na polu bezpieczeństwa?

Tu właśnie wchodzi w grę ekspansja NATO na wschód. W 1990 roku ówczesny sekretarz stanu USA James Baker powiedział coś w tym stylu:

„Ani jednego cala na wschód”.
„Ani jednego centymetra na wschód”.

Choć nie było to wiążące zobowiązanie wobec przyszłego rozszerzenia NATO, jak często argumentują podżegacze wojenni, nie ma żadnego pisemnego traktatu, żadnego prawnie wiążącego porozumienia. Ale czy słowa wysoko postawionego polityka są bezwartościowe? Z drugiej strony, kiedy patrzę na obietnice złożone przez Friedricha Merza przed wyborem na kanclerza…

Z drugiej strony, moim zdaniem, rosyjski punkt widzenia słusznie podkreśla, iż ​​chociaż nie zawarto żadnej pisemnej umowy, to i tak złożono obietnicę polityczną, która doprowadziła do złamania zaufania.

Nie jest aż tak ważne, kto ma historyczną rację. jeżeli Rosja jest przez dekady okrążana przez ekspansję NATO na wschód – niezależnie od tego, czy Zachód podziela ten pogląd – reakcja Rosji jest zrozumiała. Z rosyjskiej perspektywy potencjalne przystąpienie Ukrainy do NATO przekroczyło czerwoną linię – potencjalny konflikt, który Joe Biden przewidział już w 1997 roku w związku z ekspansją NATO na wschód. Zrozumiałe jest, iż Stany Zjednoczone również nie byłyby zadowolone, gdyby Meksyk lub Kanada rozmieściły na nie rakiety w bezpośrednim sąsiedztwie swoich granic.

Wojna na Ukrainie nie rozpoczęła się w lutym 2022 roku, ale jest wynikiem lat celowo zaplanowanej eskalacji. Rozpoczęła się najpóźniej wraz z Euromajdanem w 2014 roku, o czym wiedział również Jens Stoltenberg, były sekretarz generalny NATO.

Wniosek

Być może największą tragedią Europy nie jest atak Rosji na Ukrainę. Moim zdaniem, większą tragedią jest to, iż ci sami politycy, którzy codziennie mówią o pokoju, sprzedają każdą nową dostawę broni na Ukrainę jako akt moralny. Prawdziwym wypaczeniem jest fakt, iż dziś zbrojenia uważa się za politykę pokojową, a przedłużanie wojny za wyraz solidarności z Ukrainą.
Dla mnie pytanie nie brzmi już, kto rozpoczął tę wojnę ani kto sprowokował ten krok, ale raczej: kto mógł ją zakończyć wcześniej – i nie chciał?

Z najgłębszą pogardą dla wszystkich podżegaczy wojennych
, Uwe Froschauer

Читать всю статью