Z Mariuszem Kołodziejskim, wiceprezesem zarządu Stowarzyszenia „Pomost”, rozmawiamy o wspieraniu dzieci i młodzieży oraz ich rodzin w powrocie do funkcjonowania w społeczeństwie po kryzysie oraz o wolontariacie, który staje się skuteczną formą terapii.
Mariusz Kołodziejski
Rozwiń biogramWiceprezes Zarządu Stowarzyszenia „Pomost” oraz kierownik Regionalnego Centrum Wolontariatu „Centerko” w Łodzi. Pedagog, arteterapeuta i terapeuta zajęciowy. Od ponad 25 lat aktywnie działa na rzecz rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, angażując się w inicjatywy społeczne i wolontariackie. Autor i współautor ponad stu programów oraz projektów związanych z wolontariatem, w tym innowacyjnych rozwiązań z zakresu wolontariatu włączającego i integracyjnego. Realizowane przez niego przedsięwzięcia obejmowały m.in. wolontariat osób chorujących psychicznie, osób z niepełnosprawnością wzroku i słuchu oraz seniorów angażowanych poprzez kulturę Hip Hop. Wiele z tych inicjatyw zostało wyróżnionych i nagrodzonych na szczeblu ogólnopolskim. Aktywnie uczestniczy w pracach Ogólnopolskiej Sieci Centrów Wolontariatu oraz Programu Korpus Solidarności, promującego wolontariat długoterminowy i systematyczny w Polsce. W 2008 roku wraz z podopiecznymi Stowarzyszenia „Pomost” współtworzył Regionalne Centrum Wolontariatu „Centerko”, które posiada certyfikat Miejsca Przyjaznego Wolontariuszom.
Jaki jest stan psychiczny polskiego społeczeństwa?
Mariusz Kołodziejski: Nie znam statystyk, natomiast po pandemii, wydarzeniach, które dzieją się w Polsce i na świecie, rzeczywiście panuje duży kryzys.
Prowadzimy poradnię, więc widzimy, iż zmienił się profil pacjenta. Pojawiły się dzieci, które do tej pory do nas nie przychodziły. Seniorzy, którzy zostali w domu, też wymagają opieki.
Osoby, które się do nas zgłaszają po pomoc, skarżą się na przemęczenie, przestymulowanie. Teraz jest tendencja dbania o dobrostan i ludzie, zamiast spojrzeć konstruktywnie i trochę bardziej praktycznie na niektóre sfery życia, jeszcze bardziej się izolują i wycofują z aktywności, bo słyszą, iż trzeba o siebie zadbać, przez co nie wychodzą na zewnątrz. To jeszcze bardziej pogłębia ich trudności i kryzysy psychiczne.
Nasi pracownicy też oceniają swój stan jako trudny.
Wspomniał pan, iż ludzie boją się konfrontacji z tym, co przynosi życie. A życie zawsze będzie nam przynosić jakieś trudności. Mam wrażenie, iż traktujemy je jak film reklamowy, tylko nikt nie bierze pod uwagę tego, iż realność wygląda trochę inaczej.
Chcemy, żeby było wszystko idealne, żebyśmy byli zdrowi, mieli poukładane życie rodzinne i zawodowe. Natomiast problemy są, trzeba się z nimi konfrontować i je rozwiązywać.
Pojawiły się jakieś pomysły na radzenie sobie z lękiem, z problemami, np. grupy wsparcia i różne warsztaty. To są dobre rozwiązania, ale tylko na jakiś czas albo jako uzupełnienie.
Natomiast wiele osób za bardzo się poddało trendowi nastawionemu na dbanie o dobrostan i wycofywanie się z aktywności, i żyje tylko tym, jak wyjść z kryzysu.
Wielu naszych pracowników też się temu poddało i trudno było im potem wrócić do aktywności [po pandemii – przyp. red.]. Mnie zajęło cztery lata, żeby zespół z powrotem się zmobilizował.
Tygodnik Spraw Obywatelskich
Od 2020 roku odkrywamy niewygodne prawdy i nagłaśniamy historie, które mają moc zmieniać Polskę.
Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą
W gruncie rzeczy problemów nie było więcej niż poprzednio, tylko nauczyliśmy się, iż możemy sobie powiedzieć, iż jest tego za dużo. W efekcie zamiast się z nimi mierzyć, wycofujemy się, myśląc, iż w ten sposób dbamy o dobrostan albo sferę rodzinną. Za bardzo zaczęliśmy się pochylać nad sobą wewnętrznie, zamiast szukać praktycznych rozwiązań, które by pomogły nam te kryzysy przejść.
Jakie problemy mają dzieci?
Dzieci się wyizolowały, mają trudności w nawiązywaniu kontaktów. Wciągnęła je technologia, wcześniej też miały do niej dostęp, ale teraz to się nasiliło. Nie potrafią ze sobą rozmawiać, nie spotykają się ze sobą.
Cyfrowe dzieciństwo – trudna dorosłość. Jakie konsekwencje poniesie w przyszłości pokolenie wpatrzone w ekran? Marta Korendo
Wiele z nich nie radziło sobie z wyzwaniami po powrocie do szkoły [po okresie pandemii – przyp. red.]. Dla niektórych był to okres dużych zmian, na przykład przejścia z podstawówki do liceum. W efekcie życia w trybie online okres, kiedy się poznajemy, kiedy dojrzewamy, został ucięty, nie mamy z kim o tym porozmawiać.
Nie wszystko da się załatwić przez zoom czy czat.
Potrzebne są zdrowe relacje. Szkoła jest środowiskiem, które integruje, ale dla wielu młodych ludzi to komunikatory są główną formą kontaktu międzyludzkiego. To bardzo wpłynęło na ich kondycję psychiczną i stąd więcej chorób, prób samobójczych, samookaleczeń.
A jak współpracuje się wtedy z rodzicami?
Nie mamy szerokiej terapii i współpracy z rodzinami, bo do nas przychodzą osoby dorosłe. Natomiast jeżeli do poradni przychodzi osoba niepełnoletnia, organizujemy osobne spotkania z dzieckiem i osobne z rodzicem, są też wspólne rozmowy. Terapeuci dbają o to, żeby dawać rodzicom wskazówki, jak mają sobie z dzieckiem poradzić albo gdzie szukać pomocy.
Poradnia świadczy pomoc doraźną i kryzysową, która nie może kończyć się w momencie wyjścia pacjenta z ośrodka. Dzieci wracają do domu, do szkoły, spotykają się z pedagogiem, uczestniczą w terapii środowiskowej. Ale leki, psycholog czy psychoterapeuta to nie wszystko. To musi działać kompleksowo. A dla rodziców to jest nowość, oni też dopiero się tego uczą. Więc edukacja rodzica jest istotna.
Dzieci i młodzież cały czas komunikują się w internecie i natykają się na hejt. Czy sądzi pan, iż to wpływa na ich zdrowie psychiczne?
Mocno wpływa.
Ten hejt może pojawić się niezależnie od tego, co się dzieje, ale może być osobnym zjawiskiem albo sytuacją ostracyzmu, kiedy wyjdzie na jaw, iż ktoś korzysta z pomocy specjalisty. Młodzież często czerpie wiedzę z internetu, bezkrytycznie przyjmuje informacje, które są niezweryfikowane, samodiagnozuje się i organizuje sobie leczenie.
Zdrowie psychiczne na Instagramie. Czy mamy się czego obawiać? Weronika Mańczak
Czyli przez cały czas pomoc specjalisty jest negatywnie oceniana?
Jest różnie. Dużo się o tym mówi i młodzież jest bardzo wyedukowana, ale to nie zmienia faktu, iż korzystanie ze wsparcia specjalisty może stać się pretekstem, żeby kogoś wyśmiać. Myślę, iż ta pomoc nie jest tak negatywnie odbierana, jak 10 lat temu.
Natomiast przez cały czas myli się psychiatrę z psychologiem i psychoterapeutą. Dla niektórych to jedno i to samo.
A największym zagrożeniem jest korzystanie tylko z informacji znalezionych w internecie albo od osób niewykwalifikowanych.
To może być niebezpieczne. Tworzą się grupy samopomocy, czyli młodzi rozmawiają o swoich przypadłościach i szukają różnych rozwiązań albo dzielą się informacjami, jakie leki biorą, jakie używki, a czego nie brać. To już są takie skrajne sytuacje, które początek mają w tym, co się dzieje w domu, w otoczeniu, na świecie.
Bo pandemia to tylko impuls, natomiast problem leży głębiej.
I tutaj, do poradni, trafiają właśnie takie osoby, dla których pandemia, wojna czy lęk społeczny jest elementem zapalnym, bo jeżeli ktoś ma poukładane w domu czy w otoczeniu, ryzyko, iż to wywoła jakiś kryzys psychiczny, jest mniejsze, bo taka osoba wie, do kogo może się zwrócić.
Stowarzyszenie „Pomost” od ponad 20 lat działa na rzecz osób chorujących psychicznie i ich rodzin. Czy te osoby są bardziej świadome i chętniej się zgłaszają do państwa?
Tak, ludzie są bardziej świadomi, nie wstydzą się albo wiedzą, iż trzeba coś ze sobą zrobić. Jak „Pomost” powstał w 2000 roku, był jedną z pierwszych organizacji zajmujących się osobami, które wychodzą ze szpitala. Dziś mamy znacznie więcej tego typu ośrodków.
Wtedy nie było pomysłu, jak pomóc młodzieży, która wychodzi ze szpitala, a nie wróci do szkoły, na studia, do pracy. Teraz mamy działające w tym obszarze organizacje pozarządowe, poradnie, kluby, więc pomocy psychologiczno-psychiatrycznej jest o wiele więcej. Natomiast osoby, które tutaj przychodzą, zdecydowanie wiedzą, po co to robią. Są bardziej otwarte.
Jak zaczynałem, to była garstka osób, które już miały jakieś swoje historie, były kilka razy hospitalizowane i gdzieś musiały trafić. Natomiast nie zawsze przychodziły same z siebie, tylko raczej lekarz albo rodzic je pokierował. Teraz sami ludzie przychodzą, bo mają dostęp do informacji.
Gdy dziecko choruje. O psychologicznym wsparciu w onkologii dziecięcej Wioleta Pawlik-Nowacka
Czy Stowarzyszenie realizowało projekty zwiększające świadomość społeczną na temat zdrowia psychicznego i jak duże było nimi zainteresowanie? Kto zgłaszał się do takich projektów?
Zazwyczaj organizowaliśmy wydarzenia edukacyjne i profilaktyczne w październiku w ramach Dnia Zdrowia Psychicznego [Dzień Zdrowia Psychicznego obchodzimy 10 października – przyp. red.]. Współpracowaliśmy z różnymi partnerami – szkołami, firmami i korzystały z tego różne grupy, w zależności od formy, w jakiej organizowaliśmy wydarzenie. Często były to na przykład bezpłatne konsultacje, część stacjonarnie w „Pomoście”, część w miejscach publicznych, i były duże kolejki.
Przychodzili rodzice z dziećmi, przychodziły osoby z ulicy, osoby, które się zapisały wcześniej i chciały pójść do konkretnego specjalisty. Te wydarzenia cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem.
Co roku staramy się, żeby odbywały się w trochę innej formie, żeby ta edukacja się niosła i nowe grupy poznawały nie tylko naszą ofertę pomocy, ale żeby w ogóle wiedziały, jak zadbać o zdrowie psychiczne i gdzie szukać pomocy.
Teraz w mediach dużo się mówi o zdrowiu psychicznym dzieci i dorosłych. Czy według pana niektóre rzeczy nie są pomijane? Czy jest pan zadowolony, iż media w końcu się zajęły tym tematem?
Tak, jestem zadowolony, iż media zajęły się tym tematem, bo w Polsce działamy akcyjnie, reagujemy dopiero, jak jest problem.
Ktoś zauważył, iż zaczyna się pojawiać masowy problem z dziećmi i dopiero wtedy media zaczęły o tym trąbić.
Natomiast fajnie by było, żeby w tych sprawach wypowiadali się specjaliści , a nie tylko ktoś z telewizji czy z fundacji telewizyjnych. Wielu celebrytów zaczyna o tym mówić. Bazują na swojej intuicji, doświadczeniach. Ale w mediach potrzeba więcej pokazywania organizacji, które zajmują się tym na co dzień.
Byliśmy w różnych programach telewizyjnych śniadaniowych, gdzie mogliśmy się podzielić wiedzą. Coraz częściej w mediach pojawiają się informacje na temat zdrowia psychicznego, w większości jest to wiedza sprawdzona merytorycznie, pokazywane są statystyki, więc myślę, iż jest to jakieś odniesienie.
Powinny się też wypowiadać osoby po kryzysie. Jest dużo podcastów na ten temat w internecie. Czy to informacje zweryfikowane? Nie wiem. Powinien być do tego komentarz specjalisty, autorytetu z organizacji albo reprezentującego sieć pacjentów czy lekarzy, który wzmocni tę informację.
Z dużą liczbą specjalistów – lekarzy, terapeutów – państwo współpracujecie w swojej poradni?
W każdej podjednostce, którą prowadzimy, jest kierownik i sztab specjalistów. Wiadomo, iż w poradni są to osoby wyspecjalizowane w terapii długoterminowej i indywidualnej czy grupowej.
W ośrodkach otwartych są specjaliści, którzy prowadzą zajęcia warsztatowe, otwarte. W poradni mamy psychiatrę, psychoterapeutę, pedagoga, psychologa. Mamy asystentów zdrowienia, czyli osoby po kryzysie psychicznym, które teraz swoim doświadczeniem wspierają kolejne osoby.
Czy wasze działania są dotowane przez NFZ?
Kiedyś byliśmy podpięci pod NFZ, w tym momencie jest to działalność stricte komercyjna. Jest dużo utrudnień i ograniczeń i łatwiej nam zorganizować tę pomoc bez NFZ-u.
Brakuje jednak kompleksowości i jakiejś sieci wsparcia.
Jest walka o pacjenta. Trudno nam czasami pozyskać nowych, bo choćby jak ktoś chce przyjść, to jest zatrzymywany przez inną instytucję, która też walczy o tego pacjenta, bo albo jest dotowany, albo sam płaci, więc nie chcą, żeby odszedł. Taka trochę niezdrowa rywalizacja. Pacjent stał się klientem.
Pytam o to, bo co jakiś czas słychać o likwidacji szpitali i ośrodków pomocy. Jak sektor leczenia naszych niedoborów psychicznych działa w takiej zinstytucjonalizowanej formie, gdzie finanse grają dużą rolę?
Niestety jest walka o klienta, pacjenta, beneficjenta. Często zamiast go aktywizować, zatrzymuje się go w jakimś miejscu na lata.
Wiele razy w Centrum Wolontariatu spotkałem się z taką sytuacją, iż osoba po kryzysie psychicznym chciała przyjść na wolontariat. Natomiast opiekun tej osoby kategorycznie zabraniał, mimo iż wiedziałem, iż ta osoba dałaby sobie radę. Ale była pewnie obawa, iż pacjent wyzdrowieje albo się zaktywizuje i pójdzie do pracy, nie daj Boże. I nie będzie już atrakcyjnym klientem dla danego podmiotu. Wypadnie im osoba ze wskaźnika.
I w ten sposób hodujemy sobie pacjentów DPS-ów.
Bo ich nie rozwijamy, nie stymulujemy, nie wypychamy na zewnątrz, tylko proponujemy z jednej strony leczenie farmakologiczne, z drugiej strony leczenie w ośrodkach, które stają się gettami osób chorujących. Nie włączamy ich do środowiska osób zdrowych, żeby rozwijały wspierające ich wzorce, tylko wzmacniamy ich problemy.
Na ile, pana zdaniem, środowisko zewnętrzne jest gotowe na przyjęcie takich osób? Bo można mówić, iż ktoś się zaktywizuje dzięki wolontariatowi, bo państwo będziecie o niego dbać i wychodzić mu naprzeciw. Ale z pracą może już nie być tak łatwo.
Jeżeli organizacja zbuduje sobie odpowiednie środowisko partnerów, jest o wiele łatwiej. Mamy takich partnerów, do których kierujemy naszych podopiecznych, organizujemy im praktyki, wolontariat, staże.
Często takie osoby na wolontariatach ogarniają sobie pracę, bo są zdeterminowane, żeby pokazać, iż mimo trudności im na tej aktywności zależy. Na pewno trudno jest im znaleźć pracę, jeżeli robią to sami i przyznają się jeszcze, iż chorują.
Z drugiej strony pracodawcy coś niecoś wiedzą o tych problemach i chorobach, mogą korzystać z dość wysokich dofinansowań, z PFRON na przykład, więc dla niektórych choroba to może być, mówiąc brzydko, atut, bo na tę osobę zyskają dofinansowanie na zorganizowanie stanowiska pracy albo stażu.
Trzeba pamiętać, iż choroba chorobie nierówna, bo jeden człowiek może mieć przejściowe załamanie psychiczne, jakąś formę depresji, a ktoś inny może być w takim stanie, iż nie będzie całkowicie samodzielnie funkcjonował.
Wtedy mu tego nie proponujemy. Skupiamy się na tym, co możemy. Dla niektórych to mieszkanie, dla innych klub, dla innych jeszcze jakaś praktyka, kurs, coś, żeby wyszli na zewnątrz.
Natomiast o ile mówimy o osobach w kryzysie, to mówimy „osoba chorująca psychicznie”, dlatego, iż to nie jest ciągły stan.
Ta osoba może być w chorobie, może w niej nie być. Bo okresy zdrowienia i remisji się przeplatają albo jest to tylko jeden epizod. A czasem jest to na tyle niekolizyjny stan, iż nie wyklucza tej osoby z pracy czy innych aktywności.
Są różne trudności psychiczne, jest depresja, ale też schizofrenia albo zaburzenia osobowości, a czasem zaburzeń i chorób w jednej osobie mamy wiele.
Depresja to choroba i trzeba o tym mówić wprost Anna Morawska-Borowiec, Magdalena Boroń
Mówił pan o tym, iż osoby po chorobie wspierają innych w leczeniu i iż na przykład mogłyby mówić o tym więcej w mediach. Tylko czy one się nie wstydzą? Bo przez cały czas jednak wydaje mi się, iż choroby psychiczne są stygmatyzujące.
Generalnie bardzo się tego boją. Dla niektórych wyjście z domu i przyjście do ośrodka jest problemem. A co dopiero wystąpienie publiczne. Na to trzeba być gotowym i to zwykle są osoby, które pewien proces leczenia i terapii mają za sobą. Już sobie zdają sprawę, iż ta choroba jest, i teraz chcą się podzielić tym, jak to wygląda.
My tutaj promujemy samorzecznictwo. Asystenci zdrowienia to taka nieliczna grupa, która jest na to gotowa. Od dwóch lat prowadzimy kampanię 1,5%. Przedstawiamy w niej historię takiej osoby i mówimy, jak leczenie wpływa na poprawę zdrowia.
Mieliśmy też projekt „Aktywizacja chorujących psychicznie poprzez wolontariat”, gdzie historie ponad połowy uczestników zostały upublicznione. Z udziałem dwóch osób powstał trochę większy materiał.
Jakie były ich wrażenia?
Bardzo pozytywne. Cieszyły się, iż mogły to zrobić, choć bały się bardzo. To było wiele miesięcy pracy. Ważne było, żeby wiedziały, co mają mówić, żeby były spokojne, żeby to nie była improwizacja, bo osoby chorujące lubią strukturę: co będzie, z kim, gdzie, ile czasu będzie trwało, jak będzie obciążające, o co będą pytali. Uczestnicy znali scenariusz, nasze koordynatorki też pomagały, były spotkania z producentem tego materiału, więc te osoby były przygotowane.
My jako pracownicy też występowaliśmy i sami się stresowaliśmy. Pomogło im to, iż zrobiliśmy to wspólnie. To było dla nich nowe doświadczenia, poza tym coming out’em to była dla nich praca nad pewnością siebie.
Współpracują państwo z Instytutem Spraw Obywatelskich. Jaką wygląda ta współpraca?
Pierwszą współpracę zaczęliśmy chyba w 2008 roku. Była to kooperacja merytoryczna, czyli udział w szkoleniach, w doradztwie społecznym. Instytut też promował nasze wydarzenia, udzielał doraźnych konsultacji oraz wsparcia finansowego w postaci usługi społecznej. Wzięliśmy udział w konkursie „Pakiet dla społecznych rakiet”, w którym mogliśmy wzmocnić jakąś inicjatywę albo działalność promocyjną.
Kiedy nie mieliśmy finansów albo brakowało nam wiedzy, Instytut wypełniał tę przestrzeń.
W naszych wewnętrznych regulaminach mamy doszkalanie i często korzystamy ze szkoleń na temat funkcjonowania organizacji czy jednostki w organizacji. Potem zaczęliśmy korzystać z oferty Instytutu, o ile chodzi o ekonomię społeczną i przedsiębiorstwo społeczne.
Regularnie korzystamy z doradztwa Instytutu prowadzonego w ramach Ośrodka Wsparcia Ekonomii Społecznej, a w tej chwili stawiamy mocno na rozwój usług społecznych.
Z drugiej strony my też dla Instytutu świadczyliśmy wsparcie z zakresu wolontariatu. Ja robiłem wsparcie tutoringowe, certyfikowaliśmy Instytut z zakresu modelowej współpracy z wolontariuszami.
A jakie usługi społeczne państwo oferują?
Zajmujemy się terapią i rehabilitacją osób po kryzysach oraz wsparciem otoczenia. Prowadzimy działalność nieodpłatną i odpłatną.
W ramach działalności bezpłatnej prowadzimy dwa środowiskowe domy samopomocy.
Jeden jest dla osób po kryzysach psychicznych, w lepszej kondycji, drugi – dla osób z niepełnosprawnościami intelektualnymi i zaburzeniami psychicznymi, jako współtowarzyszącymi. Mają cały dzień wypełniony różnymi formami terapii i rehabilitacji, które pomagają im powrócić do codziennego funkcjonowania.
Jest klub samopomocy, adresowany do osób, które już jakiś proces terapii mają za sobą, radzą sobie w życiu codziennym, są aktywne, ale jeszcze potrzebują doraźnej pomocy specjalisty albo chcą się z kimś spotkać.
Mamy dwa mieszkania wspomagane, gdzie osoby mogą pomieszkać, zobaczyć, jak się opłaca rachunki, przygotowuje posiłki, spędza dzień. Mogą tam funkcjonować zupełnie samodzielnie, przy wsparciu opiekunów i asystentów.
Stowarzyszenie Pomost
Mamy Centrum Wolontariatu, które pomaga wejść w aktywizację społeczno-zawodową poprzez wolontariat.
Osoby chorujące nie zawsze pójdą do pracy albo do szkoły, a wolontariat jest elastyczny, dobrowolny i wymaga mniej czasu i wysiłku. Natomiast w ramach działalności komercyjnej, tak zwanego przedsiębiorstwa społecznego, którym też jesteśmy, prowadzimy poradnię zdrowia psychicznego oraz biuro rachunkowe dla organizacji pozarządowych i innych podmiotów.
Zapraszamy na staże, praktyki i wolontariat!
Dołącz do nas!Jakie działania organizacja chciałaby jeszcze wdrożyć albo poszerzyć?
Teraz pracujemy nad różnymi wewnętrznymi rozwiązaniami. Organizacje przechodzą duże metamorfozy, bo zmieniają się wytyczne i musimy się do nich dostosowywać. Natomiast chcielibyśmy wzmacniać to, co jest. Na pewno wolontariat jako metoda będzie dalej wspomagany. Włączyliśmy seniorów w pracę wolontariacką. Mieszamy ich z wolontariatem osób chorujących, bo to jest pozytywna relacja międzypokoleniowa i wymiana doświadczeń. Mamy też wolontariat artystyczny, który rozwija pasje. Będą nowe projekty. Chcielibyśmy też w nasze działania wplatać aktywizację społeczno-zawodową, ale jest trudna do dofinansowania.
Przypuszczam, iż klientów w działalności komercyjnej nie brakuje?
Nie, nie brakuje. Brakuje nam wsparcia finansowego na konkretny projekt czy działanie, które byłoby bezpłatne dla osób z niego korzystających.
Nie chcemy już pozyskiwać pieniędzy na jakieś staże czy kursy, które od wielu lat są organizowane w ramach funduszy unijnych. Nasi uczestnicy mają ich po kokardę, bo przeskakują z jednego projektu do drugiego i brakuje ciągłości. Tutaj kosmetyczka, za pół roku coś innego i oni tego nie praktykują.
To ma swoje dobre strony, ale nie skutkuje realną aktywizacją zawodową. A to ona daje samodzielność.
Mamy mieszkania wspomagane i dobrze by było, żeby osoby je zamieszkujące miały jakiś budżet i nim gospodarowały. Nie wszyscy mają swoje dochody z tytułu pracy zarobkowej. Niektórzy mają rentę i ponoszą jakąś odpłatność, ale dobrze by było, gdyby ta odpłatność była większa, żeby mieli poczucie sprawstwa.
A co pana najbardziej zaskoczyło w pracy w organizacji?
Jak zaczynałem, wszystko było nowe. Miałem jakąś tam wiedzę ze studiów, natomiast praktyka pokazała, iż nie patrzymy na przypadek, tylko na człowieka. Każdy jest inny. Po prostu trzeba być otwartym i rozmawiać z chorym jak z człowiekiem, bo te osoby wyczuwają, iż jesteśmy nieszczerzy, i nie podejmą żadnych kroków, o ile będą widziały, iż klepiemy jakieś regułki psychologiczne, które nie mają sensu.
Zaskoczyło mnie też, iż ci ludzie mają dużo talentów i mogą je wykorzystywać i iż choroba nie wyklucza ich z pełnienia ról społecznych. Nie powinniśmy tworzyć zamkniętych gett. Takie leczenie powinno być tylko na chwilę. Natomiast w każdym jest potencjał i każdy ma coś, co może wykorzystać. Nie każdy musi iść do pracy czy na wolontariat, ale może ten potencjał inaczej spożytkować.
To nie są tylko pacjenci, te osoby mogą dużo więcej, niż społeczeństwo mówi.
Naprawdę dużo umieją i mogą, tylko wydobycie tego wymaga przygotowania osoby, która będzie ich wspierała. To wymaga dużo pracy, krok po kroku, od małych czynności poprzez bardziej skomplikowane. Trzeba tylko dać odpowiednie narzędzia i wykazać cierpliwość.
Bo takie osoby zadają dużo pytań i to nie wynika ze złośliwości, tylko z lęku, iż sobie nie poradzą. Dlatego trzeba wzmocnić ich pewność siebie i dawać zadania, które są adekwatne do ich aktualnych możliwości.
Co panu daje praca w organizacji?
Na pewno rozwój. Można się wiele nauczyć, nie tylko w pracy z naszymi uczestnikami i grupami docelowymi, bo mamy też szkolenia dodatkowe, wyjazdy. No i przede wszystkim są relacje.
To nie tylko są relacje międzypracownicze, bo zżywamy się z tymi, którym pomagamy, z wolontariuszami.
Oni też w większości są członkami stowarzyszenia, więc mają wpływ na to, co się dzieje w organizacji. Dlatego musimy być ich partnerami, a nie osobami nadrzędnymi. Ta praca na pewno uczy pokory, ale też daje nam pole do rozwoju.
Dlaczego wybrał pan taki rodzaj działalności? Dlaczego pedagogika, stowarzyszenie, pomoc ludziom w kryzysie?
Kiedyś trudno było się dostać na jakiekolwiek studia, więc zacząłem szukać takich, gdzie przedmioty będą mniej więcej odpowiadały moim zainteresowaniom. Skończyłem sporo kierunków. Była pedagogika, terapia zajęciowa, arteterapia, pedagogika tańca. Zarządzania i dyscypliny pracy nauczyłem się na produkcji filmowej i telewizyjnej, bo tam były takie sztywne ramy, których brakuje w kierunkach humanistycznych, gdzie jest skupienie na człowieku, a nie ma zarządzania i wiedzy biznesowej. A pedagogika pozwoliła mi na połączenie tego, pokazała, iż trzeba też spojrzeć na człowieka, dostosować wymagania.
Poszedłem jednocześnie na terapię zajęciową i pedagogikę, a w międzyczasie już działałem wolontariacko. Stowarzyszenie „Pomost” to był mój pierwszy świadomy wolontariat.
Zacząłem samodzielnie tworzyć projekty, na początku bezpłatnie, potem zaproponowano mi szerszą współpracę i po roku działałem już w pełnym wymiarze. To były projekty, które wiązały się z zarządzaniem.
W międzyczasie wolontariacko koordynowałem wolontariat. Chodziłem na dodatkowe kursy i szkolenia i ten wolontariat ze mną został, mimo iż zaczynałem karierę od pracy stricte terapeutycznej i wydawało mi się, iż na tym poprzestanę. Natomiast zobaczyłem, iż najlepszą terapią jest wolontariat. Odszedłem od zajęć artystycznych na rzecz wolontariatu, bo wydawało mi się, iż to będzie skuteczna metoda. To mi sprawiało przyjemność i wiedziałem, iż na tym się znam lepiej.
Dziękuję za rozmowę.
(Wywiad przeprowadzony i przygotowany przez zespół redakcyjny Tygodnika Spraw Obywatelskich)









